
czyli
„leczyć zwykłością nadwagę słów wielkich”.
Taki tytuł nosi najnowszy tomik wierszy tarnowskiego poety Janusza Gdowskiego, programowo żyjącego w cieniu własnych literackich asocjacji i fascynacji. Ten były strażnik miejski i zielarz, zakochany w nad dunajeckim pejzażu zebrał swoje wiersze z lat 1983-2023 w starannie wydany tomik i zaprezentował je w piątek 23 lutego na spotkaniu zorganizowanym w Bibliotece Pedagogicznej o godz.16.30. Będący już w wieku senioralnym twórca jest autorem kilkunastu tomików wierszy, powieści Dziennik rozstajny, książki wspomnieniowej będącej poradnikiem zielarskim Jeszcze o zielonym, a także szkiców literackich, felietonów krytycznych o poezji i wielu publikacji prasowych. Jest również współautorem antologii „Modlitwy współczesne” i „Poezja miłosna” oraz almanachów Stowarzyszenia Twórczego, Tarnowskiej Grupy Literackiej „Jaskółka” (Wniebogłosy, Brewiarz “Jaskółki”). Jest członkiem Tarnowskiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich, był inicjatorem grupy literackiej „Obserwatorium”. Poniżej publikujemy obszerne fragmenty wstępu do Albumu duchów pióra Jana Maniaka, cenionego tarnowskiego erudyty, związanego z Teatrem Nie Teraz. Podobnie, jak prowadzący to interesujące spotkanie Andrzej Król – znakomity aktor i ceniony marszałek debat oksfordzkich.

Poezja Janusza Gdowskiego jest głęboko zakorzeniona w naturze, wiejskich krajobrazach i języku polskim, pełnym niesamowitych i licznych możliwości. Autor wybrał sonet jako formę swojej poetyckiej ekspresji. Tyleż trudne, co i pełne wyzwań, ale poecie udaje się ja okiełznać, co prowadzi do stworzenia unikalnego świata. Jest on pełen głębokich metafor i zaskakujących skojarzeń. Ta poezja mierzy się z problemami przemijania, więzi ludzkich i najgłębszych uczuć. I dlatego może ona przemawiać do wrażliwych czytelników, którzy oczekują, dobrej, wnikliwej poezji.

Okolice – i cały świat Janusza Gdowskiego
… I cieszę się, że mam okazję podzielić się z Państwem swoimi refleksjami nad 40- letnim zmaganiem się Janusza Gdowskiego z poetyckim rzemiosłem. We wstępie do zbioru wybranych wierszy z lat 1983-2023 za klucz interpretacyjny otwierający drzwi do jego „Albumu duchów” wybrałem słowo – „okolica”. Słowo – hasło – password, które – myślę – pomoże nam otworzyć pliki umysłu i serca poety. Niby nic nowego ani odkrywczego, „Kto chce poetę zrozumieć, musi udać się do jego kraju1”. Twierdzenie Goethego, które posłużyło Mickiewiczowi za motto do Sonetów Krymskich nie odzwierciedla jednak całego sensu słowa „land, kraina, ziemia. Bardziej wiązał się z orientalizmem „Dywanu Zachodu i Wschodu” Goethego” jak również i Mickiewiczowskich „Sonetów Krymskich”. Co w podtekście oznacza, żeby zrozumieć poezję Hafiza, czy piękno „Baśni tysiąca i jednej nocy” trzeba się udać w „romantyczną” podróż na Wschód.
Przywołanie tego poetyckiego cytatu było jedynie pretekstem. Okolica o której myślałem, to nie tylko Wysoczyzna Tarnowska, Wierzchosławice, Dwudniaki, Trójniaki, Dunajec, dymiące kominy Azotów z poetyckich tomików Janusza Gdowskiego, lecz coś bardziej związanego z naturą – jak splątane kolczaste gałęzie tarniny, z których wije się cierniową koronę. To coś bardziej biologicznego, niczym środowiskowy fenotyp, który ma istotny wpływ na genotyp literacki doprowadzając często do nieoczekiwanych mutacji poetyckiej frazy, tej, co potrafi ranić ucho i często „wygraża światu”. Coś bardziej cielesnego, bliższego „okolicy serca”. To, co „zjadacza chleba” potrafi przerobić w poetę, co kształtuje jego liryczny język, co, nadaje puls i rytm strofom, i poi wiersze jego własną krwią. Dlatego dla recenzenta to warunek sine qua non – poznać miejsce duchowych „narodzin poety”, gdzie jego liryczny idiom, opleciony został „pępowiną” Matki – niejednokrotnie metaforycznie nieodróżnialnej w wierszach tej konkretnej Ziemi, której jak napisze poeta: „nawet nie nazwali (…) Matką Polką”.

Znam Janusza Gdowskiego od 45 lat. I odkąd go poznałem zawsze diametralnie różniliśmy się w swoich poglądach na poezję. Krytykom literatury – do których się nie zaliczam – łatwiej jest oceniać, taka ich zresztą rola, lecz dużo trudniej im zrozumieć i wczuć się w to, z jakimi „duchami” poeta obcuje i co owe „duchy” szepcą poecie do ucha. Stawiają często absurdalne pytanie: co poeta miał na myśli, które może zirytować nawet samego twórcę. Bowiem niejednokrotnie sam poeta albo zapomniał, albo nie zna na nie odpowiedzi. Zwłaszcza w sytuacji zaskakującego go „natchnienia”, gdy staje się bezwolnym medium opętanym przez muzy czy jakieś sokratejskie daimoniony. Wiedzieli to już starożytni Grecy. Demokryt uważał, że poeta jest „kierowany przez bóstwo i święte natchnienie” i, że nikt nie dostąpi bram poezji, „jeżeli nie rozpłomieni się jego duch, jeżeli nie nadejdzie na niego jakby obłęd”. Podobnie Platon, który chciał poetów wyrzucić ze swego państwa twierdził, że źródłem poezji jest boski szał – z greckiego mania. Ciekawie uzasadnia: „A dlatego im (poetom) bóg rozum odbiera i używa ich do swojej posługi i wieszczków, i wróżbitów boskich, abyśmy słuchając wiedzieli, że to nie oni sami mówią te bezcenne rzeczy; nie ci których rozum odszedł, tylko bóg sam mówi i przez nich do nas się odzywa (…) Poeci są tylko tłumaczami bogów w zachwyceniu”. Ta maniczno-ekspersyjna koncepcja sztuki, z którą można się zgodzić lub nie, uświadomiła mi, że należy z dużą ostrożnością podchodzić do tekstu, bo można – przez nieuwagę, czy lekceważenie – narazić się „bogom”.
Czy ma to coś wspólnego z Januszem Gdowskim? Ma, bo miałem z nim – jako poetą – kłopot. Niejednokrotnie chciałem – w przeciągu tych dziesiątków lat znajomości – coś w jego tekstach zmieniać, coś korygować, uwypuklać. Dopóki gruntowna lektura jego wierszy nie dała mi lekcji pokory. Nie znaczy to, że przestałem się z nim nie zgadzać w kwestiach poetyki, stylistyki, estetyki itp. Stały się one dla mnie drugoplanowe, a nawet nieistotne, wobec pojawiających się za jego wierszami „duchów”, czyli czegoś nieuchwytnego, będącego poza zasięgiem języka. Coś, wplecionego jakby w nurt „widmowej – domowej rzeki”, zmieszanej z biegiem Dunajca i ujętej w klamry jego brzegów. I wtedy słowa: „A kiedy będę umierał – zawieźcie/ Zawieźcie nad Dunajec, tam cmentarz mych myśli…”, mówią znacznie więcej niż to, co starają się nam oznajmić.
Janusz Gdowski zaczął bardzo dobrze przyjętym debiutem „Próbą twarzy”, który to sukces mógł mu uchylić drzwi do Związku Literatów Polskich. Tak się jednak nie stało. Nie poszedł za prawym prostym. Warto odnotować, że Próbę.. opracował graficznie Andrzej Westwalewicz, znany i ceniony tarnowski grafik i malarz. co nadało mu dodatkowych artystycznych walorów. Został wydany w nakładzie 1000 egzemplarzy, a więc bardzo dużym jak na Tarnów.

Prowincjonalny Tarnów pozostawał zawsze w cieniu Krakowa i Rzeszowa a nawet Nowego Sącza. W tym jednak okresie – drugiej połowy lat osiemdziesiątych XX wieku – w Piwnicy przy ulicy Krakowskiej 2 odbywały się dość regularnie spotkania grupy „Obserwatorium”. Przyjeżdżali tu gościnnie znani poeci: Henryk Cyganik, Andrzej Krzysztof Torbus, (z grupy Tylicz), Jerzy Harasymowicz, znany krytyk literacki Jacek Kajtoch z żoną Anną poetką i pisarką. To tylko niektórzy, których zapamiętałem. Nasi mentorzy, którzy wprowadzali młodych wówczas poetów w meandry i tajniki literatury. Oczywiście, nie bez zajadłych sporów, na tle odmiennych gustów poetyckich i poglądów na poezję. Nic nie było proste ani jasne w czasach podziemnej Solidarności i politycznego zamętu. W podświadomości czuwał wewnętrzny cenzor, choć nikt o nim nie wspominał. Niejednokrotnie i młody adept poezji stał z wierszem do oceny z rozdartym sercem, by nie powiedzieć, w polityczno-literackim rozkroku na jaki pozwolić mógł sobie, choćby tygodnik TEMI, który w dziale „Poezja najbliższych okolic” drukował wiersze laureatów konkursów poetyckich, wśród których pojawiały się niejednokrotnie wiersze Janusza Gdowskiego.

Następny tomik naszego autora pojawił się dopiero w 1999 roku. Po długim okresie „milczenia” poety Miejska Biblioteka Publiczna im. Juliusza Słowackiego wydaje grubszy wybór jego wierszy zatytułowany „Poeta na dole”. Myślę, że to bardzo znaczący i dojrzały tomik w dorobku poety. Udany cykl erotyków i wiersz „Nekrolog” – moim zdaniem naprawdę piękny, w którym kumuluje się cały poetycki kunszt autora. W „Listach do Jana w T.” precyzuje swoje poglądy na ars poetica. Z rozmysłem sięga po formę epistolarną, by w intymnym, osobistym wyznaniu przemycić swe gorzkie uwagi odnośnie braku zrozumienia jego poezji.
Pozostaje również otwarte pytanie, czy każdy poeta ma moralne prawo by przemawiać głosem poetą? Przecież wiersze, rymy, asonanse, konsonanse, metafory, parabole, przerzutnie, cała ta rekwizytornia wyrobników pióra nie stanowi o istocie poezji. To tylko narzędzia. Gdowskiego odróżnia od innych to, że jego natchnienie nie żywi się literaturą, nie tworzy meta-poezji, nie szuka inspiracji w wierszach innych poetów czy w ogólnie pojętej beletrystyce. Sporadyczne polemiki jedynie potwierdzają regułę. Szorstkość frazy, brutalność sformułowań, bolesne akcenty to „drzazgi”, zadry, ale bez nich ta poezja nie byłaby prawdziwa. Kolce zrażają, dlatego sięganie po kwiat róży wymaga wyczucia i delikatności. Gdowski nie chce czarować słowem, nie jest magikiem słowa bujającym w obłokach; jest „poetą na dole” i z dolą tych, co przy ziemi, i wpatrzeni w ziemię związał swoją poezję. Dlatego słowem rani, jak rani się ziemie, czy jabłoń, by wydała obfitszy i dorodniejszy plon. Dlatego w jego poezji liczy się nie abstrakt, lecz konkret, rzecz, realność, podmiot. I bywa tak, że czytając jego wiersze trudno odróżnić realną „skibę gleby” od strofy. Każde słowo rodzi się w wierszu jakby pęczniało i miało kiełkować z jego podglebia. Doskonałym przykładem tego werbalnego iluzjonizmu, raczej przeistoczenia słowa w konkret jest wiersz „Poeta bez wiersza”, do którego jeszcze wrócimy, bo wymaga głębszej analizy.

Wróćmy jednak do 1999 roku, by zaznaczyć fakt, że autor „Poety na dole” współtworzy Stowarzyszenie Twórcze Tarnowską Grupę Literacką „Jaskółka”. Współredaguje również pierwsze numery „Intuicji przydrożnych”. Zaczyna się jakieś ożywienie i nadzieja, że uda się w Tarnowie stworzyć pismo literackie wokół którego zorganizuje się młodzież mająca aspiracje literackie. Jest rok milenijny 2000. Prasowi prorocy wieszczą katastroficzne wizje. Ale jakiegoś szczególnego „ruchu w interesie wydawniczym” nie ma. Janusz Gdowski znajduje sponsorów na wydanie kolejnego tomiku wierszy zatytułowanego: „A chciałem pięknie”. Jako wydawca widnieje: Stowarzyszenie Twórcze Tarnowska Grupa Literacka „Jaskółka”. Przedmowę – z lirycznym zacięciem – napisała Joanna Rzeszotek poetka i artystka z Torunia. Ciekawie złożyła sobie wizerunek Janusza Gdowskiego: „z maszynopisu (…) z fotografii na okładce poprzedniego tomiku, (…) spoglądał na mnie odważny i uparty, i z głosu w telefonie, skonfundowanego kiełzaną niecierpliwością”. Tak oto, kobiecym zmysłem rozszyfrowała – chimeryczną postać autora. I wiersze autora często przejawiają w swoich stopach rytmicznych kiełzaną niecierpliwość. Coś w rodzaju lirycznej arytmii serca. Zdarzające się często retoryczne elipsy (wyrzutnie) mogą nieuważnemu czytelnikowi sprawić kłopot w zrozumieniu treści. Zauważyłem też trafną uwagę autorki przedmowy: „Każda lokalność jest środkiem świata. Ale jeśli jest środkiem świata lokalnego, a nie świata, to razi. Może nudzi”.
Znaczący w dorobku Janusza Gdowskiego wiersz: „Twoje twarde męskie serce” doczekał się – jeżeli dobrze pamiętam – pięknej interpretacji muzycznej. Kończy się lekko liryczno-ironicznym akcentem: „moje twarde męskie serce/ częściej wygraża światu/ ubiera kolejną maskę byka/ podbiera żonie drobne na piwo/ rozbiera się do snu/ po to tylko by odlecieć/ austriackim orłem/ we dwoje”.

Wydawcą kolejnego tomiku „Nic się nie stało” była Miejsko-Gminna Biblioteka Publiczna w Radłowie. To szczególny, kunsztowny tomik będący rodzajem swoistej liryki żałobnej. Cykl trenologiczny w formie wieńca żałobnego złożonego z trzydziestu dziewięciu sonetów dedykowany mamie poety. Prawdopodobnie to pierwszy tego rodzaju tomik w literaturze polskiej. Tym bardziej warty uwagi. I tu zatoczyłbym koło i powrócił do „Korekta twarzy” Stanisława Barańczaka, by odwołać się do zamieszczonego tam cyklu sześciu sonetów, nazywanych „sonetami łamanymi”. Z sonetu „Znaleźć dla niej nową mowę” chciałbym zacytować fragment, który oddaje to, co trudniej wyrazić by mi było zwięźlej i precyzyjniej: „Słowo „miłość” (…) było/ jeszcze jednym nijakim kamieniem/ z tych, co język – kalecząc – goiły”. Czy można kalecząc goić? Miłość i język żywi się tym właśnie paradoksem.
To bardzo osobisty, intymny tomik, w którym kalekie, potoczne słowa stają się balsamem na rany: „Kochałem Cię Mamo, nawet Twój nos garbaty…”. Syn nie wybiera sobie matki. To matczyna twarz, rysy, oczy utrwalone od dzieciństwa w pamięci rzucają cień na późniejsze wybory, i „garbaty nos” może w tych wyborach okaże się być ładniejszy od greckiego. Można kokietować czytelnika, bo przecież „nubijski nos” brzmiałby lepiej. Dlatego słusznie Joanna Rzeszotek w Posłowiu zwróciła uwagę, że: „Te wiersze są również osobliwe pod względem językowym (…). Są pisane tak jakby były bezpośrednio transponowane z tzw. potocznej mowy”. Nie kamienie (słowa) okrąglaki, których jąkała Demostenes – najsławniejszy mówcą grecki – używał, wkładając je do ust, by poprawić swoją wymowę. A kamienie, które kaleczą, i poeta z trudem przez ściśnięte wzruszeniem gardło, i ochrypłym krzykiem usiłuje komunikować się z czytelnikiem zza siedmiu gór i rzek. Wówczas okazuje się, że nie słowa mają znaczenie, a ból, który kaleczy język.

Nie chciałbym zanudzać czytelnika przydługą przemową i kolejnymi analizami. Od dwudziestu lat styl Janusza Gdowskiego właściwie się nie zmienia. Chciałbym na koniec zacytować „chłopca z gitarą” o imieniu Paweł, który stwierdził, że po autorze pozostanie na zawsze pięć słów: „leczyć zwykłością nadwagę słów wielkich”. Jest to istotny wkład we frazeologię poezji polskiej. Cały swój świat bez nadania tytułu – ofiarować światu.
Jan Maniak
Za zgodą autora
R.Z.