Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Katechizm wyklętej kultury

20 lat po premierze...

Miałem taki sen - pisze znany reżyser i publicysta - Tomasz A. Żak, twórca i dyrektor Teatru Nie Teraz. Jest wiosna. Piękna łączka w brzozowym lesie. A tutaj rusza się ziemia, ta łączka cała się rusza. Coś wyraźnie chce wyjść spod murawy. Ukazują się jakieś palce, całe dłonie, potem głowy i ramiona… Spod ziemi wychodzą ludzie w wojskowych mundurach, na ich czapkach orzełek w koronie, na piersiach ryngrafy z Matką Boską. Oni w rękach trzymają broń. Z trudem otwierają sklejone gliną oczy, z ust wypluwają ziemię. Za chwilę zaczną mówić… I wtedy w mój sen wchodzi urzędnik w garniturze z plikiem papierów pod pachą i zaczyna kierować tymi, co właśnie wygrzebali się spod ziemi: wy tamtędy, do muzeum, a panowie na lewo, na pomniki, a ci po prawej proszę się nie ruszać – zrobimy zdjęcie. I uwaga! Wszyscy oddają broń!

Kto ty jesteś?

Minęło już 20 lat od premiery spektaklu Teatru Nie Teraz pt. „Na etapie”. Jego bohaterką była dziewczyna o imieniu Danusia, której nazwisko i pseudonim kojarzą dzisiaj wszyscy. I ci, którzy z dumą noszą jej wizerunek nadrukowany na koszulkach, i ci, którzy jej pomnik bezczeszczą czerwoną farbą. W setkach mutacji cytowane jest przedśmiertne przesłanie niespełna 18-letniej Danusi, że „zachowała się jak trzeba”. Czy plakatujący się tym zdaniem wiedzą tak naprawdę o co tutaj chodzi? A młodzi mężczyźni z naszywką na kurtkach „Śmierć wrogom Ojczyzny”, będącą prostym naśladownictwem bojowego credo zamordowanego w wieku 26 lat Mietka o równie znanym dzisiaj pseudonimie, czy oni rozumieją sens tej deklaracji?

Jaki znak Twój?

Tak jak każdy z nas, aby nie być przysłowiową „trzciną na wietrze”, ma swoje nazwisko, rodziców i dziadów, tak i Ojczyzna musi mieć znamiona tożsamości, bez których nie istnieje.  Oczywiście, w rodzinach zdarzają się „czarne owce”, a i narody mają swych antybohaterów. Rzecz w tym, iż tożsamość historyczna dająca siłę ludziom i dumę z własnego kraju, nie może chorować na rozdwojenia osobowości. Trzeba dokonać wyboru.
Pierwszym takim wyborem, można powiedzieć – fundamentalnym, było przyjęcie chrześcijaństwa przez naszych piastowskich przodków. Ten chrzest, ten nieusuwalny sakrament, zdefiniował Lechitów raz na zawsze. Innymi słowy, pierwszym naszym narodowym znakiem jest Chrystusowy krzyż. Z tego idą znaki kolejne: pierwszy hymn, czyli pieśń „Bogurodzica” oraz etos rycerski, czyli jeżeli wojna to nie zaborcza, jeżeli walka to honorowa, jeżeli dane słowo to nie ma wyjątków, jeżeli miłość to do grobowej deski. Najlepiej te punkty odniesienie definiuje sztandarowe polskie motto: BÓG – HONOR – OJCZYZNA.

Dalej, po takiej inicjacji, powinno być już prosto, ale historia uczy, że wciąż i wciąż te konstytuujące nas wartości są relatywizowane, a nawet próbuje się ich sens wywracać na nice, co stało się coraz dotkliwsze od końca XVIII wieku. I trzeba wybierać, bo gdyby prawda leżała pośrodku, to byłaby półprawdą... Trzeba wybierać pomiędzy Konfederacją Barską a Targowicką; pomiędzy romantycznymi uczestnikami kolejnych powstań przeciw zaborcom a ugodowcami, którzy lansowali oświecone życie w autonomiach; pomiędzy ludźmi ze Strzelca czy Sokoła a tymi od małej stabilizacji; pomiędzy zwolennikami traktatu ryskiego, a tymi, którzy Polskę widzieli w granicach z czasów I Rzeczypospolitej; a w końcu trzeba wybierać pomiędzy tymi od „zamachu majowego” a tymi „czasowo zameldowanymi” w Berezie Kartuskiej.

Im bliżej współczesności, tym wybory coraz bardziej się polaryzują. I co ciekawe, a wciąż nieoczywiste dla wybierających dzisiaj, wszystkie rozterki i z tym związane emocje mają swój początek w czasach drugowojennych okupacji – niemieckiej i przede wszystkim sowieckiej. Obywatelami Polski tak naprawdę nie rządzą trumny Dmowskiego czy Piłsudskiego, ale nagrobki towarzysza Bieruta i generała Andersa.

A w co wierzysz?

Skutecznie zdekomunizować przestrzeń publiczną to nie znaczy zmienić tabliczkę z nazwą ulicy czy zrzucić z cokołu jakiegoś czerwonego kata. Tak naprawdę nie „dekomunizacja” powinna być paradygmatem władzy, a przywrócenie polskości. Chodzi o działanie z miłości do Ojczyzny, a nie z nienawiści do jej wrogów. Dokładnie tak rozumiem motywacje Polaków, którzy postanowili nie składać broni wobec nowego starego okupanta, jakim okazała się po 1944 roku Rosja Sowiecka.

W 2012 roku powstał drugi spektakl Teatru Nie Teraz dedykowany polskiemu podziemiu niepodległościowemu po II wojnie światowej. W pracy nad „Wyklętymi” postawiłem przed sobą i aktorami jedno podstawowe pytanie dotyczące naszych bohaterów:  jak oni to mogli wytrzymać? Tę zdradę aliantów; ten gwałt na Polsce czyniony przez komunistycznych okupantów, w tym przez polskojęzycznych zdrajców; ten brak perspektyw na zwycięstwo; te kazamaty i tortury w ubeckich więzieniach;  tę rozłąkę i strach o własne rodziny; to więcej niż prawdopodobne aresztowanie i czekające na nich bezimienne doły śmierci oraz zakłamaną pamięć („zaplute karły reakcji”, „bandyci”). I stało się, że dzięki takim wspaniałym ludziom, jak Piotr Szubarczyk, Leszek Żebrowski czy Janusz Kurtyka oraz dzięki pracy Instytutu Pamięci Narodowej w ostatnich latach (m.in. te wszystkie ekshumacje prowadzone przez prof. Krzysztofa Szwagrzyka) zamordowana polska armia do nas wróciła, czego oficjalną dominantą jest ustanowienie przez Sejm RP w roku 2011 Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Mamy jednak z tym problem i to niemały. Tkwi on właśnie w tej oficjalności, w uczynieniu z pamięci o Niezłomnych Żołnierzach historycznej racji stanu. Ta oficjalność wyprzedziła bowiem konieczną pracę edukacyjną, co w efekcie kulturowym obserwujemy jako akcyjność i akademijność, a nawet neoficki kult. Pozwala to pogrobowcom i wnukom  systemu, który zniewolił Polskę, na cytowanie swoich antenatów i nazywanie polskich patriotów bandytami i mordercami. I znajdują słuchaczy. Pozwala to również na nieuprawnione szermowanie epitetem „wyklętyzmu” w stosunku do działań obecnego rządu w zakresie przywracania pamięci o ludziach insurekcji antykomunistycznej. Paradoksem jest to, iż epitetu tego używają mader często ci, którzy uważają się za kochających swój kraj.

Na pewno pięknym jest przywoływanie postaci i wydarzeń, trzeba pisać książki i tworzyć strony internetowe, potrzebne są apele pamięci i biegi „Tropem Wilczym”, a państwo polskie na pewno powinno tworzyć adekwatne muzea i nie zapominać przy tej okazji o zdrajcach i katach. Ale kiedy patrzę na to 1-marcowe „patriotyczne wzmożenie”, to widzę, jak ci, których na czas kulturowej wojny cywilizacji Opatrzność nam przywróciła – przywróciła dosłownie spod ziemi - są zagłaskiwani politycznie i publicystycznie; pacyfikowana jest ich energia w muzealnych gablotach, a uczucia formatowane są w multimediach. A przecież tak naprawdę chodzi o to, by ci, którzy w Polsce żyć będą za lat dziesięć czy dwadzieścia pokochali to, w co wierzyli tamci młodzi ludzie. Nie chodzi o to, by programowo prowadzać uczniów do muzeów lub na pochody, ale by mieli to w sobie. To jest najważniejsze. Nie to jak i gdzie tamci walczyli, nie to kto jak ich gnębił i mordował, ale to w co oni wierzyli i dzięki czemu byli tacy właśnie, jak byli. Chodzi o odbudowanie kultury, która uformowała tamto niezłomne pokolenie. Chodzi o tę utraconą kulturową broń, której nam dzisiaj brakuje. A wtedy wszystko będzie prostsze.

W jednym z listów przemyconych z celi śmierci do żony i syna podpułkownik Łukasz Ciepliński pisał: Odbiorą mi tylko życie. A to nie najważniejsze. Cieszę się, że będę zamordowany jako katolik za wiarę świętą, jako Polak za Polskę niepodległą i szczęśliwą, jako człowiek za prawdę i sprawiedliwość. Wierzę dziś bardziej niż kiedykolwiek, że idea Chrystusowa zwycięży i Polska niepodległość odzyska, a pohańbiona godność ludzka zostanie przywrócona.

Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)

Po napisaniu i opublikowaniu tego eseju natrafiłem na tekst Leszka Żebrowskiego, który dołączam teraz do moich rozważań:
W języku polskim „wyklęci” to są wypędzeni, to są wykluczeni. Oni są wypędzani z naszej pamięci, są szkalowani. Mamy się ich wyrzec, mamy wyprzeć ich z naszej pamięci, z naszej przeszłości tak niedalekiej. Na tym polega wyklęcie.
Czy przestali być szkalowani? Nie ma tego w przestrzeni publicznej? Jest – dlatego cały czas ta nazwa jest aktualna.