
czyli
AUSCHWITZ TOUR W TARNOWSKIM TEATRZE
Zawsze w teatrze jest coś niepokojącego – dywaguje nasza krakowska recenzentka Katarzyna Cetera, a niepokój bywa szczególnie dotkliwy, kiedy dzieło teatralne dotyka tematów ważkich i obciążonych. Oczekujemy wówczas od sceny pomników, powagi, ciszy, a jednak Elżbieta Depta postanowiła sprawdzić, co się stanie, gdy to wszystko zamknie w formie wycieczki turystycznej. AUSCHWITZ TOUR staje się wówczas nie tylko opowieścią o pamięci, ale i o naszej wobec niej niezdolności. To nie jest spektakl historyczny, lecz współczesny – nie o przeszłości, lecz o nas samych tu i teraz, w epoce selfie na tle bramy z napisem ARBEIT MACHT FREI i niekończących się dyskusji o tym, czy wolno robić sobie zdjęcia w miejscu śmierci.

Spektakl AUSCHWITZ TOUR w reżyserii Elżbiety Depty, wystawiony na deskach Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie, stanowi odważną próbę zmierzenia się z trudnym tematem współczesnego postrzegania miejsc pamięci. Monodram, w którym w roli Przewodniczki występuje Anna Lenczewska, niegdyś czołowa, etatowa aktorka tarnowskiej sceny, stawia pytania o motywacje turystów odwiedzających Auschwitz oraz o przyszłość tego miejsca w obliczu odchodzenia naocznych świadków historii.
Autorka i jednocześnie reżyserka spektaklu kreśli obraz obozu zagłady nie tylko jako symbolu niewyobrażalnej tragedii, ale również jako współczesnej atrakcji turystycznej. Przedstawienie ukazuje ewolucję, której podlegają takie miejsca pamięci w świadomości społecznej, stając się elementem komercyjnych wycieczek, często zestawianych w jednym folderze z Kopalnią Soli w Wieliczce.

Na scenie tylko ona – Anna Lenczewska – nasza przewodniczka przez piekło, przez pustkę, przez świat umarłych. W paradoksalnie kolorowej, kwiecistej sukience, z przypiętym do niej identyfikatorem. Ale nie jest ona typową przewodniczką po muzeum – to przewodniczka po naszej zbiorowej świadomości, po jej pęknięciach i lukach. Jej monolog balansuje między rutynową narracją osoby oprowadzającej turystów po obozie a niepokojącą refleksją nad istotą takiego oprowadzania. Aktorka z dużą wrażliwością prowadzi widza przez złożone kwestie związane z pamięcią, turystyką i etyką odwiedzania miejsc naznaczonych cierpieniem. Jej interpretacja postaci skłania do refleksji nad tym, jakie znaczenie ma dziś Auschwitz i jaką rolę odgrywa w zbiorowej świadomości. Głos Lenczewskiej jest zmienny: czasem wyuczony, mechaniczny, niczym nagranie audioprzewodnika, innym razem intymny, jakby mówiła do nas samych, a czasem przerażający – zwłaszcza, gdy aktorka krzyczy. W jej interpretacji czuć precyzję i kontrolę, ale także momenty, w których kontrola ta zostaje celowo rozbita – kiedy ironia pęka, odsłaniając prawdziwe emocje.
Scenografia, za którą odpowiadają obie twórczynie – Elżbieta Depta i Anna Lenczewska, jest minimalistyczna – prawie żadna. Ot, pusta przestrzeń, światło, które zmienia nastrój i narzuca interpretację. – co pozwala skupić uwagę widza na przekazie i grze aktorskiej. To dobrze przemyślana decyzja, bo spektakl Depty nie potrzebuje więcej. Każde dodane rekwizyty mogłyby stać się zbyt dosłowne, a tu chodzi o coś innego: o naszą wyobraźnię, o to, co sami dopowiadamy. Światło pełni kluczową rolę – raz wydobywa detale, kiedy indziej niemal znika, zostawiając aktorkę w półmroku. Słychać też dźwięki – subtelne, ale niepokojące. Delikatne szmery, odgłosy kroków, jakby echo przeszłości mieszało się z teraźniejszością. Kompozycja przestrzeni dźwięku autorstwa Łukasza Macieja Szymborskiego subtelnie podkreśla atmosferę spektaklu, nie przytłaczając odbiorcy.

Elżbieta Depta buduje narrację nie w sposób linearny, lecz poprzez nakładanie się różnych warstw rzeczywistości. Spektakl zaczyna się jak klasyczne oprowadzanie – mamy fakty, mamy przewodniczkę, mamy rytm. Ale z biegiem czasu narracja zaczyna się rozpadać. Zdania stają się bardziej urywane, powtarzalne, rytmiczne – jakby bohaterka utknęła w pętli, z której nie może się wyrwać. To, co zaczynało się jako relacja o Auschwitz, przeradza się w komentarz na temat pamięci jako takiej. Tekst przechodzi przez różne rejestry językowe: od języka oficjalnych broszur muzealnych po niemal osobiste zwierzenie. Widz czuje, jak stopniowo zaciera się granica między turystycznym doświadczeniem a rzeczywistym ciężarem historii. W pewnym momencie nie jesteśmy już pewni, czy przewodniczka mówi do nas, czy do siebie. Czy oprowadza, czy może sama próbuje znaleźć sens w tej narracji?
Przedstawienie operuje pełnym spektrum emocji. Na początku przyciąga nas niemal groteskowym wydźwiękiem. Ironia, z jaką Przewodniczka relacjonuje turystyczne zwyczaje odwiedzających Auschwitz, budzi śmiech – choć jest to śmiech bardzo niekomfortowy. To śmiech, który odbija się od ścian i zostaje w widzu jako coś niewypowiedzianego. Jednak Depta i Lenczewska szybko wytrącają nas z tego rytmu. Monolog gęstnieje, tempo zwalnia, a ironia ustępuje miejsca czemuś znacznie poważniejszemu: ciszy. I to właśnie ta cisza jest najmocniejszym momentem spektaklu.

Analizując AUSCHWITZ TOUR trudno nie zadać sobie pytania: gdzie właściwie ten spektakl lokuje się w polskim teatrze? Bo to nie jest klasyczna opowieść o historii – Depta zdaje się nie tyle rekonstruować przeszłość, co badać sposób, w jaki o niej mówimy. I pod tym względem jej przedstawienie rezonuje z innymi próbami teatralnego rozliczania się z pamięcią. Jeśli Krystian Lupa w CAPRI – WYSPA UCIEKINIERÓW pokazuje europejskie rozedrganie między tym, co było, a tym, co nadchodzi, jeśli Agata Duda-Gracz w BĘDZIE PANI ZADOWOLONA […] rozlicza polskie podejście do pamięci poprzez brutalny, niemal malarski teatr obrazów, to AUSCHWITZ TOUR działa zupełnie inaczej. Nie epatuje emocją, nie szuka teatralnego monumentalizmu –przeciwnie, ogranicza środki do minimum i pozwala, by największą siłą była pustka oraz jej wypełnianie.
Można by porównać ten spektakl trochę do NASZEJ KLASY Tadeusza Słobodzianka, ale Depta robi coś innego – nie rekonstruuje przeszłości, tylko pokazuje, jak próbuje się ją ujarzmić językiem. Językiem muzealnym, turystycznym, językiem przewodnika, który powinien porządkować rzeczywistość, ale w tym spektaklu zamiast tego ją rozszczelnia. I właśnie w tym aspekcie Auschwitz Tour najbardziej przypomina POD PRESJĄ Mai Kleczewskiej. Tam również mamy kobietę, która próbuje funkcjonować w świecie, gdzie wszystko jest ułożone, uporządkowane i skodyfikowane – a jednak jej opowieść nie daje się w to wpasować. Podobnie jak bohaterka Sandry Korzeniak, Przewodniczka Lenczewskiej mówi językiem, który powinien uspokajać, a jednak niepokoi.

Pamięć nie jest tylko czymś, co się wytwarza – jest też czymś, co się konsumuje. A spektakl Elżbiety Depty zadaje jedno z najbardziej niewygodnych pytań: czy my przypadkiem nie połykamy historii w turystycznych dawkach, łatwych do strawienia?
Twórczynie przedstawieni nie mówią nam, co mamy czuć – pozwalają nam to odkrywać samodzielnie. Można zobaczyć w AUSCHWITZ TOUR oskarżenie współczesnej turystyki, można odczytać je jako medytację nad pamięcią, a można po prostu pozwolić sobie na niewygodne pytania: kim jestem wobec tej historii? Czy wiem, po co jadę do Auschwitz? Czy naprawdę chcę wiedzieć?

AUSCHWITZ TOUR to nie jest spektakl, z którego wyjdziemy bezkarnie, bez emocji, przeciwnie – coś zostaje pod skórą, coś pulsuje jeszcze długo po opuszczeniu teatru. Bo to nie opowieść o przeszłości, ale o przyszłości pamięci. I o tym, czy w ogóle będzie miała ona dla nas znaczenie.
Ten spektakl stanowi bez wątpienia ważny głos w dyskusji o pamięci historycznej i jej miejscu w kulturze współczesnej. Niestety – przedstawienie grane jest w Tarnowie głównie przed południem, w porze przeznaczonej raczej dla zorganizowanych grup szkolnych, a szkoda. Wybierzcie się do teatru i… kochajcie artystów!
Katarzyna Cetera
Zdjęcia – Artur Gawle (tarnow.pl)