Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Tomasz A. Żak: Kultura albo śmierć

Moje, trwające od lat oczekiwanie - dywaguje znany reżyser i publicysta, twórca Teatru Nie Teraz, że ludzie definiujący się, jako prawica, jako patrioci, w końcu zrozumieją istotę kultury i sztuki w kreacji narodowego interesu Ojczyzny, czasami może wyglądać na obsesję. Nie jest nią jednak i to na pewno. Tak jak szaleństwem nie jest - tu odwołam się do skojarzeń najprostszych - oczekiwanie, że rządzący zapewnią ludziom możliwość pracy i godziwej płacy we własnym kraju czy prowadzić będą taką politykę międzynarodową, która uchroni państwo przed wojną, a już na pewno przed wojną, którą mielibyśmy przegrać.

Wojna to w sam raz dobre skojarzenie, bo choć nie słychać huku armat, to ona – wojna – trwa od lat w najlepsze. Może nie w okopach, ale w instytucjach, które taką właśnie funkcję dzisiaj pełnią. Okopy te (jeżeli ktoś chce niechże je nazywa – może nawet i słusznie odwołując się do Zygmunta Krasińskiego – Okopami Świętej Trójcy) zdobyte zostały przez polskojęzycznych marksistów przywiezionych tutaj na sowieckich czołgach po 1944 roku (skądinąd za zgodą zachodnich, jakże zdradzieckich aliantów). I te instytucje/okopy, pomimo upływu dziesiątek lat nadal są w rękach marksistów, choć teraz nie takich spod „czerwonej gwiazdy”, ale takich spod „genderowej tęczy”, którzy również – a jakże - otrzymują wsparcie „rozwiniętych demokracji” zachodu.

Ofiary toczącej się wojny idą już nie w tysiące czy setki tysięcy, ale w miliony. Skąd to wiemy? Skąd takie liczby? Choćby z wyników ostatnich wyborów prezydenckich. Rzecz jasna, nie mówimy tutaj o ofiarach, które byśmy definiowali poprzez tablice nagrobne, ale o jak najbardziej żywych cieleśnie bytach, a jednocześnie już w większości martwych dla Polski. Gorzej, te byty swym światopoglądowym trupim jadem zarażają otoczenie tak skutecznie, że pozostałe jeszcze zdrowe miejsca naszego kraju zaczynają wyglądać jak rezerwaty, a może już nawet jak getta dla populacji przeznaczonej do eksterminacji – kulturowej oczywiście. No chyba że poprzez społeczną lobotomię się mieszkańców gett reedukuje, co zresztą liderzy nowej marksistowskiej rewolucji głoszą jako dziejową konieczność.

Taki właśnie jest dzisiaj kulturowy polski pejzaż. Próba zmieniania go na przykład „sylwestrami pod Giewontem”, to nie tyle błąd, co… wielbłąd i to wielogarbny. Erotomana nie da się wyleczyć z jego przypadłości proponując mu wizytę w domu uciech przystrojonym w barwy narodowe. Cel nigdy nie uświęca środków, choćby było to wsparte rekordami oglądalności. Używanie narzędzi wrogich naszej kulturze i tożsamości jest tak samo skuteczne, jak przygotowanie młodego człowieka do małżeństwa poprzez wolną miłość. I tak samo destrukcyjne jak współczesny model ekumenizmu relatywizujący wiarę. 

Wróćmy do tej wytęsknionej prawicy, która coś z istoty zajmowania się kulturą rozumie. Oj, niełatwo znaleźć tegoż przykłady w przestrzeni medialnej dającej szansę na szerszą dostępność do takich przypadków, a tym samym do promocji dobra, piękna i prawdy. Jednym z nielicznych nadawców, którzy starają się o tym czasami pamiętać, jest Telewizja wRealu24.

Wysłuchałem/obejrzałem ostatnio program Krzysztofa Lecha Łukszy z cyklu „Rozmowa na poziomie”, poświęcony, jak go anonsowano, „totalnemu upadkowi sztuki”.  Pan redaktor zaprosił do studia poetkę i pisarkę Martę Cywińską oraz artystę malarza i pedagoga, Jacka Schmidta.

Oczekiwania na dzieła, czyli prawdziwą broń do walki z antykulturą program ten nie zaspokoił, ale swymi treściami wyszedł jednak nieco ze studia na przysłowiową ulicę. Zostawmy więc powtarzające się przy tego typu okazjach narzekania na wszechobecną antyestetykę i bluźnierstwa ze wskazywaniem ich lokalizacji, co tak czy siak jest reklamą zła, ale przyjrzyjmy się tym sprawom, które pokazują w kulturze i w sztuce inne drogi, niż te prowadzące w nihilizm, rozpacz i do piekła.

Jacek Schmidt słusznie zauważył, że lekarstwem na antysztukę powinna być większa obecność wśród Polaków kultury narodowej. I słusznie powiedział, iż chodzi o taką kulturę, która identyfikuje nas jako Polaków. To, że można tutaj, dzieląc włos na czworo, wymądrzać się „w temacie”, co to znaczy być Polakiem, darujmy sobie, ale niestety pan Schmidt nie powiedział jak ma wyglądać ta „większa obecność” i to już jest niedobrze dla poruszanej kwestii. Próbę porządkowania koniecznych działań w tym zakresie podjęła Marta Cywińska, ale stopień ogólności jej metafory (damska torebka) uczynił temat abstrakcyjnym. Być może dlatego właśnie, że stałą obecność sztuki w naszym życiu pani Cywińska w tejże torebce zamknęła wraz z klasyką, metafizyką i jeszcze ludycznym „czymś do śmiechu”. Torebki niestety nie działają na zasadzie: „stoliczku nakryj się”.

Prowadzący, pan Łuksza, postawił nieco gorzkie prowokacyjne pytanie: czy ktoś ten program będzie oglądał; ile on będzie miał tzw. wejść w porównaniu z komentarzami  stricte politycznymi? Pan Schmidt równie gorzko wtedy skonstatował fakt braku integracji różnych grup narodowych, co skutkuje brakiem, jak to nazwał – „kontrreformacji” i niemożnością ofert od twórców. Również politycy opozycyjni prawej strony (tutaj wymienił Konfederację) nie maja propozycji dla kultury. Wypowiedział też dwie znamienne refleksje. Pierwsza jest swoistym memento dla omawianych spraw: „instytucje państwa działają na rzecz antykultury”, a druga dotyczyła przemijającej wśród młodych, tak mocnej jeszcze kilka lat temu mody na patriotyzm. Wszystko słusznie, ale znów pozostajemy w sferze zdiagnozowanej atrofii kultury polskiej i pospolitego narzekania.  Brakuje koniecznych wniosków, choćby z faktu wspierania przez państwo bluźnierczych wystaw czy niemoralnych spektakli (a czy tak się dzieje z braku roztropności, czy może świadomie, to już temat na odrębny esej).

Niestety, pani Cywińska również nie pomogła. Konieczne w tym momencie konkluzje nie zostały wypowiedziane. Podręcznikowe pedagogiczne recepty typu, że musimy wiedzieć czym się młodzi interesują, to tylko „mowa trawa”. Podobnie jak nieco afirmacyjne namawianie do pisania w obcych językach, bo wtedy jest szansa na dotarcie do innych narodowości, które nic o nas nie wiedzą albo wiedzą źle. Jeżeli już mówimy o docieraniu do innych nacji, to na pewno najlepszym na to sposobem jest sztuka teatru i jej uniwersalna metafora; również przekaz muzyczny, czy nawet gry komputerowe, a nie literatura, niestety. Przy tym wszystkim pani Cywińska zaskoczyła mnie jeszcze uwagą, że „narodowcy winni wychodzić ze sztuką do młodzieży”. To jest nie tyle życzeniowe, co po prostu – pardon – naiwne. Bo z czym mają wychodzić? Kto ma wychodzić? Gdzie są te miejsca, w których to „wychodzenie” można by zaabsorbować?

Jeżeli na powyższe pytania nie potrafimy odpowiedzieć, to taka dyskusja traci swą oczekiwaną kreatywność; ową ewentualną nieodzowną potencję kontrrewolucyjną, o której mówił pan Schmidt. No i wtedy możemy tylko podnieść ręce do góry i czekać kiedy „oni po nas przyjdą”.  Możemy się jeszcze doktoryzować z tematu „umierania kultury”, czy „cywilizacji śmierci”. Przeraża mnie ta atrofia woli u skądinąd dobrych i utalentowanych ludzi tej tzw. prawej strony. Ta – uwaga na sformułowanie – zarozumiała beznadzieja, którą ostatnio wyczytałem u publicysty „Warszawskiej Gazety”,Krzysztofa Osiejuka. Cytuję: „Przepraszam bardzo, ale nawet przy swoim wyssanym z mlekiem matki optymizmie nie jestem w stanie dojrzeć śladu nadziei. Kierunek wydaje się ostatecznie wyznaczony i nie ma nikogo na horyzoncie, kto miałby szansę (i ochotę) go zmienić”. Pan Osiejuk nie tylko się myli, ale nas po prostu oszukuje. I znów muszę tutaj powtórzyć coś, co wydawało mi się, że dotyczy tylko tzw. elyty, a tymczasem zarażeni są i ci, którzy siebie uważają za elitę. Dla nich wszystkich świat kończy się na Jankach i Łomiankach, czyli miejscowościach flankujących z dołu i z góry ma mapie stołeczne miasto Warszawę. Tymczasem Polska to duży kraj i ludzi, którym się chce jest mnóstwo. A jeszcze więcej takich, którzy potrafią, tworzą sztukę i kreują kulturę, o którą właśnie chodzi.

Z całym szacunkiem (nie kłamanym!) dla osób biorących udział w dyskusji w studio Telewizji wRealu24, chcę powiedzieć, że nie da się tego bolesnego stanu naszej kulturowej rzeczywistości zmienić niszowymi „salonikami literackimi”. No chyba że jednego dnia i o tej samej godziny zaczniemy czytać Herberta czy Trzebińskiego w co najmniej 44 miejscach naszej Ojczyzny. A tak w ogóle, to nam jest potrzebny „wielki wybuch”, a nie znicz na mogile.

Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)