Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Idą po nas!

Nie tylko jesienne wybory odwołują tegoroczne wakacje - dywaguje znany reżyser, twórca Teatru Nie Teraz - Tomasz A. Żak.  Pompowana od lat nienawiścią rzesza popaprańców i zaprzańców chce swojego Babilonu już dzisiaj. Obserwujemy więc wzmożenie agresji marksizmu kulturowego w okupowanych przez jego akolitów instytucjach, ale też na ulicach. Nie zapominajmy, że wojna kulturowa trwa. Zwycięstwo PIS-u w wyborach do Parlamentu Europejskiego w żaden sposób tego nie zmienia. Kiedy, jak we Wrocławiu, sztyletuje się księdza katolickiego, w Bydgoszczy usuwa niewygodnego dla biskupa proboszcza, a pod Jasną Górą bluźni Matce Boskiej, to znaczy, że piekło zdecydowało się na szturm frontalny. Bowiem nie tyle o władzę w parlamencie tutaj chodzi, a o nasze dusze. Trzeba więc uderzać w pasterzy, którzy mogliby uchronić owce - i to nie tyle przed wilkami, co po prostu przed rzeźnią.

Kultura czy „lura”

Żeby wiedzieć jak jest, zajrzyjmy za telewizyjno-akademijną fasadę. Zostawmy rozrywającą rozrywkę typu festiwal piosenki w Opolu i zobaczymy to, z czym naprawdę mamy do czynienia na rynku sztuki, a szczególnie sztuki teatru. Oto co mamy: przegrana w Krakowie (Stary Teatr), przegrana w Warszawie (Instytut Teatralny), zabetonowane Galeria Zachęta i Teatr Wielki, nieruszone nawet o cal, z ducha bolszewickie kadry artystycznych szkół wyższych. A do tego jeszcze samobójcze finansowanie ze środków publicznych instytucji i projektów co najmniej wrogich Polsce…   

Czy odnieśliśmy ostatnio jakiś sukces w tej wojnie? Może jest to zablokowanie konkursu na dyrektora nieszczęsnego Teatru Polskiego we Wrocławiu, gdzie tzw. spółdzielnia chciała „na rympał” wrócić do władzy? Nie wierzę, aby to mogło mieć dobry ciąg dalszy. Marszałek województwa dolnośląskiego – Cezary Przybylski, dostał od pisowskiego koalicjanta wolną rękę, gdy chodzi o kulturę i trudno – znając drogę i koneksje polityczne tego samorządowca – łudzić się, że chciałby w „swoim” teatrze czegoś innego, niż to, co na przykład wynika ze ścisłej regionalnej współpracy Dolnego Śląska i Saksonii.

To już prędzej taki sukces można upatrywać w województwie śląskim, gdzie tamtejszy marszałek, Jakub Chełstowski, odwołał Aleksandrę Gajewską ze stanowiska dyrektora Teatru Rozrywki w Chorzowie. Że uczynił słusznie, świadczy klangor lewicowych mediów i przedstawicieli owej spółdzielni rządzącej kulturą w Polsce oraz – uwaga! - Rzecznika Praw Obywatelskich, czujnego na każdą krzywdę człowieka lewicowego. Ale, jak mówią, jedna jaskółka - i to na progu lata – raczej nie wróży wiosny.

A może powinniśmy się cieszyć spektaklami Teatru Telewizji, takimi, jak „Prymas Hlond” Pawła Woldana czy „Cena” Waldemara Łysiaka?  Chyba jednak nie, bo po pierwsze takie inscenizacje jak te, zmieniające postsowiecką mentalność Polaków, można policzyć na palcach jednej ręki. Po drugie nie, bo tzw. oglądalność telewizyjnego teatru w skali roku to zaledwie ok. 350 tys. widzów na jedna emisję. Tymczasem film „Kler” w ciągu zaledwie dwóch miesięcy obejrzało ponad 5 mln. Swoją drogą to prawie dokładnie tyle ile głosów w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego uzyskała Koalicja Europejska (Platforma Obywatelska i przystawki). Reprezentującej zwycięską PiS, pani premier Beacie Szydło, zaufało w tych wyborach rekordowe ponad pól miliona ludzi. Bez odpowiedzi jednak pozostaje pytanie, gdzie te pół miliona ma swój teatr albo galerię sztuki. Owe pół miliona jeszcze przy urnach wybiera dobrą stronę mocy, ale z uczestnictwa w kulturze wyższej jest po prostu wykluczone.

Antykultura na śmierć znieczula

W obecnej centrali antysztuki w Polsce, czyli w warszawskim Teatrze Powszechnym, reżyser homoseksualista Krystian Lupa przygotowuje przedstawienie oparte na podstawie książek włosko-niemieckiego faszysty Curzia Malapartego. W marcu był tam Hitler, to w październiku może być przyjaciel Mussoliniego. Inny osławiony reżyser-hunwejbin – Jan Klata, mówi w wywiadzie, że za 50 lat to właśnie o Lupie będą się dzieci uczyć w szkole. I przy tej okazji cynicznie obśmiewa artystyczne elity „dobrej zmiany”.

Teatr już dawno wyprzedził braci Sekielskich i ich filmowy atak na Kościół z użyciem księży pedofilii, współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Pamiętacie Państwo „Golgotę Picnic” sprzed pięciu lat? Albo „Naszą przemoc i waszą przemoc” Chorwata Frljica sprzed lat trzech? A później to swoiste apogeum nienawiści do osób wierzących, czyli ubiegłoroczną „Klątwę”?  A przecież to tylko „plakatowe” egzemplarze wojny z etyką i estetyką, jaka toczy się od lat na scenach skądinąd publicznych teatrów. W wojnie tej, jak napisałem wyżej, strzela się teraz do księży (lub ich sztyletuje). I nie brak chętnych, by wziąć kasę za takie właśnie zlecenie. Oto niejaka Abramowicz, znana już z inscenizacji w opolskim teatrze jej książki „Zakonnice odchodzą po cichu” (2017), napisała kolejny diaboliczny bestseler – „Dzieci księży”, który miał w maju swoją premierę w Teatrze na Woli w Warszawie.  Miesiąc wcześniej, a więc również przed filmem „Tylko nie mów nikomu”, na festiwalu Nowe Epifanie zaprezentowano publiczności bluźniercze dzieło Pałygi i Passiniego pt. "#chybanieja", gloryfikujące biblijnego Judasza. Ale to wszystko tylko wierzchołek góry lodowej. Po Sekielskich będzie nie inaczej tylko więcej.

Regionalizacja, czyli eurokultura

Przybywa komentarzy i głosów oburzenia po gdańskim samorządowym sabacie i ogłoszonych tam „21 Tezach Samorządowych”. Oczywiście, że nie przypadkiem stało się to w Gdańsku (dla poprawnych politycznie: Freie Stadt Danzig) i zdecydowanie nie przypadkiem kradnie się tutaj symbolikę polskiego zrywu niepodległościowego, jakim było 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego z sierpnia roku 1981. Wróg świadomie teatralizuje swoje poczynania niczym sataniści odwracający do góry nogami krzyż.

Decentralizacja państwa, o której się teraz mówi, zaczęła się tak naprawdę po 10 kwietnia 2010 roku, kiedy zaczęto Polakom wmawiać, że istnieją dwie Polski. A tak mile widziane przez zagranicę „rozbicie dzielnicowe”, czyli, jak to się w nowomowie nazywa: „solidarność samorządów” albo „radykalna demokratyzacja”, to nic innego, jak to, co w wielkich miastach już dawno w sferze kultury zostało zadekretowane i wprowadzone w życie. A w sojuszu z tak sformatowaną kulturą wdrożone również do szkół i przedszkoli, które przecież, zgodnie z reformą samorządową z 1990 r., podlegają bezpośrednio prezydentom, burmistrzom, wójtom i starostom. Dla tak skoszarowanych pracowników oświaty pracodawcą jest przysłowiowy magistrat, a nie rząd w dalekiej Warszawie; nawet, jeżeli byłby to rząd więcej niż dobrej zmiany.

W listopadzie 2017 roku, w felietonie „Marksiści wciąż w akcji. Czyli jak to jest z kulturą w Polsce” pisałem:

Politycznie lewica i łżeliberłowie są teraz w opozycji parlamentarnej. Ale przecież ich są samorządy, szczególnie w dużych miastach, czyli tam, gdzie funkcjonują najważniejsze krajowe instytucje kultury. Notując ze zgrozą niemalejące poparcie dla PiS-u, swą szansę na przyszłość widzą właśnie w „okopaniu się” w tych samorządach. Teraz w ich planie na wojnę kulturową, to miasta mają stać się podmiotami nowych form transnarodowej organizacji i współpracy, zarówno na polu artystycznym, jak i politycznym. Realizując taki program – nie waham się napisać - zdrady narodowej, „nasi” kulturowi marksiści projektują, że teraz miasta będą również prowadzić własną politykę zagraniczną.

A w marcu tegoż roku, w innym tekście („Czubek wierzchołka”) formułowałem takie wnioski:

Si vis pacem, para bellum, co tłumaczy się: Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny. Tymczasem w polskiej kulturze z tym przygotowywaniem się jest bardzo marnie. W większości ogranicza się to do capstrzyków, defilad i konferencji z cateringiem. Dział, to znaczy dzieł jak na lekarstwo. A tylko w ten sposób - tworząc dzieła, możemy odwojować dusze lub – jak kto woli – zarażaną ludzką świadomość. I co z tego, że oni kłamią? Kłamstwo wciąż powtarzane i to z pozycji autorytetu, jaki daje instytucja, skutecznie wypiera prawdę. Jeżeli nie stworzymy lepszego spektaklu niż „Nasza klasa” Słobodzianka, to będziemy antysemitami. Jeżeli o rzezi wołyńskiej opowiadać będzie Polakom tylko przedstawienie „Swarka” pani Szyngiery, to może uwierzymy, że Ukraińcy mieli powód, by mordować Polaków. Jeżeli „Białą siłę, czarną pamięć” Kąckiego i Ratajczaka oglądać będą uczniowie doprowadzani do teatru przez nauczycieli, to wkrótce Żołnierzy Wyklętych znów zwać będą bandytami. Itd. Itp. Jeżeli chce się wygrać ze złem, trzeba tworzyć dobro. Nie na papierze, nie w deklaracjach politycznych, ale naprawdę w galeriach i na teatralnych scenach, bo jak już udowodniono, to właśnie kultura wyższa decyduje, jaki jest nasz świat, jakie są jego elity.

Kultura rzucania grochem o ścianę

Cytowanie samego siebie w kontekście tego, o czym piszę, wcale nie sprawia mi przyjemności. A świadomość, że to trochę jak z tym „grochem rzucanym o ścianę”, dodatkowo „dołuje”. A ten groch odbija się nie tylko od ścian małego czy dużego pałacu (czytaj: rząd i prezydent). Nie chcą tego zrozumieć wojewodowie zasłaniający się brakiem prawnych możliwości do realizacji zadań kulturalnych. Nie pojmują roli kultury samorządowcy prawej strony mający władzę w wielu miastach i miasteczkach. Oni doktoryzują się z pozyskiwania środków unijnych i przy tworzeniu budżetów ścigają z lewicą w populizmie. Ponad problemy kultury są marszałkowie województw zaplątani w koalicje i sny o wielkiej przyszłości. I tak upływa kadencja. Tego „nie kuma” także „ostatnia nadzieja białych”, czyli Konfederacja, w której programie nie da się odnaleźć politycznego myślenia o praktyce kultury wyższej. Nawet liderzy tego ugrupowania dziwią się, gdy zwraca się im na ten fakt uwagę, tłumacząc, że po co mówić o kulturze, „przecież to jest oczywiste”. Oczywiste to jest to, że „oni idą po nas”. 

Tomasz A. Żak  (www.pch24.pl)