Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

O polskich krasnoludkach i o Marii Konopnickiej

Wielką przyjemnością, choć i dużym wyzwaniem było dla mnie - pisze Jan Maniak, wybitny tarnowski erudyta,  recenzowanie spektaklu „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”, w wykonaniu Teatru Nie Teraz, w adaptacji i reżyserii Tomasza Antoniego Żaka. Jego "Krasnoludki" w odróżnieniu od innych, „trącając” w ezopowe struny Mistrza  Sarabandy, odkrywa również naszą historię. I co ciekawe, może się okazać dla widza interesującym testem na „polskość”. Z tego samego powodu, co w czasach Konopnickiej (zabory), czy „Solidarności” (komuna), gdy umiejętność czytania między wierszami pozwalała komunikować się autorowi z czytelnikiem ponad głową cenzora, który – nie mając polskiego serca - nie czuł tego kodu polskości. A dziś - jeżeli ktoś sądzi, że nie ma cenzury, to może dlatego, że nie rozpoznał tego kontrolera, który mógł zagnieździć się w jego głowie.

Wielka przyjemność, bo to, co zobaczyłem podczas próby generalnej na scenie Ośrodka Praktyk Artystycznych „Dom Ludowy” w Maszkienicach przywołało odległe, dziecinne wspomnienia. Żywe, niezapomniane pierwsze moje spotkanie z magią teatru. Chociaż cały ten „teatr” stanowiła wówczas jedynie posklejana z drewna, dykty, szkła i celofanu, niesiona przez kolędników niczym lektyka - bożonarodzeniowa szopka. Po bokach miała dwie „gotyckie” wieże z okienkami, pośrodku jedną wyższą, pod nią zaś – obrazująca szopę betlejemską - scena. W podłodze szopki były szczeliny, w których przesuwano umieszczone na patykach lalki. Miałem więc teraz uczucie jakby spotkania się z niewidzianym od przeszło pół wieku kimś mi bliskim. Zetknąłem się „oko w oko” z moją „prywatną” historią teatru, której pierwszy rozdział stanowi  kukiełkowa opowieść o narodzinach Zbawiciela.

Tamta plebejska estetyka, z częstochowskim rymem i śpiewem woniejącym okowitą (różni bowiem wykonawcy z tą szopką chadzali…), nałożyła się na poetycką, liryczną i baśniową opowieść. Dzięki reżyserskiej umiejętności „zarządzania percepcją” widza i zapewne moich wewnętrznych doświadczeń, czas stał się iluzją. Rozpłynął się w pomieszanych konwencjach, gatunkach i teatralnych „chwytach”: teatr muzyczny; koryfeusz w roli prezentera, narratora, wodzireja; poetycki teatr lalek; aktorzy – animatorzy; teatr światła, teatr cieni, i to odwołanie się do dziś zapomnianych szopek kukiełkowych, budzących nostalgię u tych, którzy je pamiętają.

Przywołałem to wspomnienie nie tylko dlatego, by ukazać, że każdy teatr ma u swego źródła jakiś kult, swoją „liturgię”, obrządek religijny, ale przede wszystkim, by wskazać jaką  „władzę” posiada widowisko teatralne (nawet takie jak szopka) nad wyobraźnią dziecka i jak potrafi wpłynąć na jego duchowy rozwój. Może mieć moc oczyszczającą, ozdrowieńczą, kształtującą charakter i dobry smak, jak w przypadku tego recenzowanego właśnie baśniowego moralitetu; bądź razić siłą fatalną, demoniczną, wypaczającą nie tylko gust, ale razem ze smakiem sumienie i charakter. Jeśli ktoś sądzi, że istnieje takie „cudo”, jak teatr obiektywny, niezaangażowany, niezideologizowany, to jest w błędzie, albo jest „użytecznym idiotą”, ideologiem, a nawet manipulatorem. Zawsze za teatralną maską kryje się jakiś duch: dobry lub zły, anioł albo demon, czyli szatan reklamujący swój „towar”.

Ten spektakl, stylizowany na „jarmarczne teatrum”, odkrywa na sposób bajki tajemnice sztuki i… politycznego marketingu. Karol Zapała, znakomicie animujący lisa Sadełko - tembrem głosu, gestem, sposobem poruszania się - obnaża tę zafałszowaną i kamuflowaną sferę handlu. Oczywiście, wszystko dla „dobra gąsek” - wtedy można handlować i cnotą, i tym, co intymne, głęboko ludzkie, by nie powiedzieć wprost o handlu „ludzkim towarem”. W imię „wspólnego dobra”, „lepszej przyszłości”, zdrowia całej ludzkiej populacji i tym podobnych wzniosłych haseł, nie wiemy, co się nam oferuje, co sprzedaje i - co gorsze - nie wiemy, ile, w jak sposób i czym za to płacimy… I na jaki targ nas wiozą? I wszystko to czułem patrząc i słuchając Lisa Sadełko.

I tu wypadałoby zwrócić uwagę na pierwszoplanowy element scenografii, inspirowany piękną ilustracją autorstwa Jana Marcina Szancera, która ozdabiała okładkę najbardziej znanego z wydań baśni Konopnickiej. Widzimy więc z ciekawej perspektywy - być może krasnoludków - wóz chłopa Skrobka. Mimowolne skojarzenie z wozem Tespisa, czy jednym z wozów teatralnej trupy lub taboru kuglarzy jadących na jarmark, wydaje mi się zasadne. Zwłaszcza, że ta scenografia stanowi w tym spektaklu i parawan dla aktorów animujących kukły, i kram cudów, i cygański zaprzęg. A więc ulega metamorfozom; staje się „wehikułem czasu”, który  „wiezie” widzów razem z „Dziećmi Matki Gęsi” - że przywołam tu określenie średniowiecznych aktorów, skomorochów - wraz z lalkami - krasnalami na współczesny jarmark. Moje gratulacje i uznanie za scenografię Andrzeja Dudy. Bardzo ona pomaga reżyserowi, któremu udało się wykreować i wkomponować w zamysł baśni Marii Konopnickiej nie tylko atmosferę ludyczności i ludowości, ale i całą „kontrabandę intelektualną”, którą autorka zmuszona była ukryć przed okiem cenzora.

Adaptacja  Tomasza A. Żaka, w odróżnieniu od innych, „trącając” w ezopowe struny Mistrza  Sarabandy, odkrywa również naszą historię. I co ciekawe, może się okazać dla widza interesującym testem na „polskość”. Z tego samego powodu, co w czasach Konopnickiej (zabory), czy „Solidarności” (komuna), gdy umiejętność czytania między wierszami pozwalała komunikować się autorowi z czytelnikiem ponad głową cenzora, który – nie mając polskiego serca - nie czuł tego kodu polskości. A dziś - jeżeli ktoś sądzi, że nie ma cenzury, to może dlatego, że nie rozpoznał tego kontrolera, który mógł zagnieździć się w jego głowie.

      

Ktoś, kto będzie na tym spektaklu, lub oglądał go online, może powiedzieć, że recenzent opowiada jakieś koszałki–opałki (nomen omen). Jaki wehikuł czasu, jakie teatrum jarmarczne, jacy oszuści sprzedający podejrzane medykamenty, a może jeszcze genderyści i latarnicy LGBT? Mając świadomość programowych założeń TNT, obranej misji, a także artystycznych i estetycznych wyborów, tak to właśnie odczytuję. Jak wspomniałem: jeżeli chytrusek Sadełko, modernizator – modelator, chce doglądać szkolne „gąski” swoją oświeceniową latarenką i dopiąwszy swego zakłada im na głowę „ślubne welony” śmierci, to czy jest to moja nadinterpretacja? Czy Konopnicka pisząc „gąski” miała na myśli podwórkową gęś? A może raczej jej symbolikę: niewinność, czystość, miłość małżeńską, gadatliwość, opiekuńczość. Tak jak piękna postać tej baśni - mistrz Sarabanda, Konopnicka  zagrała na skojarzeniowych „flażoletach”. T.A. Żak deszyfruje ten „kod cenzuralny”.  

Spójrzmy jak przedstawia ową „rzeź niewiniątek” na kukiełkowej scenie: białe gąski z czerwonymi dziobami i zsynchronizowana gra światłem i dźwiękiem: snop czerwonego światła zakrwawia białe główki i welony, a między długimi szyjami gęsi grasuje uzębiony pysk lisa z wywalonym jęzorem. Na ten „krwawy” obraz nakłada się pełen emocjonalnego napięcia głos Cygana - narratora. A propos, za ten „teatr światła”  w tym miejscu, kierownik techniczny Ryszard Zaprzałka powinien otrzymać gromkie brawa.

Wspomniałem na wstępie o wyzwaniu, bowiem zawarte już w pierwszym zdaniu pytanie: „Czy to bajka, czy nie bajka?”, prosi się o rzeczową odpowiedź. A jeśli bajka… To  o kim i o czym, i z jakim morałem? O jakich krasnoludkach i o jakiej sierotce Marysi? Czy może i o tej znanej, wielkiej zapomnianej, której twórczość ogranicza się dziś w naszej świadomości do „Stefka Burczymuchy”, czy „Naszej szkapy”? A jeśli dzisiejsi krytycy jej twórczości (nieliczni niestety) zastanowili by się, kto z ugrupowania  „stańczyków” (krakowska szkoła historyczna) mógłby być  prawzorem Koszałka-Opałka - może  ks. Walerian Kalinka, może Stanisław Smolka albo i ktoś inny - to może okazało by się, że ta bajka jest nie tylko o krasnoludkach. Również inaczej powinniśmy wtedy spojrzeć na dylematy króla Błystka, które wydają się być wpisane w opozycje szkół historycznych - krakowskiej i warszawskiej.  Wciąż nie pytamy kto odpowiada za upadek Polski, czy i skąd przyjdzie wyzwolenie, czy iść na współpracę z zaborcami, licząc na ekonomiczne profity, czy też zejść w podziemie i wyczekiwać wiosny? Mając przed oczami historię krasnoludków - kiedyś ponoć wysokich i potężnych, a dzisiaj trochę skarlałych - może powinniśmy jednak pytać i z ich żabiej perspektywy spojrzeć na siebie… 

Czy to krasnoludki mieszają prostym ludziom w głowach? Na  przykład takim jak Skrobek? A może to robią tzw. elity, zwane kiedyś inteligencją? „Kamień w lewo, kamień w prawo, jedźże prosto, jedźże żwawo”. Ale gdzie? Jaką drogą, w jakim celu, i po co? Do Europy? Obserwując aktorstwo Andrzeja Króla (jako Cygana i Skrobka) trudno mieć jakiekolwiek wątpliwości. Jego Skrobek jest żywcem wyciągnięty z kart książki. Nawet lekko przerysowany: gra twarzą, jakby nagle zmieniał maski, a jednocześnie jest charakterystyczny, niczym postać z commedia dell’arte. Zdezorientowany, zbałamucony, ale gdzieś, głęboko w jego siermiężnym jestestwie podszyty chłopską przebiegłością. Dobra to dygresyjna komedyjka do rozmowy chłopa z polskim rządem i europejskimi wytycznymi. Świetnie odegrana scenka. Z kolei dialog między królem Błyskiem (druga z ról Karola Zapały), a Skrobkiem jest poetycko – moralizatorski i również znakomicie ograny. Warto wspomnieć tu o wypunktowanym w przedstawieniu pozytywistycznym haśle pracy u podstaw (dziś jakby nieatrakcyjnym). I o tych skarbach, które można łatwo przehandlować, ale nie można ich kupić: jak więzi rodzinne, przyjaźń, czas, dobro, piękno, ojczyzna… Nie uchronimy się przed pisaną nam „europejską praworządnością”, ale żyjmy czerpiąc z mądrych ludowych rad króla Błystka.

„Bajkę” – za „podpuszczeniem” Cygana - tresera małp, prezentera w pozłacanej kamizelce i złotym otoku na kapeluszu - otwiera  inwokacja śpiewana radośnie w takt IX symfonii Beethovena, czyli  hymnu Unii Europejskiej („Ody do radości” F. Schillera), a zamyka, odczarowując uroki sztucznej „roziskrzonej” radości, piękny wiersz Konopnickiej - „Ojczyzna”, śpiewany na melodię „Pieśni Konfederatów Barskich”. Tragiczna opowieść ma  swoje pogodne zakończenie. Sierotka Marysia wspólnie z Podziomkiem (raz jeszcze Karol Zapała) - udają się po pomoc do królowej Tatry. Trzy dni i trzy kręgi – co znamienne - trwała podróż Marysi i Podziomka po „wodę życia” do Królowej. Powtórzę za historykiem literatury ludowej i dziecięcej, Jerzym Cieślikowskim, że: „w postaci królowej Tatry niewątpliwie odnajdujemy zaszyfrowaną alegorię Polski... taką, jaką tradycja literacka łączyła z obrazem Królowej Korony Polskiej”. Tak i ja myślę, widząc spektaklową królową Tatrę, trochę jasełkową, w udrapowanej sukni jak z obrazu, graną przez Annę Warchał (skądinąd najbardziej „zapracowaną” aktorkę w tym spektaklu). Jej spektrum kobiecych ról w tym przedstawieniu, nie licząc Żagiewki, to ciekawe, udane metamorfozy: od przygarbionej kobieciny, przez ducha matuli Kukuliny, do majestatycznej, pełnej dystansu, ale i łagodności, królowej Tatry.

Aleksandra Pisz jako krasnoludek Sikorek i przede wszystkim sierotka Marysia, to uosobienie delikatności, swobody, wdzięku i urody. I wdzianko krasnoludka i sieroce ubranko nie krępują jej gry ani lekkości. Taka to sierota - wioskowy odmieniec, z sercem otwartym i współczującym. Taka sierota, co tak cudnie dla nas śpiewa… Oczywiście – dekonstruktorzy kultury chcieliby widzieć taką bardziej „rozbuchaną” sierotkę, taką ze smartfonem w dłoni, słuchawkami w uszach… itd. Nie chcę epatować kiczowatą wyobraźnią współczesnego teatru, dlatego sprowadzam jedynie do „komórki” te postmodernistyczne fantazje... A w spektaklu T.A. Żaka sierotka to nie tylko piękno i dobro, ale przede wszystkim prawda i o baśni M. Konopnickiej i o ludowym, ludzkim pierwowzorze postaci.

A ja polecam szczerze ten spektakl, jako odtrutkę i czarodziejski balsam na rozkołatane serca, pandemię, niepewność. Dzieciom polecam dla rozwijania ich nieskażonej reklamowym kiczem wyobraźni. Dorosłym zalecam, by założywszy na nos magiczne okulary, dostrzegli nawet coś więcej niż ja. A melomanom, czyli w sumie wszystkim – niejako przy okazji - popisy muzyczne i wokalne mistrza Sarabandy, które postać kreuje wyjątkowy w tej roli Marcin Guzik.

Jan Maniak
zdjęcia - TNT

Teatr Nie Teraz, „O krasnoludkach i o sierotce Marysi”. Adaptacja i reżyseria: Tomasz Antoni Żak; scenografia: Jerzy Duda; muzyka: Marcin Guzik; kostiumy: Aleksandra Mazur. Aktorzy: Aleksandra Pisz, Anna Warchał. Marcin Guzik, Andrzej Król, Karol Zapała oraz Ryszard Zaprzałka jako Koszałek-Opałek. Premiera online – 5 grudnia 2020 w dworku Muzeum Marii Konopnickiej w Żarnowcu.