Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

27 marca

To data dla ludzi teatru wyjątkowa. To święto, którego dziś nie ma, pozostało jedynie w kalendarzu i pamięci ludzi sceny. Apokalipsa - czas ostateczny, w którym przyszło nam żyć ma dziś diabelską maskę koronawirusa. W teatrze maska zawsze była ważna, to jeden z jego podstawowych atrybutów ale czy teraz wyrzuceni poza margines zawirusowanej rzeczywistości także musimy je nosić... aby przetrwać ten stan wojenny w kulturze. Tak dziwnego, ale przede wszystkim smutnego Międzynarodowego Dnia Teatru nie przewidział chyba nikt.  Nie ma przedstawień, nowych premier, okolicznościowych spotkań, nagród i gratyfikacji.  A miało być tak pięknie! Wystrzałowo i odświętnie! Bo w tym roku 27 marca wystrzelił w piątek. Piątek! Co za słowo iskra! Do niedawna słowo zapłon. Najlepszy dzień do świętowania, bo trwać może i całą sobotę, a zawstydzić niedzielą o poranku.  Niestety ktoś zatrzymał życie, porozbijał szampanówki i wszystko stało się nieznośnie puste. Niby każdy jakoś sobie radzi.  A jednak coś wisi niedobrego w powietrzu. Jakiś wirus przygnębienia. Patrzymy przez okna na wyludnione ulice i stajemy się powoli niczym z parapetu kocięta. Tyle nam wolno. Sennie spoglądać na smutną rzeczywistość i trwać, czekać. Ale na kogo? Na Godota, który nie przyjdzie... .  Wszak po to jest teatr, aby zmieniać świat, zmieniać na lepszy, Boży po prostu.   

59 lat temu Ustanowiono Międzynarodowy Dzień Teatru. Jego inicjatorem był w 1961 roku Międzynarodowy Instytut Teatralny (ITI - UNESCO). Święto powstało dla upamiętnienia inauguracji w Paryżu w 1957 roku Teatru Narodów – festiwalu, na którym spotkały się zespoły z obu stron „żelaznej kurtyny”. Od tego czasu Dzień Teatru jest obchodzony co roku przez ponad sto narodowych ośrodków ITI na całym świecie. Uświetniają go uroczyste premiery (bywało tak niegdyś w tarnowskim teatrze), spektakle, spotkania z twórcami oraz inne około teatralne wydarzenia,. Z okazji tego globalnego świętowania co roku publikowane jest orędzie wybitnego człowieka teatru adresowane do całego „teatralnego świata”. Autorem tegorocznego orędzia jest  pakistański dramatopisarz Shahid Nadeem, który napisał m.in. :

"Podczas występów na scenie czasami jesteśmy tak pochłonięci naszą filozofią teatru, naszą rolą jako heroldów zmian społecznych, że tym samym tracimy dużą część widzów z pola widzenia. Angażując się w wyzwania teraźniejszości, pozbawiamy się możliwości doświadczenia głębokich przeżyć duchowych, jakie może zapewnić nam teatr. W dzisiejszym świecie, w którym po raz kolejny nasila się fanatyzm religijny, nienawiść i przemoc, gdzie narody walczą przeciwko narodom, wierzący walczą z innymi wierzącymi, jedne społeczności rozsiewają nienawiść wobec innych społeczności ... jednocześnie dzieci umierają z niedożywienia, podobnie matki podczas porodu z powodu braku opieki medycznej, a ideologie nienawiści rozkwitają... Nasza planeta pogrąża się coraz bardziej w klimatycznej katastrofie, już słychać tętent kopyt koni czterech Jeźdźców Apokalipsy. Musimy wzmocnić naszą siłę duchową; musimy walczyć z apatią, letargiem, pesymizmem, chciwością i lekceważeniem świata, w którym żyjemy, planety, na której żyjemy. Teatr ma do odegrania rolę, szlachetną rolę, we wzmacnianiu i mobilizowaniu ludzkości, aby ta mogła podnieść się z upadku. Może wynieść scenę – przestrzeń spektaklu – do poziomu świętości.

W Azji Południowej artyści przed wyjściem na scenę z szacunkiem dotykają desek teatru. To starożytna tradycja, w której duchowość i kultura były ze sobą powiązane. Czas odnowić te symbiotyczne relacje pomiędzy artystą a publicznością, przeszłością i przyszłością. Tworzenie teatru może być świętym obrządkiem, a aktorzy rzeczywiście mogą stać się awatarami odgrywanych przez siebie postaci. Teatr wznosi sztukę gry aktorskiej na wyższy poziom duchowy. Teatr może stać się świątynią, a świątynia przestrzenią spektaklu."

 Zaś Antonina Grzegorzewska pisze w  w Dzienniku Teatralnym tak: - Śmierć łaciny otworzyła drogę kolejnym upadkom. Atrament zasechł. Śpiew kastratów zamilkł. Kartografia dobiegła kresu – nie ma już białych plam. Alchemia poległa. Sztuka pisania listów zasila poczet martwych dziedzin. Teatr jest następny. Odkąd stał się pierwszym przemądrzałym - umiera. Jego ciało godnie złożą do grobu, w którym spoczywają bachanalia, misteria i miniony świat żywych obrazów. Ludzie z nim związani nie są jeszcze gotowi do pogrzebowych uroczystości. Bronią atrybutów starego panteonu. Są lobbystami swej dziedziny. Jesteśmy świadkami nieuświadomionej reinkarnacji. Serce teatru bije, lecz nie na scenie...

O krok dalej idzie znany reżyser i publicysta, dyrektor i twórca Teatru Nie Teraz - Tomasz A. Żak - "Pomyślałem, że jest już tak źle z polską kulturą, z polskim teatrem, że może warto poważnie zażartować w ten czas pisania zwyczajowych orędzi na Międzynarodowy Dzień Teatru. Od lat karmią ludzi marksistowskim sianem, więc może teraz dajmy coś od „nacjonalisty” i „ultrakatolika”, a w ogóle od „białego człowieka”. Aha – jak to się mawia – wszelkie podobieństwo do ludzi, zdarzeń i tekstów jest oczywiście tylko przypadkowe.
 
Mistrzów albo nam wybili międzynarodowi socjaliści z Moskwy, albo ci narodowi z Berlina. A jak nie wybili, to zmusili do emigracji. Ci, którzy przetrwali są skutecznie marginalizowani, ośmieszani i niszczeni. Nawet wtedy, gdy ich dorobek twórczy ma charakter wręcz podręcznikowy i dosłownie cały świat teatralny studiuje ich książki. Tacy ludzie jak przykładowo Kazimierz Braun czy Bohdan Urbankowski nie reprodukują klisz i konwencji narzuconych przez anytykulturę. Oni wciąż i z uporem prawdziwych rycerzy nie pozwalają zasypać źródeł prawdy, dobra i piękna. Praca tych artystów i wielu, wielu im podobnych nie ma dzisiaj wstępu do sal teatralnych okupowanych przez kulturowych marksistów.

W ten sposób, jak pod zaborami, jak za okupacji, polska kultura stała się undergroundowa, a niezmierzone zastępy ludzi wykluczono z możliwości uczestnictwa w kulturze wyższej. Dominuje rozrywka i to na najniższym poziomie. Nawet sceny o statusie narodowych preferują ofertę tak odległą od klasyki, którą z definicji powinny preferować, że ich repertuar przypomina raczej „tańce na rurze”. Bezmyślne naśladownictwo zgangrenowanego moralnie Zachodu stało się programem tych, którzy wyparli się rodzimej tradycji. I jak to klasyczni neofici, starają się być w tym, co najgorsze lepsi (czytaj: gorsi) od jakiegoś tam Paryża, Berlina czy Nowego Jorku. 

Pozostaje nam jeszcze literatura. Nie wszystko umarło z Herbertem. Urodzili się nowi, którzy są „teraz Miasto”. Tworzą tak wspaniali Polacy jak Wojciech Wencel, Lusia Ogińska, Wiesław Helak czy Wacław Holewiński. Dobrych mamy przewodników w poezji, prozie, ale i w dramacie. Kiedy dziś myślę o coraz bardziej aktualnym przesłaniu objawień fatimskich, to przychodzą mi na myśl profetyczni pisarze, którzy już dziesiątki lat temu proroczo, ale i precyzyjnie opisali upadek europejskiej cywilizacji; upadek, który pogrąża nas w mroku totalitaryzmu, o jakim nawet nie śniło się Leninom, Stalinom albo i studentowi Sorbony, Pol Potowi. Mam na myśli prozaików i eseistów, takich jak: George Orwell, Jean Raspail, Oriana Fallaci czy Malachi Martin. Do grona tych literackich proroków można by również dzisiaj dołączyć Michela Houellbecqu.

To wszechogarniające poczucie nadchodzącego końca świata, ale w rozumieniu nie planety, ale odwiecznych relacji międzyludzkich, tego porządku Europy wpisanego od dwóch tysięcy lat w zbawczą rolę Krzyża Chrystusowego, jest dojmujące w dziełach przywołanych twórców. Takim zresztą jest również w przedstawieniu Teatru Nie Teraz pod tytułem – nomen omen – „Koniec świata”. Przedstawieniu, które przemilczano jak wiele dzieł reprezentujących tak zwaną prawą stronę mocy.  

Prym w tym zakłamywaniu rzeczywistości wiodą te pozornie wszędobylskie media. Ich kultury opisywanie to cyniczna wybiórczość i planowa indoktrynacji. Funkcjonariusze tego globalnego Mordoru opisują więc to, co wcześniej zainspirowali ich protektorzy niemal już na wszystkich teatralnych scenach, które zdobyto w efekcie wiadomego „marszu na instytucje”.   Normalny człowiek jest tym przerażony, czyje się też osaczony. Jeszcze nie ma przymusu chodzenia do teatru, ale w przypadku młodzieży szkolnej już niekoniecznie. Pozostaje kulturowa emigracja wewnętrzna. Wciąż nie musimy mieć w domu telewizora i wciąż możemy kliknięciem myszki dokonywać wyboru, choć to coraz trudniejsze. Ale miejmy świadomość, że im dłużej trwa to życie w getcie, tym trudniej dojrzeć to, co jest za bramą, za murem.

A właśnie wobec tego powinien istnieć teatr. To, co osłania „poprawność polityczna” teatr powinien opisywać, i to po to, aby to zmienić. Bo po to jest teatr, aby zmieniać świat, zmieniać na lepszy, Boży po prostu.

Niechaj więc teatr będzie dla nas przestrzenią spotkania i wolności słowa. Nawet, jeżeli będziemy zmuszeni robić to w ukryciu, to pamiętajmy, że teatr zawsze jest po stronie tych, którym odebrano głos, których wykluczono. Nie udawajmy, że nie widzimy i nie słyszymy, że najbardziej prześladowaną społecznością na świecie są dzisiaj chrześcijanie. Teatr nie rodzi się z komfortu, ale z prawdy. Szukając radykalizmu w sztuce, miejmy świadomość, że dzisiaj prawdziwie radykalna jest wiara w Boga w Trójcy Jedynego. Nie ma kompromisów w sprawach fundamentalnych wartości. Dostaliśmy od Boga dar największej możliwej wolności – wolną wolę. Bądźmy wiec wolni w teatrze."

Ryszard Zaprzałka