Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Tomasz A. Żak: Z notatnika romantyka,

czyli kultura jest najważniejsza

To moje pisanie powstaje na przełomie roku starego i nowego - pisze znany reżyser i publicysta Tomasz A. Żak, twórca i dyrektor Teatru Nie Teraz. I niezależnie od zwyczajowej masochistycznej apokaliptyczności tej umownej cezury, jaką sufluje nam kalendarz, chciałoby się napisać, że jesteśmy na takim przełomie, który rozpędzi ciemne chmury i znów zaświeci słońce nad Polską. Niestety, nadzieja przyodziana w tę literacką formułę będzie nieuprawniona, gdy w poszukiwaniu dobra, piękna i prawdy skupimy się jedynie na funkcjonowaniu publicznych instytucji z kulturą związanych.

Zacznijmy od cytatu z „Księcia niezłomnego”, czyli z dramatu mistrza hiszpańskiej literatury - Calderona de la Barca, w autorskim tłumaczeniu jednego z mistrzów polskiego Romantyzmu, czyli Juliusza Słowackiego. Żołnierz i zakonnik czasów rekonkwisty opowiada tam o motywacji chrześcijan, którzy bronili swej kultury i wiary zdefiniowanej w świątyniach. I pisze o honorze, który im nie pozwala tych Bożych przybytków oddać w ręce muzułmanów „na stodoły i stajnie”.

Boże Panie!

Ach toby na naszym grobie

Napisano: tu chrześcijanie,

Przewrotnym podobni panom,

Wygnali Boga z kościołów,

Boga i Jego Aniołów

I oddali je szatanom!

Chlew w świątyni

Z bardzo odległych, wręcz starożytnych czasów wywodzi się określenie „świątynia sztuki”. I jasnym być powinno, że to nazwanie łączy w sobie cały różnorodny kosmos kreacji artystycznej z przestrzenią sakralną, świętą, jaką ze swej natury była i jest świątynia. Bo przecież sztuka wszelaka wyrosła z kultu, z wielbienia tego, co nadprzyrodzone i jej pierwszych przykładów (rzeźba, malarstwo, śpiew, muzyka) szukać należy właśnie w tych miejscach, gdzie składano ofiary, gdzie się modlono, gdzie było najbliżej do „świętego świętych”, do tabu, do tabernakulum. Świecka teatralizacja obrzędów (misteria), dała nam sumę sztuk wszelakich, czyli teatr. I ten teatr, owa „świątynia sztuki”, stał się obecnie miejscem najbardziej cuchnącym wszelką anormalnością, która firmuje cywilizację śmierci. 

Dla bardzo wielu polskich artystów rok 2015 i dojście do władzy Prawa i Sprawiedliwości był to czas nadziei na zmianę, a nawet na „dobrą zmianę”. W grudniu tegoż pamiętnego roku w tekście nieprzypadkowo zatytułowanym „Na wojnie” przypominałem, że wróg swój „marsz na instytucje” polskiej kultury zrealizował z sukcesem i skutecznie je od lat okupuje; a teraz, po utracie parlamentarnej władzy, w tych galeriach, instytutach i teatrach się okopuje (…) Pisałem wtedy jeszcze o jakże głośnej sprawie narodowej sceny pod Wawelem (czy ktoś pamięta co się tam tedy działo?):

Widać teraz dokładnie, jak ważną jest „dezynfekcja” Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie. Tutaj nie można się cofnąć ani o krok, bo przegrana, a nawet jakikolwiek kompromis z Janem Klatą i jego ideowymi i politycznymi protektorami, umocni tylko wrogów Polski jak kraj długi i szeroki, a jednocześnie przyniesie zniechęcenie tym, którzy przetrwali dotychczasową lewacką okupację i mogliby stać się teraz „pierwszą kadrową” tak oczekiwanych i koniecznych zmian. To miejsce, ta instytucja kultury, to swoista wieża bramna, po odbiciu której można śmiało myśleć o uratowaniu całego polis.

Potoczyło się niestety jak zawsze, a ja ledwie pół roku później już tylko publicystycznie kopałem w drzwi władzy tekstem „Hallo! Jest tam kto?”:

Marzyło mi się, że w ten rok, pierwszy rok „dobrej zmiany”, wejdziemy z poważnym przeglądem teatralnej aktywności tego, co polskie, a nie tylko polskojęzyczne. Że taki festiwal ogłosi Teatr Narodowy i na ten cel dostanie bardzo konkretne środki, wsparcie rządu i patronat Prezydenta. I najlepiej by było, bo najlepiej przemawiają symbole; a więc najlepiej by było, gdyby organizatorem tegoż był Teatr Stary w Krakowie już pod nową dyrekcją. Tymczasem tam wciąż ten sam Jan Klata (…)

Tak, „marzyło mi się”, że coś się zmieni, choć wiedziałem, że większość artystycznych instytucji publicznych (w tym niemal wszystkie teatry) jest podległa samorządom dużych miast, a te są w rękach wroga. I marzyłem o tym, że chociaż może trzy, cztery podległe Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego zaczną być inne, polskie w swej treści i formie po prostu. I mówiłem, gdzie tylko mogłem, że wobec tego zacznijmy od jednego, dwóch dobrze nagłośnionych festiwali czy przeglądów, które zdefiniowałyby tę dobrą zmianę w kulturze…

W roku 2016, pierwszym roku pełnej władzy Prawa i Sprawiedliwości („nasz rząd i nasz prezydent”) odbył się nie jeden i nie dwa festiwale, a w zasadzie każdy z nich utrwalał i rozwijał antykulturowe zdobycze nowych marksistów, trując umysły kolejnego pokolenia chcącego się upodmiotowić poprzez kulturę. Nie mógł tego zmienić Festiwal Filmowy „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci", autorski pomysł Arkadiusza Gołębiowskiego, jedyny, który wyszedł z tzw. undergroundu, gdzie polską kulturę zepchnęła lewicowa międzynarodówka. Tym bardziej, że jak przedtem, i jak do dzisiaj, ta próba kreowania Polski poprzez wydarzenie kulturalne (nawet w tym przypadku bardzo duże), była i jest w głównym nurcie medialnym nieobecna, a w mediach definiujących się jako prawicowe czy patriotyczne odfajkowywana akademijnie i zaliczeniowo. Dużo więcej można było się dowiedzieć o innym festiwalu realizowanym jak i NNW w Gdyni, czyli o Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@port. Z jednej strony mamy opowieść o Polsce Żołnierzy Wyklętych zepchniętą do podziemia, a z drugiej nagłośnioną maksymalnie antypolską narrację, co dokładnie opisała lokalna „Gazeta Wyborcza”, zachłystując się treścią zaprezentowanych tam spektakli, które dość trafnie diagnozują przyczyny dzisiejszej sytuacji Polski. Jak na dłoni ukazują oburzające cechy Polaków: kołtuńską ksenofobię, nieuzasadnione poczucie wyższości, zadufanie i brak zaufania do kogokolwiek, wreszcie - ortodoksyjną, zaślepiającą religijność.

Na NNW powstał ważny projekt edukacyjny – „Młodzi dla Historii”, ale w rzeczywistą siłę docierania do młodych uzbrojono ofertę Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. W przekazie „klasyka”: poprawnościowe toksyczne genderyzmy, homoseksualizmy, pedofilia oraz nihilistyczne poszukiwanie miłości i sensu życia. A w cynicznym kontraście do tego rodzina i wiara w Boga jako największe zagrożenia… Tej serwowanej widzom odrazie do własnego kraju i zamieszkujących go wierzących w Boga ludzi, towarzysz wulgarna, śmietnikowa forma, której jedynym celem jest znieczulanie odbiorcy na brzydotę. Mamy więc naturalizm i perwersję oraz epatowanie nagością. Mamy groteskowe kostiumy w obowiązującej konwencji brudnego podkoszulka i kolorowych trampek, a jednocześnie warsztat młodych aktorów jest więcej niż ubogi (bez mikroportów ani rusz), ruchowo oparty głównie na padaniu i krzyczeniu.

To samo, tylko jeszcze bardziej pokazano tegoż roku na festiwalu „Dialog” we Wrocławiu, na lubelskich „Konfrontacjach”, czy na toruńskim „Kontakcie”. I to samo na osławionym aferą przedstawienia „Golgota Picnic” festiwalu „Malta” w Poznaniu… Postawiłem tutaj trzy kropki, bo można by długo jeszcze wymieniać imprezy „kulturalne” i miejsca ich lokalizacji, ale po co - każdy widzi jaki koń był i jest. Tymczasem pięć lat minęło i jesteśmy dzisiaj…   

   

Temida Stankiewicz-Podhorecka, krytyk teatralny „Naszego Dziennika”, była widzem Warszawskich Spotkaniach Teatralnych edycji roku 2020. Z jej opisu wynika, że to, co było złe, stało się bardzo złe, a to, co niedobre, jest przerażające. Z marksistowską ideologią już się teraz nie flirtuje, bo stała się obowiązującą normą (znamienny jest tytuł recenzji – „Agitki zamiast sztuki”):

(…) teatr wyraźnie podporządkował się lewicowej ideologii i stał się jej narzędziem. I to widać na scenach teatralnych Warszawy, innych dużych miast, a nawet na tzw. prowincji. Barbarzyństwo rozlewa się niemal na wszystkie sceny teatralne. Te do bólu tendencyjne spektakle oswajają z wszelkimi anomaliami z pornografią włącznie. W tym katalogu obrzydliwości nie zabrakło też tematyki pokazującej wyższość zwierzęcia nad człowiekiem, a więc ostatniej zdobyczy intelektualnej nowego wspaniałego świata. Mamy również istotną dla opisu tej augiaszowej stajni konstatację: A żeby zrobić karierę teatralną – wystarczy realizować na scenie tematy i sytuacje, dla których odpowiednim miejscem jest nie scena teatralna, lecz domy publiczne.

Zaszczepianie antykultury

Z przywołanej powyżej recenzji pani Stankiewicz-Podhoreckiej zacytujmy jeszcze jedno zdanie-diagnozę naszej sytuacji związanej z edukowaniem Polaków do antykultury: Bo też jest na to przyzwolenie, nie tylko władz państwowych i samorządowych, ale wręcz przyzwolenie społeczne.

To, że ludzi kusi zło, to nic nowego począwszy od rajskiego jabłka. Warto jednak pamiętać, że za tym jabłkiem stał – a właściwie pełzał – pewien piekielny gad, dla zmylenia przebrany za węża. Bez względu na porę roku gadów i robaczywek ci u nas dostatek i coraz trudniej uwierzyć, że to tylko efekt niefrasobliwości albo głupoty rządzących państwem czy w samorządach. A szczególnie w samorządach. Dla tych, którzy utracili władze parlamentarną, a tym samym rząd, ale zachowali pełne poparcie towarzyszy rządzących zachodnią Europa, to właśnie miasta stały się  „podmiotami nowych form transnarodowej organizacji i współpracy, zarówno na polu artystycznym, jak i politycznym”, jak o tym pisałem już trzy lata temu w tekście pt. „Marksiści wciąż w akcji, czyli jak to jest z kulturą w Polsce”.

Od lat wmawia się nam, że przyszłość świata to nowoczesność, a to, co przeszkadza Polakom być nowoczesnymi, europejskimi, to nic innego jak wsiowe wstecznictwo i konserwa poglądów wspierana przez moherową dewocję. Polskość przegrywa w dużych miastach przede wszystkim dlatego, że  są tam galerie sztuki i teatry. I jeżeli ktoś nie rozumie tej zależności, to nigdy nie pojmie dlaczego w rocznicę stulecia odzyskania Niepodległości w owych teatrach i galeriach patriotyzmu nie dało się znaleźć nawet ze świecą. „Od historycznego koncertu Paderewskiego do sukcesu „Klątwy” – w takich symbolicznych ramach postkomunistyczny tygodnik „Polityka” zawarł stulecie polskiej kultury. W artykule „Niepodległość i dyktat antykultury” pisałem: Ta bezczelność postkomunistycznej gazety jest miarą upadku hierarchii wartości, które przez wieki miały na celu czynić człowieka lepszym, a – niejako przy okazji – nam, Polakom dały siłę pozwalającą „wybić się na niepodległość”. I tego nijak nie może zrozumieć tzw. prosty człowiek: jak to jest możliwe, że w teatrze można bezcześcić polskość, a w galeriach bluźnić przeciwko Bogu, a rząd nic z tym nie robi?

Tymczasem „flirt” rządzących z lewicą trwał i trwa w najlepsze w duchu „politycznego ekumenizmu”. Nie da się „robić kultury” z apolitycznych pozycji i jeszcze pleść androny, że „nie ma sztuki prawicowej i lewicowej”. Ależ jest – i to jak najbardziej! W stołecznym mieście Warszawie przekazywano środki publiczne organizatorom tzw. Parad Równości, a wśród nich jest m.in. miejska instytucja kultury – Teatr Studio. Czyż nie jest to polityka? We Wrocławiu radni zdecydowali o wprowadzeniu programu finansowania zabiegów in-vitro, a w Katowicach Miejski Wydział Edukacji i Sportu w ramach programu „Kuźnia Różnorodności” wdrożył w sześciu podległych sobie szkołach tzw. edukację antydyskryminacyjną. To polityka, jak najbardziej! W każdym z dużych miast w ten czy inny sposób rządzący angażują się w „marsze równości”, „konferencje homofobiczne” czy „czarne protesty”. Wszędzie tam działają instytucje kultury podległe magistratowi. I nie ma takich szans, aby zdarzyło się tam coś innego, niż to, co definiuje teraz światopoglądowo i politycznie te miasta.

Tak zaciska się pętla kulturowej degeneracji – rok temu jeszcze „na żywo”, a teraz „w sieci”, czyli zdalnie. Zresztą, tym czekistom kultury chodzi przede wszystkim o odpolaczanie Polaków, o złapanie nas w ich sieci, a to da się przecież robić również na odległość, choćby wykorzystując program Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Kultura w sieci”, z którego – co nie powinno nikogo dziwić, korzystają najobficiej właśnie ci, którzy – tutaj eufemizm - Polski nie lubią.

Antidotum

W swoim, już przywoływanym tekście o „marksistach w akcji”, definiowałem sposób na rozwiązanie tej skrajnie dla tożsamości Ojczyzny niebezpiecznej sytuacji:

Nie możemy jedynie oprotestowywać skądinąd drańskich wystaw czy spektakli. Musimy się także zająć tworzeniem własnych projektów, pokazywaniem konkretnej wizji zmian. Potrzebna nam jest jednoznacznie światopoglądowa, czyli polityczna kreacja kulturowa. Chcąc wygrać Polskę musimy zrealizować te wszystkie cele, a to wymaga „ustawienia” ich w charakterze priorytetów politycznych, a także podjęcie pracy nad nowymi formami instytucjonalno-organizacyjnymi, odpowiadającymi takiej wizji, gdyż złe drzewo nie urodzi dobrych owoców.

I konkretyzowałem:

Trzeba wykorzystać polską diasporę, ale też nade wszystko siłę mitologii Kresów, a zmniejszyć istotnie tzw. uniwersalizm międzynarodowy, ową toksyczną multikulturowość. Kluczem do tego będzie centralizacja priorytetów przy jednoczesnej prawdziwej decentralizacji praktyki i inwestowanie w małe ośrodki i autonomiczne centra kulturotwórcze.

No i tutaj z polskim wynikającym z godnej sprawy powtarzam: żeby wygrać wojnę kulturową trzeba tworzyć dzieła, bo gadaniem nic się nie osiągnie. Podobnie jak „doktoryzowaniem się” ze zła. A jeżeli już „gadać” o kulturze (np. w mediach, które definiują się jako patriotyczne), to po to, aby „się policzyć”, wiedzieć o sobie nawzajem jak najwięcej, kreować to najmocniej jak się da. W Polsce z uczestnictwa w kulturze wyższej wykluczono setki tysięcy ludzi, którzy nie chcą być obrażani i opluwani, a chcą, aby dzieła artystyczne opowiadały również o nich, o ich życiu i ideałach. A więc, jeżeli chcemy mieć w przestrzeni publicznej polską kulturę, to musimy ją „zrobić” od nowa, bowiem złe drzewo nie urodzi dobrych owoców.

Jakieś półtora roku temu, w moim eseju, który tygodnik DoRzeczy zatytułował proroczo (?) „Czas na nowy początek”, odwołałem się do doświadczeń mojego Teatru Nie Teraz, który po latach bezdomności znalazł swój dom w prawdziwym, jeszcze przedwojennym Domu Ludowym we wsi Maszkienice. Według świata „nowoczesnych artystów z wielkich miast” taka lokalizacja dyskwalifikuje twórczo. Tymczasem tę pejoratywną „wiochę” znajdziemy dzisiaj w miastach właśnie, a im miasto większe, tym „wiocha” większa. I pisałem o tym tak:

Z początkiem ubiegłego wieku Polacy zdecydowanie szli ku Niepodległości: drużyny Sokole, paramilitarny Strzelec, a równolegle twórczość Malczewskiego, Wyspiańskiego, Paderewskiego. Jedocześnie w każdym z zaborów zaczęły powstawać Domy Ludowe, lokalizowane przede wszystkim na wsi.

Jeszcze przed I wojną światową powstało takich DOMÓW dziesiątki. Powstawały najczęściej z prywatnych donacji, czasami dosłownie dzięki wdowiemu groszowi. No i były poza zasięgiem opanowanych przez zaborców instytucji kultury, które, jak i dzisiaj, zlokalizowane były w dużych miastach. 

Regułą było, że w Domu Ludowym musiała być sala teatralna, ale również czytelnia i biblioteka. Właścicielami Domów Ludowych były nie instytucje, ale – mówiąc językiem współczesnym – organizacje pozarządowe (np. mieszkańcy wsi zrzeszeni w formie Towarzystwa). W germanizowanym i rusyfikowanym kraju te samorodne ośrodki kultury tworzyły edukacyjną, kulturową alternatywę. Były niejednokrotnie miejscem narodzin patriotycznych polskich elit.

W 2007 r. Teatr Nie Teraz miał premierę przedstawienia „Niewierni”, dla którego podstawowym tworzywem stał się tekst „Księcia Niezłomnego”, XVII-wiecznego dramatu Calderona. Nasza inscenizacja dość jednoznacznie odnosiła się do kapitulacji kultury europejskiej przed ekspansją współczesnych pogan, choć wtedy myśleliśmy o islamie. Dzisiaj dramat Calderona może być już rozumiany inaczej i wskazuje na innych wrogów cywilizacji. Niemniej jego romantyczne przesłanie jest wciąż aktualne, a jego poetycka puenta będzie najlepszym domknięciem mojego notatnika.  

Choćby ta ziemia gnać miała

Ze mną szczękami kajdanów,

Nawet – nawet w żywot dalszy:

Im więcej cierpię, tem wytrwalszy

Muszę trwać przy mojej wierze.

Bo ona jedna mnie strzeże!

Serce nadzieją roznieca!

(…) Bóg ucieczką moją i obroną!

 
Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)