Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

„Dzień Gniewu” w tajemnicach Mszy Świętej

Zdolny do refleksji chrześcijanin wie,
że w Auschwitz umarł nie żydowski naród,
lecz że umarło chrześcijaństwo.

Elie Wiesel 
       
Recenzując wznowiony przez Teatr Nie Teraz „Dzień Gniewu” Romana Brandstaettera, w adaptacji, scenografii i reżyserii Tomasza Antoniego Żaka - pisze wybitny tarnowski erudyta Jan Maniak, nie chciałem przywołać historycznej cezury „po Auschwitz”, ani szkoły frankfurckiej i jej „wynalazku”  tzw. teorii krytycznej. Jednakże, nie mogłem… Czułem, że ten „Dzień Gniewu”,  reżyserowany był z rozmysłem w opozycji do post-historycznej „narracji”, gdzie w miejsce prawdy wstawia się hagadę, hiperbolę, i przypowieść o antysemityzmie wyssanym z mlekiem matki. To dramatyczne misterium, wpisane w antyczną tragedię w „kanonicznej” inscenizacji Żaka, w którym zwycięzcą okazuje się ukrzyżowany Bóg, gdzie triumfuje „estetyka” katolicyzmu i duch przedsoborowej liturgii odczarowuje sofistyczny „dyskurs” i obnaża pokrętną logikę szatana - „oskarżyciela”, z którą rezonuje tak współczesny teatr, sztuka, jak i media.

Stwierdzenie Theodora W. Adorno, że: „Pisanie wierszy po Auschwitz jest barbarzyństwem”,  naznaczyło kolejnym piętnem „klasyczną” sztukę, która była jedną z dróg prowadzących człowieka przez piękno, dobro, prawdę do świętości. Stygmatyzacja sztuki zrodzonej na fundamencie krzyża otwiera szerzej bramę do piekła „post-sztuki”; kakofonii, brzydoty i post-prawdy. Dusząc już w zarodku to, co najcenniejsze w człowieku, czego się nie kupi, nie dostanie w prezencie – rozwój jego ducha.

„Po Auschwitz”, podpowiada nam „Dzień Gniewu”, powinniśmy wrócić na Golgotę. Pytając bowiem, co „po Auschwitz”, nie można zapomnieć o drodze prowadzącej do Auschwitz. Frankfurtczykom i ich epigonom wciąż myli się estetyka z teologią,  historia z narracją, przyczyna ze skutkiem. Dlatego ich sofistyczna retoryka traci swój potencjał, kiedy w tym piekielnym kręgu Auschwitz „natkną się” na osobę św. Maksymiliana Maria Kolbe czy św. Edytę Stein. Analogiczne odczucia i „estetyczne” problemy musi stwarzać wszystkim tym, którzy zatwierdzili „śmierć Boga” po Shoah, dramat Brandstaettera. W jednym i drugim przypadku pretekstem będzie Holokaust, a problemem okazuje się być katolicyzm.  Od światowej premiery „Dnia gniewu” w Austrii  w 1965 r., gdzie gotycki refektarz zmienia się w hebrajskie niebo, po ostatnią w Teatrze Telewizji w reżyserii Jacka Raginisa – Królikiewicza, czyli dramat o metanoi z „poprawnym” zakończeniem dosłownie inspirującym się dedykacją: Poświęcam pamięci Polaków, którzy za pomoc i schronienie udzielone Żydom podczas okupacji zginęli śmiercią męczeńską z rąk hitlerowskich Kainów. Nieporozumienie, „poprawienie”, czy niezrozumienie istoty dramatu?       

 

Tym bardziej cieszy adaptacja Tomasza A. Żaka w duchu Brandstaettera - pasyjno-liturgiczna, nie udająca moralitetu. Wpisana w tajemnicę Mszy Świętej rozumianej jako liturgiczne powtórzenie Pasji Chrystusa, od uwięzienia i oskarżenia o bluźnierstwo, aż do wyszydzenia na krzyżu. I… Zmartwychwstania.

„Dzień Gniewu” napisał R. Brandstaetter - warto przypomnieć - w 1962 roku, czyli przed zmianami  posoborowymi. Łacina jest w tym dramacie równie ważna. „Benedicite. Benedicite. Oculi omnium” to piękny „liturgiczny” początek do widzów: „Pobłogosław. Pobłogosław. Oczy wszystkich”. Z czytanego właśnie „Martyrologium Romanum” można ustalić dokładny dzień, w którym rozgrywa się dramat, co też ma znaczenie (str. 479 - 23 novembris - listopad). Natalis sancti…  (łac.) – narodziny tzn. dzień śmierci męczeńskiej. Sugeruje to, że biblijny „Dies Irea” – „Dzień Gniewu” również dla Żydów „przechodzących” swoją Pasję w getcie oznacza „narodziny”. Z kolei imię Emmanuel jest wyraźnym odwołaniem do Ks. Iz. 7,14, a nazwisko Blatt to po niemiecku liść. 

Jeżeli przez nie wpada do pokoju
Jesienny liść.
Okno nie jest winne.
Drzwi nie są winne.
Wiatr jest winien.
Wielki wiatr zerwał się na dworze,
Wielki wiatr. 

Nie miejsce tu na analizę, to tylko przykład, że nie można bagatelizować szczegółów, które naprowadzają nas na  zrozumienie dramatu. „Wielki wiatr” historii, jak i „wiatr” w znaczeniu biblijnym, teofania Boga. 

      
Andrzej Król jako Emmanuel Blatt, syn cieśli, stolarza – można domniemywać, że  alter ego autora, konwertyty z judaizmu na katolicyzm, gra perfekcyjnie w „sferze” emocji - ciałem, spojrzeniem, natężeniem głosu. Wychodzi z „mroku” jak ze zwoju Tory i pojawia się w refektarzu – wieczerniku.  Zgarbiony, jakby  na plecach niósł  żydowskie przeznaczenie. Wygłodzony. Skonsternowany staje  naprzeciw przeora, który na jego widok przerwał modlitwę przed posiłkiem. Robert Chodur w roli Przeora – koryfeusza chóru,  udowodnia, że trudną psychologicznie do udźwignięcia kreację można zagrać wiarygodnie, naturalnie, nie posągowo i bez świętoszkowatości.          

Spotkanie Żyda - kozła ofiarnego, na którego głowę spadły wszystkie grzechy Izraela - i katolickiego przeora, nagłe i nieoczekiwane,  rozgrywa się  na „wertykalnej belce krzyża”. Myślę, że wskazuje to na duchowe zderzenie się wyznań. Krzyż ich dzieli, bo jest zgorszeniem dla Żyda i łączy zarazem, bo jest, bo staje się stołem - ołtarzem.     

           

Talmudyczne roztrząsania Blatta, i co bardzo wymowne, z chasydzkim zaśpiewem, jego oskarżenie Boga, wplatają się w „psalmodię” chóru: Nigdy nie wiadomo, kiedy otwierają się / Przed człowiekiem ogrody Gethsemani. Większość partii chóru w inscenizacji T.A. Żaka została pominięta i zastąpiona muzyką organową (kompozycje Adama Struga). Jest to bardzo istotne dla zrozumienia poszczególnych części Mszy Świętej rytu trydenckiego, co – jak zaznaczyłem wyżej – jest istotnym kluczem do całego przedstawienia . W warstwie czysto teatralnej naprowadza dodatkowo widza na zrozumienie, że płonące getto, skąd przyszedł Blatt, utożsamione jest z Getsemani. Żyd przywdziewa habit i przejmuje, nie z własnej woli, rolę kapłana – Chrystusa,  „wchodząc” w misterium Mszy Świętej, która jest obrazem męki Pańskiej - od wstąpienia na Górę Oliwną, kiedy kapłan wchodzi na stopnie ołtarza, całuje ołtarz przywołujący pocałunek Judasza…  po „ite missa est”, czyli rozesłanie apostołów po Zmartwychwstaniu: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. Każdy gest ma w tej „powtórzonej liturgicznie” Pasji znaczenie.      

Via Dolorosa Emmanuela Blatta zawiedzie go na Golgotę, pod krzyż - tu w koronie z kolczastego drutu (mającej może odniesienie do obozów koncentracyjnych) doznaje epifanii cierpiącego Boga-Człowieka i łaski metanoi – przejścia ze Starego Testamentu w Nowy Testament.  Udana, przejmująca rola Andrzeja Króla ubarwiła dramatyzmem i autentyzmem spektakl od wejścia po żarliwe, płaczliwe: „O Adonai! Adonai!”   

        
Spotkanie przeora z diabolicznym Walterem Bornem, niedoszłym księdzem katolickim, który sutannę zamienił  na nazistowski uniform, a katolickie credo na plemienną wiarę w Naród, przebiega z kolei w linii horyzontalnej krzyża.  Maciej Małysa (Sturmbannführer Born) jest przekonujący w tej roli od pierwszego kroku: mefistofeliczny czar, cyniczny uśmiech, pewność siebie, pogańska buta, zlewają się idealnie z esesmańskim mundurem. Dialog między nim a przeorem przybiera formę ewangelicznego kuszenia  na pustyni. Przebiegły zwodziciel, prowokator i kat w jednej osobie, chcąc pozbawić przeora katolickiej wiary, snuje intrygę, która w tej Pasji wyznaczy mu ostatecznie rolę rzymskiego setnika, który przebił włócznią bok Chrystusa.     

         

I Judasz - Julia Chomin wydająca Chrystusa - Żyda za sznur pereł. Kobieta lekkich obyczajów zwiedziona przez „węża” Ewa, w lekko wyzywającym stroju i uwodzicielskich ruchach. Szantażystka i kusicielka. Te charakterologiczne cechy postaci kobiety upadłej zostały zagrana przez Annę Warchał ciałem i duszą  w pełnym spektrum. Udana kreacja i wysoka sprawność aktorska. Zbyt zachłanna kończy tragicznie, jak Judasz.   

    

Człowiek z Podziemia Karola Zapały to uosobienie sprawiedliwości i pomsty; nie czekający na Boże wyroki, ma władzę prokuratora. W Pasji grałby Poncjusza Piłata. Przyszedł odwiedzić  przeora tylko dlatego, że ten udzielił schronienia Żydowi, czym oczyścił się z podejrzeń o współpracę z Niemcami. I on kusi przeora: Ojcze, szaleńcy w krainie Gerazy / Wyszli z grobowców, palą i mordują / Niewinnych ludzi. Demon ich opętał!”. I tu, wierny swojemu powołaniu, i katolickiej wierze przeor odpowiada: „Siebie i ojców nie będę ratował / Krwią moich wrogów. Nie ulega patriotycznej retoryce. Dlatego przeor Brandstaettera wydawał się współczesnym recenzentom niewiarygodny… Niewiarygodny? Skoro ma uosabiać Miłosiernego Chrystusa to „Dzień Gniewu” jest i Dniem Miłosierdzia. Karol Piotr Zapała wyspecjalizował się w partyzanckim emploi. Posiada odpowiednie predyspozycje: sylwetka, gesty, sposób poruszania się na scenie.  Krótki rzeczowy dialog. Racje żołnierza i jego służba, a naprzeciw racje kapłana i jego posługa.

Warto odnieś się do zamieszczonego pod tytułem dramatu zdania Elie Wiesela, pomysłodawcy terminu Holokaust. Przeglądając internet mamy problem, czy nagradzany nagrodami i odznaczeniami pisarz Elie Wiesel, to więzień obozów czy Elie Wiesel to oszust stulecia? Tak jak ze wszystkim w internecie. Jestem chrześcijaninem czy katolikiem? Czy  jestem zdolnym do refleksji by, to zgrabne zbudowane sofistyczne zdanie powtarzane w mediach odczytać na chłopski rozum: „i naród żydowski istnieje i chrześcijaństwo”. Problemem jest Auschwitz, bo jeżeli „po Auschwitz” Bóg umarł, to kto jest winny? I trwa poszukiwanie Kozła Ofiarnego. Czy odpowiedzią, jak chcą niektórzy teolodzy, ma być „mistyczne milczenie”? „Dzień Gniewu” Teatru Nie Teraz daje nam precyzyjną i wiarygodną odpowiedź.

Jan Maniak
Zdjęcia - Aleksandra Żak