Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

...i po balu

Tak rozpoczyna się ostatnia część spektaklu "Powrót Norwida" Kazimierza Brauna w reżyserii Tomasza A. Żaka, jaki dano w niedzielę 24 listopada na otwarcie Ośrodka Praktyk Artystycznych - Dom Ludowy w Maszkienicach, gdzie swoją stałą siedzibę będzie miał Teatr Nie Teraz. - Po latach tułania się Teatr Nie Teraz będzie miał swój prawdziwy dom – mówi jego twórca i dyrektor, Tomasz Antoni Żak. Dzięki współpracy Towarzystwa Domu Ludowego w Maszkienicach oraz Teatru Nie Teraz ufundowany w 1935 roku przez prof. Zbigniewa Bujaka budynek, zaczyna tętnić życiem. W ostatnich miesiącach sala widowiskowa Domu Ludowego została przystosowana do potrzeb działalności teatralnej. Poszerzono scenę, zamontowano tzw. sztankiety i dodatkowe oświetlenie, uszyto nowe okotarowanie, a na ścianie sali teatralnej zawisły wielkoformatowe zdjęcia - plansze i portrety, dokumentujące 30 letnią historię teatru, są garderoby i sala prób. Kameralna sala teatralna mieści sto miejsc, część na specjalnym podeście, poprawiającym widoczność, ma niezłą akustykę i zaplecze. Aliści to dopiero początek umożliwiający dobry start ale potrzeby są znacznie większe... I po inaugurujących nowe otwarcie TNT wydarzeniach czas na pozytywistyczną pracę u podstaw. A kalendarz uroczystości obejmował m.in. mszę świętą w pobliskim kościele, poświęcenie nowej siedziby TNT, odczytanie specjalnych listów - adresów, wśród nich od ks. abp. Marka Jędraszewskiego z Krakowa oraz Wandy Zwinogrodzkiej, Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Bardzo osobiste przesłanie nadesłał ze Stanów Zjednoczonych prof. Kazimierz Braun. Swoje pozdrowienia przesłał również Wacław Holewiński, znany polski pisarz i wydawca. A wśród wypełnionej do ostatniego miejsca widowni dostrzec można było m.in. dr. Jarosława Szarka, prezesa IPN, Barbarę Nowak, małopolską kurator oświaty, przedstawicieli lokalnych władz, przedsiębiorców i przyjaciół TNT z całej Polski. Zaś gościem specjalnym był, popularny przed laty, charyzmatyczny piosenkarz Stan Borys. Muzyk przed kilku laty, po wieloletnim pobycie w USA, wydał poruszający album z porywająco zaśpiewanymi wierszami C.K. Norwida. W Maszkienicach doszło do wzruszającego wydarzenia, gdy artysta brawurowo zaprezentował jeden z wierszy poety, co spotkało się z entuzjastycznym przyjęciem. A jedna z kompozycji Stana Borysa muzycznie domknęła ten klimatyczny wieczór. Potem był już tylko bankiet i długie Polaków rozmowy…

Część oficjalną puentowały cztery okolicznościowe adresy - komentuje Tomasz A. Żak. Ten najważniejszy dla nas, bo związany z duchowością, bez której teatr, sztuka w ogóle, istnieć nie mogą, skierował na moje ręce Metropolita Krakowski, ks. arcybiskup Marek Jędraszewski, który najpierw poinformował, że „obejmuje patronatem działania twórcze Teatru Nie Teraz”, a następnie gratulując nam podjętego w Maszkienicach przedsięwzięcia, życzył „Bożego błogosławieństwa w podejmowanych zadaniach”.

  

List drugi otrzymaliśmy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a jego autorem jest Podsekretarz Stanu, Pani Wanda Zwinogrodzka. Pani Minister, nawiązała w tym liście do konsekwentnej wieloletniej drogi twórczej Teatru Nie Teraz, definiując jej siłę „na oddanym swej misji Zespole, którego pasja i zaangażowanie zaowocowały uzyskaniem własnej siedziby” i wyraziła przekonanie, że „Ośrodek Praktyk Artystycznych będzie dumą i wizytówką Maszkienic, integrującą mieszkańców całego regionu”.

     

Najbardziej wzruszającym był list zza oceanu od mojego mentora i wielkiego Przyjaciela, prof. Kazimierza Brauna (skądinąd autora dramatu, którego inscenizację pokazaliśmy w ten uroczysty wieczór). Profesor napisał do nas m.in.: „Jesteście teatrem wyjątkowym – pod każdym względem: problematyki rozważanej w Waszych spektaklach, wyrazu artystycznego, podejmowanego przez Was trudu podróżowania do ludzi, którzy chcą Was widzieć i słyszeć”. A w ostatnim akapicie swego serdecznego listu, skreślił takie oto słowa: „Dzielę z Wami wszystkimi radość z powodu powstania Ośrodka Praktyk Artystycznych w tym szczególnym miejscu, jakim jest Dom Ludowy im. prof. Franciszka Bujaka w Maszkienicach. Życzę serdecznie, aby spełniły się Wasze plany i aby Ośrodek Wasz był zawsze wielkim, ważnym i skutecznym promotorem prawdy, dobra i piękna”.

Ostatnim z odczytanych listów był adres przesłany przez pisarza Wacława Holewińskiego. Pan Wacław wypunktował w nim bardzo ważne sprawy: „Teatr Nie Teraz, nie wiem czy nie najważniejsza scena alternatywna w Polsce, znalazł swój dom. A dom to przecież fundament, to w nim uczymy się języka, empatii, współodczuwania. Dom to miejsce najważniejszych rozmów, miłości, lekcji przerabianych w skupieniu”. I dodał również słowa jakże dobrze definiujące naszą pracę, tę, którą będziemy przecież kontynuować w Maszkienicach: „W świecie, w którym tak łatwo pozbawia się ludzi tożsamości, uczy wstydu, a nie ważenia dokonań dobrych i złych, w świecie, w którym kłamstwo, prowokacja, manipulacja przestały być powodem do wstydu, ten Teatr jest oazą wolności. Prawdziwej wolności”.

Później wszyscy zanurzyliśmy się w świat teatru, w świat Norwida – jakże aktualny w swych przesłaniach, w swej goryczy, ale i w swej miłości Ojczyzny i wiary w Boga... Ale o tym powinien napisać już ktoś inny… No i jeszcze finał po finale (jak w teatrze!), czyli Stan Borys recytujący Norwida.
Więc nie py­taj­cie, mnie czy­li po­wró­cę?
Więc nie py­taj­cie mnie, gdzie się po­dzie­ję?
Jam z tych po­etów, co nie słów­ka nu­cę,
Ja to, co śpie­wam, żyję i bo­le­ję...
  
Och, jakże to było mocne i piękne! I jeszcze jego Norwidowska pieśń „Coraz to z Ciebie jako z drzazgi smolnej”, odtworzona w wyciemnionej niebiesko sali, przejmująca aż do trzewi…

 A poniżej znakomity tekst autorstwa Jana Maniaka - „Operacja na polskim sercu”.

Oto i mamy remake „Powrotu Norwida”, przedstawieniu w reżyserii Kazimierza Brauna i Tomasza Żaka, tym razem w zmienionej autorskiej adaptacji i scenografii dyrektora Teatru Nie Teraz oraz w zmienionej aktorskiej obsadzie, jest godnym polecenia i równie jak ten sprzed trzech lat urzekającym poetyckim spektaklem, oddającym Norwidowi to, co mu należne - głębię treści i gęstość znaczeń. Choć to i tak tylko drobna cząstka niespłaconego przez Naród długu zaciągniętego u czwartego wieszcza.

Żak – polemizując z sobą, i nieco z Kazimierzem Braunem, zrealizował swoisty „meta-spektakl”, reinterpretując „Powrót Norwida” z 2016 roku i dokonując jego deziluzji. Usiłuje, tym samym, przerobić obserwatorów – widzów na zaangażowanych współuczestników, wciągnąć ich w grę, zaprosić do maskarady i do oczyszczającej demaskacji. Norwid, jako dramaturg, nie jest łatwy w odbiorze. Te „Promethidiony, Zwolony i inne androny” - jak niegdyś skwitował Klaczko ze złośliwą satysfakcją - mogą zniechęcać i zrażać. Żak jednak odkrywa, że to nie tyle romantyczny paradygmat, czy intelektualne lenistwo były – i pewnie są - przyczyną takiej oceny. To coś bardziej prozaicznego, związanego ze słowem PRAWDA, które wybrzmiewa w spektaklu i jest ogrywane na wielu poziomach. Wzdrygamy się, jako społeczeństwo, przed prawdą. Boimy się podświadomie dysonansu poznawczego, bo to psuje nam nasze mnie-manie, wyobrażenie o sobie. Norwid to gorzka poezja i gorzkie lekarstwo na chorą polską duszę. To nie tyle sztuka jest trudna, co PRAWDA ukryta w sztuce. Prawda, którą trudno odnaleźć, a jeszcze trudniej przełknąć.

Nie sposób przecenić owoców współpracy Tomasza Żaka z Kazimierzem Braunem, twórcą Norwidowskiego teatru, mistrzem niedocenionym, malarzem „impresjonistą” teatralnej reżyserii. Ten eteryczny wpływ w postrzeganiu i rozumieniu Norwidowskiej dramaturgii objawia się w tym, jak pięknie się różnią. Świadczą o tym obecne zmiany w adaptacyjnych i scenograficznych rozwiązaniach. Uboższa, lecz wyrazistsza scenografia ascetyczno-aseptyczna, pozwala widzowi skupić się na tym, co dzieje się tu i teraz. Jesteśmy wciąż mentalnie w Ivry pod Paryżem, w przytułku św. Kazimierza, ale mamy nieodparte wrażenie, że to tylko sztafaż. Ten pierwszy „Powrót Norwida” - niewątpliwie znakomity – był bardziej w poetyce teatralnej Kazimierza Brauna. Był Powrotem alter ego Brauna – oparty na tworzeniu iluzji, a w scenach z „Za kulasami” nawet oniryczny, bliższy fantazji, zgodny z podtytułem, jaki nadał temu dramatowi Norwid. Spektakl z 2019 roku próbując odczarować tamtą interpretacje, odziera ją z resztek iluzji.

„Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki”, jak powiadał filozof z Efezu. Niemniej film - zapętlona rzeka obrazów, od czołówki do końcowych napisów jawnie przeczy tej filozoficznej maksymie. Różnica między kinem – fabryką snów, obrazów a spektaklem, jest oczywista. Lecz to, co oczywiste, bywa i przeźroczyste niczym okno dla naszego umysłu - nie zauważamy „szyby” dopóki się z nią nie zderzymy. Zahipnotyzowani poruszającymi się obrazami zapominamy, że to tylko iluzja rzeczywistości. Znika nam z oczu „pośrednik” - ekran, projektor i światłoczuła perforowana taśma przesuwająca się w projektorze z prędkością 24 klatek na sekundę, by dać złudzenie ruchu. Ten spektakl uprzytomnił mi różnicę między kinem - zwanym kiedyś iluzjonem - a teatrem. Doznałem czegoś, co można by określić grą deziluzji z iluzją. Ich wzajemnym przenikaniem się.

W dużej mierze za sprawą gry aktorskiej, zwłaszcza kreacji Waldemara Czyszaka, który potrafił wciągnąć w swoją grę. Rozmyła się ta „czwarta ściana”, przeźroczysta kurtyna oddzielająca widownię od umownej sceny. Lecz moment iluzji – omamienia - zostaje zburzony. Jego gra, nie miała nic wspólnego z programem: „Twoja twarz brzmi znajomo”. Aktor nie wciela się w Norwida. To „ktoś”, „pewien” – (z łac.) Quidam. A więc „każdy”, biorący udział w tym seansie „przywoływania ducha” Norwida i wywlekania go z całego romantycznego anturażu. Głos z offu w roli guślarza i aktor – medium przemawiające Norwidem, językiem teatru, bez fałszywego liryzmu, z wnętrza trzewi.  Jakby zawładnął nim opętańczy wieszczy duch, poszukujący swojej tożsamości w postaciach z dramatów stworzonych przez siebie. Niezrozumiały i zarozumiały, odtrącony… odesłany na śmietnik, do lamusa historii, na społeczny margines, tragiczny a zarazem kaleki, śmieszny dla chłodnego, zmarionetyzowanego personelu hospicjum. Tak można odebrać te stylizacje gry aktorskiej Anny Warchał i Karola Zapały. Dwie zimne nadmarionety naprzeciw Norwida – Quidam’a Czyszaka: Craig kontra Stanisławski. Maski przeciw twarzy. Kłamstwo kontra Prawda. Teatralne dychotomie usiłujące obnażyć fałszywe polityczne polskie dylematy: Europa albo Polska; kościół albo demokracja; Naród czy społeczeństwo obywatelskie itp.

Miejsce akcji - „hospicjum”, za sprawą zawieszonych na sztankiecie kotar tworzących jakby rząd kolumn (z Sal Redutowych?), zmienia się w przestrzeń symboliczno-duchową. Aseptyczna biel - sterylna, zimna, bezosobowa i wózek inwalidzki pośrodku skojarzone są boleśnie ze szpitalem, z wyraźną stygmatyzacją – są dla chorych psychicznie. W teatralnej konwencji jest to przytulisko dla weteranów - patriotów, zgorzkniałych starców otępiałych z bólu i nostalgii za utraconym rajem – ojczyzną.  Przestrzeń za kotarami tworzy raz szpitalny korytarz, raz teatralne foyer.  Obracające się kolumny kotar to prosty teatralny chwyt mający wy-budzić widza z teatralnej iluzji. Bo „robi” się biało–czerwono i jesteśmy u siebie, stając się – chcąc nie chcąc – częścią spektaklu. Tu i teraz – tak, to „właśnie Polska”. Ale… czy czerwone, dostojnie zwisające z budynków urzędów flagi, bannery nie przywołują narodowej traumy?

Pytanie o krucyfiks jest też pytaniem o przyszłość. W spektaklu z 2016 roku – o ile pamiętam „rekwizyty”: sakwojaż, krzyż, gromnica, koc – całun, oddziaływały one na wyobraźnię budując iluzję ostatnich dni Norwida. Żak je demontuje. Nie ma Norwida, nawet jego prochów, gorzej… Zaczynamy bać się nawet jego ducha, który się gdzieś błąka. Przeraża nas ten jego drewniany, nazbyt wielki krucyfiks. To jest jakieś, jak się dziś mówi – „chore”, choć tak rzeczywiste jak wózek inwalidzki w smudze światła odarty z iluzji. Nie ma już wyimaginowanej celi na paryskim przedmieściu. Symbolika koloru demaskuje pełzający totalitaryzm przybierający pozór demokracji. A Norwidowski krzyż, który mógł stać się nam „bramą” znika, bo tam, gdzie w przestrzeni publicznej dominuje kolor czerwony, nie ma dla niego miejsca.

Powtarzamy: życie to nie teatr. A jeśli teatr jest bardziej prawdziwy niż nasze życie? Aktor zakładając maskę gra rolę maski; my zakładając maskę gramy siebie. „Cóż maska jest? Ukrycie. Ukrycie twarzy prawdziwej. A może jej rewelacja?” Jej odkrycie. To teatr, zdzierając nam maskę z twarzy, stawia nas w Prawdzie.  Włączone do spektaklu z dramatu „Za kulisami” dialogi z balu redutowego tworzą taką zakulisową piętrową grę. Klasyczny teatr w teatrze. Warto przywołać tu rozprawę prof. Brauna „Kulturowy wymiar „Za kulisami” C.K. Norwida”, by zrozumieć tę polską maskaradową społeczność: Nie wiemy, kto tu jest kelnerem, kto konfidentem, kto tylko krytykiem, a kto tajniakiem, kto tylko profesorem, a nie czyimś „honorowym korespondentem”. Przestajemy sobie ufać. To wyglądające tak niewinnie intermezzo Wilam Horzyca nazwał „Prologiem w piekle”, chocholim balem, nawiązując do „Wesela”. Może coś jest tu z atmosfery tonącego Titanica: „I zapytały mnie maski o Europę. Odpowiedziałem stanowczo: Europa to jest stara wariatka i pijaczka! Tu nie ma niedomówień! Tak samo jak w pytaniach o polski naród, czy polską inteligencję. Odpowiedzi i diagnoza prawdziwa do bólu. Nic się nie zmieniło.            
A jaka może być rozmowa z fiołkami? A z tą jedną? Zjawiskową marionetką w perłowej sukni - bez serca, ale o wielu twarzach: Lii, hrabiny Harrys, Marii w jednej masce przeglądającej się w ramach - bez lustra, czy bez zamalowanego płótna?

Czy zostaliśmy odarci z iluzji przyglądając się tej wiwisekcji na polskim społeczeństwie, czy może operacji na polskim sercu? Jeśli „ucztą duchową” można by nazwać zdzieranie z twarzy masek, to ten spektakl jest tego rodzaju poetycką biesiadą.  

Przygotował – Ryszard Zaprzałka, zdjęcia: Stanisław Kusiak