Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Marcin Hycnar: Chcę opowiadać własne bajki

Nie zamierzam walczyć o to, by przypodobać się każdemu. Wolę wychodzić z mocną propozycją artystyczną i szukać dla niej odpowiedniego odbiorcy – mówi w wywiadzie dla Culture.pl  Marcin Hycnar, aktor, reżyser, odchodzący właśnie z funkcji dyrektora artystycznego Teatru im. Ludwika Solskiego w Tarnowie.Teatry samorządowe nie mają dziś łatwo. Nie jest tajemnicą, że kiedy budżet się nie domyka, najłatwiej jest zabrać pieniądze kulturze. Teatrowi w Tarnowie obcięto dotację o pół miliona, a z sześciu zaplanowanych przeze mnie premier przygotujemy w tym roku tylko dwie. Mój kontrakt wygasa w czerwcu i moja przygoda z Teatrem im. Solskiego się kończy, ale bez względu na to, kto przyjdzie po mnie, trzeba to powiedzieć jasno: ten poziom finansowania jest niewystarczający. A z drugiej strony, mam nadzieję, że pomysły, by w Tarnowie została jedynie scena impresaryjna, bez stałego zespołu i repertuaru, nigdy nie zostaną zrealizowane.

Bartosz Staszczyszyn: Czy Tarnów jest prowincją?
 
Marcin Hycnar: Dla mnie to słowo bardziej opisuje sposób myślenia niż geografię. Owszem, Tarnów nie jest światowym centrum życia kulturalnego, są miasta z większymi możliwościami, liczbą scen i ośrodków kulturalnych. Ale w mniejszym mieście też można robić rzeczy o zasięgu ogólnopolskim.
 
Kiedy dostał pan propozycję dyrektorowania teatrowi w Tarnowie, musiał pan rozważyć plusy i minusy. Jakie były najważniejsze z nich?
 
Największym plusem była możliwość sprawdzenia się w nowej roli. W swojej karierze zawodowej zawsze starałem się podnosić sobie poprzeczkę i poszerzać pola doświadczeń. I tak jak zajęcie się reżyserią wydawało mi się naturalną konsekwencją aktorstwa, tak przyjęcie propozycji dyrektorowania w Tarnowie było kolejnym krokiem.
 
Jednocześnie miałem też poczucie, że mam coś do zaproponowania temu zespołowi i tej widowni, a praca w Tarnowie była okazją do spłacenia długu wobec sceny, gdzie jako młody człowiek stawiałem pierwsze teatralne kroki.

A minusy?
 
Wiązały się z odległością od Warszawy, w której mieszkam. Nie chciałem być dyrektorem, który wpada do teatru raz na trzy miesiące i jedynie daje twarz temu projektowi. Żeby wypracować coś ciekawego, trzeba było się poświęcić i zdecydować się na życie na walizkach.
 
W głowie tkwiła też obawa, czy w międzyczasie nie wypadnę z obiegu artystycznego – jako aktor i jako reżyser. Ale jakoś udało mi się w nim pozostać.
 
Czyli nie był to sentymentalny powrót na "stare śmieci"?
 
Tarnów w pewnym sensie wciąż jest moim domem, bo moja rodzina wciąż tam mieszka. Ale przez 14 lat, kiedy mnie w Tarnowie nie było, miasto bardzo się zmieniło. Dziś wygląda dużo piękniej, ale miejsca, które pamiętam ze swojej wczesnej młodości, albo już nie istnieją, albo bywają w nich zupełnie inni ludzie niż przed laty.
 
Przyjazd do Tarnowa nie był powrotem, ale spotkaniem z czymś zupełnie nowym. Nawet budynek teatru po remoncie w niczym nie przypomina tego z lat mojego dzieciństwa. Choć wciąż pracują w nim ludzie, którzy pamiętają mnie z 1995 roku, kiedy biegałem po korytarzach teatru jako dwunastoletni "Mały Książę".

Jaką wizję teatru miał pan, gdy przybywał do Tarnowa?
 
Chciałem tworzyć teatr, który będzie miał coś  do zaoferowania dla każdego z mieszkańców. Z tego wynikał szeroko rozumiany eklektyzm repertuarowy: od klasyki, przez produkcje dla dzieci, inteligentne komedie, po prowokacyjne teksty współczesnej dramaturgii.
 
Myślę, że w takim mieście jak Tarnów teatr instytucjonalny ma także swoje obowiązki wobec społeczności: musi edukować i wychowywać nową publiczność.
 
Czy w mniejszym ośrodku można robić ambitny, elitarny teatr?
 
Na pewno. Jest w Polsce kilka scen, które mogą być tego dowodem: chociażby teatr w Wałbrzychu, który przez lata wypracował renomę sceny odważnej i eksperymentalnej.

Ale moją ambicją było robienie teatru dla ludzi żyjących pod tą, a nie inną szerokością geograficzną. Chciałem, żeby tarnowianie lubili chodzić do teatru i uważali go za swoje miejsce. Żeby teatr był alternatywą dla kina i innych wydarzeń kulturalnych. Frekwencja na poziomie niemal 90 procent oraz 60 tysięcy widzów [w stutysięcznym mieście – przyp. B.S.] odwiedzających nasz teatr w ciągu roku, pozwalają sądzić, że ten cel udało się osiągnąć.
 
Czy miał pan ambicje, żeby promować w Tarnowie jakiś szczególnych autorów?
 
To nie było moim programem. W Tarnowie robiliśmy bardzo różne pod względem konwencji komedie McDonagha, Fredry i Rymkiewicza, sięgaliśmy po Mrożka, Gombrowicza i Słowackiego, ale też udało się przygotować kilka premier i prapremier współczesnych tekstów, a niektóre z nich zostały napisane specjalnie dla nas. W 2018 roku odbyła się premiera "Płuc" Duncana Macmillana w reżyserii Anny Wieczur-Bluszcz i napisanych dla tarnowskiego teatru "Heroin" Agaty Biziuk, a rok później wystawiliśmy "Noc Helvera" Agnieszki Baranowskiej według Ingmara Villqista. Te propozycje ze współczesnego repertuaru spotkały się w Tarnowie z bardzo dobrym przyjęciem.

Mówił pan kiedyś, że chce robić teatr dla wszystkich, ale nie dla każdego. Co to znaczy?
 
Wychodzę z założenia, że do teatru zapraszam każdego, kto ma na to ochotę; ale kto się załapie na moją propozycję i komu ona przypadnie do gustu – to już inna rzecz. Nie zamierzam walczyć o to, by przypodobać się każdemu. Wolę wychodzić z mocną propozycją artystyczną i szukać dla niej odpowiedniego odbiorcy.
 
To, na czym mi zależy, to komunikacja z publicznością. Nie uważam, że teatr powinien być miejscem autoterapii dla twórców. Co nie znaczy, że nie mogą mówić o rzeczach, które ich dotykają – wręcz przeciwnie, tak winno być. Ale ważne jest, żeby nie robić przedstawienia tylko dla siebie, ale dla odbiorców. Prowokować ich do myślenia, do dyskusji, wywoływać emocje.
 
Słyszałem, że zawsze czuł się pan oldschoolowcem?
 
Kiedy w liceum koledzy słuchali najświeższych przebojów, ja wolałem piosenki Młynarskiego i Osieckiej. Dziś coraz częściej czuję się też konserwatystą w świecie teatru postdramatycznego. Wierzę w rzemiosło i perfekcję wykonania, które nie są dziś powszechnie uznawanymi wartościami. 

Wróćmy na chwilę do przeszłości. Debiutował pan na tarnowskiej scenie w 1995 roku. Jak to się stało?
 
Któregoś ranka w regionalnym radiu Maks usłyszałem ogłoszenie o przesłuchaniach do "Małego Księcia". Zadzwoniłem i okazało się, że jestem pierwszym chłopcem, który się zgłosił. Dostałem tytułową rolę. Było to o tyle zabawne, że "Mały Książę" był musicalem, a ja nigdy nie potrafiłem śpiewać.
 
Tak zaczęło się to moje życie teatralne. W Solskim poznałem aktorów, z którymi później występowałem w kabarecie, a dzięki "Małemu Księciu" grałem też w Teatrze Młodego Widza, który działał wówczas bardzo prężnie. Bardzo wcześnie wiedziałem, że będę chciał pracować w teatrze.

Nie było tylko jasne, czy jako aktor, czy reżyser?
 
Jako młody chłopak działałem w Grupie Teatralnej "Tuptusie", gdzie pisałem własne teksty, reżyserowałem, grałem i bardzo mi się to wszystko podobało. Kiedy kończyłem liceum, wahałem się, czy pójść na aktorstwo, czy reżyserię. Uznałem jednak, że wolę wziąć odpowiedzialność za swoje poletko, a o całość niech się martwi kto inny. Nie byłem gotowy na reżyserię i odpowiedzialność, jaka za tym idzie.

      
 Ale i na to przyszedł czas…
 
Po dziesięciu latach na scenie znów zamarzyłem o reżyserowaniu. Jako aktor brałem udział w bajkach opowiadanych przez innych ludzi, a ja chciałem już opowiadać swoje bajki.
 
Pańska kariera aktorska przebiegała błyskawicznie: od liceum, przez Akademię i angaż w Teatrze Narodowym. Reżyseria była poszukiwaniem wyzwań?
 
Wynikała z chęci sprawdzenia się. Stała też za tym jakaś pycha, przekonanie, że mam się czym podzielić z publicznością i wystarczające umiejętności, żeby decydować o zadaniach stawianych aktorom i reszcie ekipy.
 
Zdecydował się pan na studia reżyserskie?
 
Wielu kolegów aktorów z sukcesami reżyseruje bez szkoły, ale ja stwierdziłem, że jeśli mam się zajmować reżyserowaniem, chcę to robić profesjonalnie. Akademia była też znakomitym poligonem doświadczeń – w ciągu jednego roku studiów trzeba było przygotować aż cztery mini-spektakle. To była świetna szkoła – nie tylko artystyczna, ale też organizacji pracy.

      
Jak reżyseria zmieniła pana myślenie o teatrze?
 
Stałem się chyba życzliwszym widzem. Jako aktor kontestowałem i podważałem wszystko. Ale kiedy zobaczyłem, jak trudno jest wypracować pewne efekty reżyserskie, jak trudno jest zapanować nad materią przedstawienia, stałem się bardziej wyrozumiały. Nawet jeśli widzę cudze błędy, to lepiej rozumiem, z czego one wynikają.
 
Reżyserował pan "W mrocznym, mrocznym domu", czarną komedię "Porachunki z katem", a niedawno wystawił pan "Dobrze się kłamie" w warszawskim Studio Buffo. Skąd taka różnorodność wybieranego repertuaru?
 
Nie lubię się nudzić i chyba nie zrobiłem nigdy dwóch takich samych przedstawień. To dotyczy zarówno literatury, którą biorę na warsztat, jak i stylistyki kolejnych inscenizacji. Ale ta różnorodność bywa także wynikiem przypadku: część zrealizowanych przeze mnie spektakli to moje autorskie propozycje, o które musiałem zabiegać i szukać dla nich miejsca, natomiast część to efekt propozycji dyrektorów teatrów czy producentów.

Jest jakiś tekst-marzenie, który chciałby pan wyreżyserować?
 
Przez długi czas byli nim "Fizycy" Friedricha Dürrenmatta. Towarzyszyli mi przez całą aktorską drogę. Już jako uczeń liceum zostałem zarażony miłością do tego dramatu przez panią profesor Barbarę Salawę, polonistkę z I LO, która nie była moją nauczycielką, ale znając moje inklinacje teatralne, podsunęła mi "Fizyków". I oto kilkanaście lat później wraz ze studentami IV roku Akademii Teatralnej przygotowałem "Fizyków", a premiera miała miejsce kilka dni przed naszą rozmową.
 
Mówił pan kiedyś, że kino jest pana nieodwzajemnioną miłością. Czy po "Supernovej" Bartosza Kruhlika coś się zmieniło?
 
Kino wciąż pozostaje nieodwzajemnioną miłością, choć "Supernova", która przydarzyła mi się kilkanaście miesięcy temu, była bardzo niezwykłym przeżyciem. To był debiut Bartosza i – jak to bywa z debiutami – trudno było prognozować, co z tego wyjście. Budżet był niewielki, zdjęcia do całego filmu trwały bodaj dwa tygodnie, a jeśli mieliśmy jakieś ujęcie z jazdą filmową, to operator siadał na wózku do przewożenia sprzętu filmowego, a my modliliśmy się o równy asfalt. Efekt końcowy był jednak dość satysfakcjonujący, a film odbił się szerokim echem.
 
Cieszę się, że Bartosz mi zaufał i podjął decyzję obsadzenia filmu nieopatrzonymi twarzami.
 
Czy po "Supernovej" telefon z propozycjami zaczął dzwonić częściej?
 
Jakoś nie. Ale cierpliwie czekam i robię swoje.

Bartosz Staszczyszyn - www.Culture.pl

Bartosz Staszczyszyn - filmoznawca, krytyk filmowy i literacki, scenarzysta. Ukończył filmoznawstwo na UJ. Jako dziennikarz publikował m.in. w "Polityce", "Filmie", Filmwebie, Dwutygodniku. Jest scenarzystą serialu "Nielegalni", konsultantem scenariuszowym i współautorem książek o historii kina i telewizji.