Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

"STRAMER"

czyli uwikłani w historię i...wpuszczeni w maliny
 
To tytuł wydanej w 2019 roku powieści Mikołaja Łozińskiego, która  właśnie została przeniesiona na scenę. Saga tarnowskiej rodziny żydowskiej, przed wojną mieszkająca przy ul. Goldhammera 20 zainspirowała Marcina Hycnara, który ze swoimi studentami IV roku warszawskiej Akademii Teatralnej przygotował spektakl dyplomowy na jej podstawie. Przedstawienie zostało zrealizowane z dużym rozmachem. Gra w nim aż 24 osoby. Dodatkowym atutem jest muzyka prezentowana na żywo i bardzo bogata inscenizacja. Reżyser jako rodowity tarnowianin (grał w "Tuptusiach", dyrektorował w Solskim), liczy że w ten sposób zostanie wypromowane w świecie sztuki jego rodzinne miasto. – Myślę, że nieczęsto zdarza się, by opowieść o naszym mieście funkcjonowała na afiszu jakiegoś innego teatru w kraju. Myślę, że warto ten fakt podkreślać, że Tarnów ma w sobie coś z „genius loci” – zauważa.– Nie ukrywam, że moim marzeniem byłaby prezentacja spektaklu w Tarnowie – myślę, że nie można takiej okazji zmarnować, spróbuję na własną rękę „polobbować” w tej sprawie – konkluduje. Jak na razie zaproszenia ze strony tarnowskiego teatru i włodarzy miasta brak...  
 
 
Przypomnijmy, Marcin Hycnar (38 l) jest absolwentem I LO oraz Akademii Teatralnej w Warszawie, na której ukończył wydział aktorski i reżyserski. Swoją karierę aktorską zaczynał w Teatrze Tuptusie, który działał przy Szkole Podstawowej nr 18. W latach 2006-2016 był aktorem Teatru Narodowego w Warszawie. Między 2017 a 2020 kierował tarnowską sceną jako dyrektor artystyczny. Od grudnia 2020 roku jest dyrektorem Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Ma na koncie wiele ról filmowych i teatralnych. Występuje też jako aktor dubbingowy. Ostatnio jednak głównie zajmuje się pracą reżyserską i akademicką.
 
 
Powieść Łozińskiego to jedna z najbardziej tarnowskich powieści w ostatnich dziesięcioleciach. Pierwowzorem tytułowego Strammera był dziadek pisarza. Dom rodzinny, który nota bene stoi do dziś, znajdował się przy ul. Goldhammera 20 na wprost siedziby dawnych koszar a dziś PWSZ. To historia dorastania szóstki rodzeństwa w przedwojennym Tarnowie Praca nad książką, która przy okazji wspaniale oddaje klimat przedwojennego miasta zajęła autorowi 8 lat. Jej premiera, co specjalnie nie dziwi miała miejsce właśnie w Tarnowie. – Chciałem tej premiery właśnie w Tarnowie, by podziękować temu miastu. Tarnów mnie zauroczył, kiedy pierwszy raz tu przyjechałem na spotkanie autorskie o moim debiucie „Reisefieber”. Miałem wtedy 25 lat. Tarnów od razu mnie zauroczył, Jest taki porządny. Ta architektura budzi zaufanie. Poczta wygląda jak poczta, szkoła jak szkoła, dworzec jak dworzec. Wszystko zbudowane tak, żeby trwać – podkreślał Łoziński w jednym z wywiadów.
 
 
Mikołaj Łoziński (ur. 1980) absolwent socjologii w Paryżu, fotograf – to jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy, autor tłumaczonych na wiele języków powieści wyróżnionych m.in. Nagrodą Fundacji im. Kościelskich ("Reisefieber") oraz Paszportem "Polityki" ("Książka"). Syn reżysera-dokumentalisty Marcela Łozińskiego. Mieszka w Warszawie.
 
"Stramer" to sugestywna, wielogłosowa opowieść o losach żydowskiej, niezamożnej rodziny - Stramerów właśnie - w międzywojennym Tarnowie. Polscy Żydzi w Tarnowie stanowili 40 proc. populacji. Od wierzących w Boga po wierzących w komunizm.
 
Jest ich dziesięcioro: Nathan, Rywka, szóstka dzieci, pies i kot. Mieszkają w jednoizbowym mieszkaniu z kuchnią, z wychodkiem na podwórzu, w kamienicy w ubogiej części Tarnowa. Nie byłoby tej rodziny, gdyby po kilku latach spędzonych w Ameryce Nathan Stramer nie wrócił do Tarnowa. Zrobił to z miłości do Rywki. Potem przez całe życie będzie jej obiecywał wakacje nad morzem, ale szóstka dzieci i bieda sprawią, że rodzina nigdy nie opuści małego mieszkanka przy ulicy Goldhammera.
 
Nathan nie ma głowy ani do interesów, ani do pracy, która nie przynosi mu radości. Czasem jedynym zastrzykiem gotówki są pieniądze przesyłane w kopercie od Bena, brata, który został w Nowym Jorku. Między jedną pracą a kolejnym biznesem Nathan pogrąża się w smutku – oficjalnie cierpiąc na katar żołądka, leży w łóżku i marzy o powrocie do Nowego Jorku. A tymczasem jego dzieci powoli dorastają i każde na swój sposób próbuje wyrwać się z biednego mieszkanka do lepszego albo po prostu innego życia, by po krótszej lub dłuższej chwili wracać do domowego ciepła przy ulicy Goldhammera, do kochającej matki i wtrącającego angielskie frazy ojca. I tak aż do nieuchronnego końca, który czytelnik zna, ale Stramerowie jeszcze nie. 
 
 
"Historia rodziny zaczyna się w wolnej Polsce, a kończy w pierwszych latach II wojny światowej. Jednak widmo wojny nie tłumi narracji – Mikołaj Łoziński daje swoim bohaterom dobre, ciekawe, wielowymiarowe życie. Odbudowuje dla nich przedwojenny Tarnów, zaprasza ich do zabaw i psot barwnego dzieciństwa, pozwala im się zakochiwać, cierpieć oraz przeżywać błahe, a czasem wręcz trywialne problemy. „Stramer” to hołd samej idei opowieści, opowiadania anegdot i codziennych, nierzadko dowcipnych historii. Gdy Nathan otwiera kawiarnię, mieszczą się w niej tylko cztery stoliki. Żeby goście zbyt długo nie siedzieli nad jedną kawą i zwalniali miejsce dla innych, mężczyzna podpiłowuje nogi krzeseł, by niewygodnie się na nich siedziało. Można się domyślić finału tej historii i łatwo wysnuć przyczynę upadku kolejnego biznesu. Łoziński tworzy poruszającą narrację i z humorem ukazuje trud zaczynania od nowa oraz niemoc wyrwania się z biedy. Dwaj synowie Nathana dają się uwieść magii komunizmu. Najstarszy wybierze studia, jedna z córek zakocha się nieszczęśliwie w żonatym mężczyźnie. Dzieci boją się gniewu cholerycznego Nathana i lgną do ciepłej, cierpliwej Rywki. Ukrywają przed rodzicami swoje małe sprawki i szukają pomocy u siebie nawzajem. Zajęci swoimi troskami oraz marzeniami o innym, lepszym jutrze, nie widzą narastającego napięcia, nie umieją przewidzieć brunatnienia poglądów, zmiany wiatru historii. Mimo tego gdzieś tam w każdym z nich narasta niewytłumaczalny niepokój. To, co nastanie potem, wszyscy znamy. Ale nie o to tu chodzi. I dlatego to, co straszne i nieuchronne, jest tylko marginesem tej narracji." (Katarzyna Kazimierowska)
 
 
"Nie wiedziałem, że mam żydowskie korzenie. Wychowywałem się w robotniczej dzielnicy, na warszawskim Czerniakowie. (…) Traktuję żydowskość jako fajny dodatek do mojej polskości"
 
Kilka lat temu temu przyjechałem do Tarnowa — chciałem się dostać na rodzinne podwórko przy ul. Goldhammera 20. Okazało się, że nie jest to takie proste. Zadzwoniłem przez domofon: dzień dobry, chciałbym wejść na podwórko, bo tutaj wychował się mój dziadek. Usłyszałem: nie. Proszę pani, przyjechałem specjalnie z Warszawy, tylko wejdę i wyjdę. „Przykro mi, nie ma mowy”.
 
Wspomniałem o tym Adamowi Bartoszowi z Muzeum Okręgowego w Tarnowie i Marioli Górze z biblioteki miejskiej, którzy wspaniale się mną opiekowali na miejscu, oprowadzali po mieście i polecali książki, które mogą mi się przydać do „Stramera”. Zrobiło im się przykro, powiedzieli, że pierwszy raz coś takiego im się zdarza. Musimy to załatwić —postanowili.
 
Wróciliśmy tam tego samego dnia po południu we troje. Mimo negocjacji przez domofon, właścicielka domu była nieugięta. Może bała się, że ktoś będzie chciał jej coś odebrać po latach? Ale przecież rodzina, którą inspirowałem się w „Stramerze”, była tak biedna, że ledwo ich było stać na czynsz. Wynajmowali pokój z kuchnią, w którym mieszkali w ósemkę, jeszcze z kotem i psem. Poszedłem na podwórko obok, przeskoczyłem przez ogrodzenie i zrobiłem zdjęcie.
 
 
Aliści wróćmy do teatru. 
Tak o "Stramerze" Mikołaja Łozińskiego w reż. Marcina Hycnara w Teatrze Collegium Nobilium w Warszawie pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich:
"Bez wątpienia najsłabszym ogniwem tej realizacji jest właśnie pozbawiona współczesnego kontekstu adaptacja, która jeden do jednego, zarówno na poziomie idei jak i formy,  stara się pokazać losy wszystkich powieściowych bohaterów.  Z takiego potraktowania materii literackiej nie wynika zbyt wiele. Adaptacja takiej powieści jak „Stramer” tylko wtedy ma jakikolwiek sens, kiedy posiada dopowiedzianą do końca koncepcję inscenizacyjną, a ta wydaje się być w tym przypadku absolutnie chybiona. W rozciągniętym ponad miarę przedstawieniu brakuje przede wszystkim syntetyzujących skrótów i ekwiwalentów teatralnych oddających strukturę powieściowej narracji. Hycnar niczym naiwny realista próbuje komponować sceniczne sekwencje na kształt żywych obrazów, co ma decydujący wpływ na niezbyt wyraziste kontury poszczególnych postaci, które w ten sposób zlewają się w jedną, mało zindywidualizowaną masę.
 
 
Mamy na Miodowej do czynienia z przedstawieniem szalenie  tradycyjnym, powiedziałbym,  że wręcz szkolnym, z ledwie znaczoną sferą  podtekstów czy odniesień kulturowych. A to jak wiadomo nie służy aktorom w budowaniu ról, w dookreśleniu relacji między protagonistami i w możliwości pokazania wewnętrznego dojrzewania postaci. Trudno znaleźć w tej galopadzie czas i miejsce na rozmowy ze sobą, a zbyt wiele słów rzucanych jest tylko w kierunku widza. Umowne traktowanie przestrzeni też jest dość przewidywalne, a  sceny zbiorowe choć mają swój wewnętrzny rytm i staranny, trzeba przyznać,  montaż, pozbawione są jakichkolwiek przełamań. Dlatego historia gna do przodu w zawrotnym tempie i nie chce się zatrzymać, co też nie pomaga w należytym wypunktowaniu wiodących zespoleń fabularnych.  Gubi się w ten sposób cała gęstość zagadnień poruszanych w powieści przez Łozińskiego i „ostrość” spojrzenia na losy bohaterów. Efektem braku stylistycznej różnorodności w konstruowaniu scenicznych obrazów jest inscenizacyjna zgrzebność pogrążona od początku do końca w realistycznej konwencji, stającej się niczym więcej jak linearnym zapisem zdarzeń. Szkoda, bo myślę, że powieść Łozińskiego pozwala na bardziej polifoniczną teatralnie formę."
 
 
Najbardziej żal w tym wszystkim młodych aktorów, którzy robili co mogli, by wyjść z tego przedsięwzięcia obronną ręką. Niestety, szans na stworzenie wiarygodnych i zapadających w pamięć postaci mieli niewiele. Dało się jednak zauważyć tkwiący w nich potencjał, zaangażowanie, świadomość bycia na scenie, żarliwość w podejmowaniu wyznaczanych zadań… Ale bez wątpienia stać ich na wiele więcej, co mam nadzieję pokażą ich kolejne spektakle dyplomowe.
 
za: Tarnów - IKC, e-teatr.pl
Ryszard Zaprzałka
fot. Bartek Warzecha oraz Akademia Teatralna w Warszawie