Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

W teatrze jak na wojnie

W Teatrze Polskim we Wrocławiu właśnie słychać dzwonek przed kolejnym aktem dramatu - diagnozuje tamtejszą sytuację reżyser Tomasz A. Żak, twórca Teatru Nie Teraz, ceniony publicysta,  odznaczony niedawno przez Pezydenta RP  Srebrnym Krzyżem Zasługi. Tam od lat, niemal modelowo, etos artystycznej służby Ojczyźnie wypala się niczym kwasem. Po roku 2016 wydawało się, że uda się wypędzić „złe duchy”. Niestety... Może gdyby zmienić nazwę tego teatru, to by to wszystko tak Polaków nie bolało. Nie ma sensu znów przypominać byłego dyrektora, tzw. nowoczesnego Mieszkowskiego, jego tzw. kariery i jeszcze bardziej tzw. dokonań. Nie ma również powodu, aby teraz analizować, co zrobił dobrze, co źle i czy w ogóle mógł lepiej, były już dyrektor Cezary Morawski.   

Bardziej zasadnym byłoby zastanowić się nad rolą, jaką w procesie gangrenowania tej sceny odgrywa „piąta kolumna” tzw. teatru w podziemiu i niespełna dwudziestoosobowy związek zawodowy o jakże proletariackiej nazwie – „Inicjatywa Pracownicza”. A przy tym powinniśmy wiedzieć, jak to możliwe, że takie „inicjatywy”, na to co robią mają środki i wciąż o nich głośno w mediach „głównego ścieku”.

Wszystko to ważne, szczególnie, gdy ma się świadomość proporcji tego całego towarzystwa i jego publiczności do liczby pracowników instytucji z siedzibą przy ul. Zapolskiej oraz ludzi od lat wykluczanych z możliwości korzystania z oferty teatru, bo nie tylko obraża ich uczucia religijne i patriotyczne, ale jest po prostu na żenująco niskim poziomie warsztatowym. W efekcie, co zresztą jest bolesną normą nie tylko we Wrocławiu, cała kultura wygląda tak, jakby to ogon merdał psem.

No, ale mamy dzwonek, bo zarząd województwa dolnośląskiego 8 marca zakończył przyjmowanie ofert na stanowisko nowego dyrektora Teatru Polskiego. Niby normalna procedura, ale przecież coś się w międzyczasie wydarzyło i wydarza, a i sam konkurs, jak i przewidywany skład komisji konkursowej, wymagają komentarza na zasadzie: „Co ci przypomina widok znajomy ten?”.

Najpierw, już w listopadzie ub. roku, nominalnym szefem nieszczęsnej wrocławskiej sceny został Kazimierz Budzanowski, związany zawodowo z tym miejscem już trzy dekady i „od zawsze” w gronie ludzi zarządzających. Jak to się mawia – dyrektorzy się zmieniają, a ten pan wciąż na topie. Zanim nowy/stary zarządzający zadbał o alibi w kwestiach tzw. twórczych, czyli powołał reżysera Krzysztofa Kopkę na swego pełnomocnika ds. artystycznych, to kandydatem na objęcie schedy po dyr. Morawskim miał być inny twórca teatralny, znany aktor i reżyser Jan Szurmiej. Bardzo szybko jednak zmuszono go do wycofania się z tego pomysłu, obrzucając błotem i odsądzając od czci i wiary, jak to jest praktykowane od dawna we Wrocławiu wobec wszystkich, którzy nie pasują do towarzystwa rządzącego tam kulturą od czasów prezydenta Zdrojewskiego. Szurmiej skomentował to na swym profilu FB:    

Otóż w kontekście awantur o Teatr Polski we Wrocławiu, które dotknęły mnie również osobiście. Atak na pracowników i aktorów pracujących w Teatrze. Atak na młodych aktorów wchodzących po raz pierwszy na scenę. Pogarda dla ich ciężkiej pracy. Hejty, konfabulowanie, manipulacja, podgrzewanie złej atmosfery wokół Teatru Polskiego, zakamuflowany antysemicki atak na moją osobę i moje osiągnięcia w teatrze.

Urząd Marszałkowski „klepnął” nominację Kopki, a ten, pierwsze co zrobił, to pokłonił się Krystianowi Lupie, wychowawcy lokalnych hunwejbinów rewolucji kulturowej. Człowiekowi, który wielokroć z obrzydzeniem mówił o Polsce, również zagranicą. Temu reżyserowi, którego pozbył się dyr. Morawski, a który to za czasów Mieszkowskiego otrzymywał horrendalne gaże nie za pracę, a jedynie za ewentualną do niej gotowość.  I pomimo, że tak jeden, jak i drugi pan, od początku są jedynie przejściowymi zarządzającymi Teatrem Polskim, to nie trudno zauważyć, że wraz z nimi zaczęło tu wracać i straszyć stare.

W efekcie znów pierwszoplanową postacią dla mediów, swoistym arbitrem do spraw wszelakich stał się reprezentant tzw. teatru w podziemiu, polonista Piotr Rudzki, wyjątkowy przykład antypolskiego i antychrześcijańskiego „wzmożenia ideologicznego”. Zacytujmy raz jeszcze Jana Szurmieja: Piotr Rudzki - jedyna „wyrocznia", jak Teatr Polski powinien funkcjonować i co w nim powinno się pojawić pod względem artystycznym, anektując sobie prawo do jedynej wizji teatralnej.

Dzisiaj Rudzki, nie czekając na konkurs już „ustawia” przyszłego dyrektora, a jednocześnie próbuje narzucić organizatorowi konkursu partykularną opcję personalną komisji konkursowej. Warto posłuchać:

Mam taką nadzieję, że jeśli zostanie ogłoszony konkurs, to będzie przejrzysty, a reprezentanci ministerstwa kultury i Urzędu Marszałkowskiego [Ministerstwo małymi literami, a Urząd Marszałkowski dużymi to nie błąd korekty –  taż] będą głosowali zgodnie z kwalifikacjami kandydatów. W pierwszej odsłonie tego konkursu jedynymi ludźmi z 9 członków komisji konkursowej, którzy znali się na teatrze jako instytucji, byli Krystian Lupa, Paweł Łysak, i ja.

No i po bolszewicku straszy:

Mam nadzieje, że po wyborach parlamentarnych profesor Gliński przestanie być ministrem kultury i zastąpi go ktoś otwarty, kto będzie promował kulturę polską, a nie tylko jej część nakierowaną jedynie na tak zwany patriotyzm i tak zwany katolicyzm.

Drugi dzwonek w Teatrze Polskim we Wrocławiu wybrzmiał. Do konkursu na stanowisko dyrektora zgłosiło się sześć osób. Ich nazwiska poznamy za kilka tygodni i nie ma sensu spekulować, kto zacz. Teraz Zarząd Urzędu Marszałkowskiego pracuje nad skompletowaniem składu komisji konkursowej. Zgodnie ze stalinowską wiekopomna wykładnią wyborczą, nieważni są kandydaci, ale ci, którzy będą liczyć głosy. Gorzka ta refleksja jest jak najbardziej uzasadniona, kiedy przyjrzymy się przebiegowi i wynikom szeregu konkursów dyrektorskich ostatnich lat w instytucjach kultury, a teatrach przede wszystkim. Tak naprawdę Polska nie wygrała ani jednego z tych konkursów. No, może, redukując nieco poziom wymagań, z trudem moglibyśmy wymienić ze dwa takie miejsca. Tym  bardziej warto patrzeć na to, jak będzie to wyglądało we Wrocławiu, w instytucji skądinąd współprowadzonej przez MKiDN.

Komisja ma się składać z dziewięciu osób, a wśród nich znajdą się przedstawiciele samorządu województwa, resortu kultury, stowarzyszeń twórczych i dwóch związków zawodowych działających w teatrze – NSZZ „Solidarność” i owej Inicjatywy Pracowniczej. Ta, krytykowana od dawna formuła (m.in. przez ZASP) wręcz zachęca do „nieczystej gry”. Sprawa była by transparentna, jak to się ładnie mawia, gdyby po pierwsze każdy z podmiotów zewnętrznych powołanych do zasiadania w komisji był reprezentowany przez jedną osobą, a przedstawiciele podmiotowej instytucji byli by reprezentowani proporcjonalnie. Tutaj mamy „dziwne” parytety ilościowe, które wcale nie odzwierciedlają interesu instytucji artystycznej (już na wejściu przewagę głosów mają urzędnicy z zewnątrz) oraz sytuację, w której niespełna 20 osób tzw. Inicjatywy ma tyle samo głosów, co ponad setka związkowców z „Solidarności”. Po drugie jest jeszcze mętna woda stowarzyszeń twórczych. Mętna, gdyż obok oczywistego przedstawiciela ZASP, w ostatnich latach dokooptowuje się do grona komisyjnego reprezentantów różnych organizacji paratwórczych. Na przykład mamy Stowarzyszenie Dyrektorów Teatrów. To oczywista bzdura, aby zadekretować (faktycznie tak się stało w 2016 r.!?), że ktoś wykonuje „zawód dyrektora”. To jak za głębokiej komuny. Dlaczego nie uwzględniać innych przyteatralnych zawodów, których przedstawiciele zakładając swoje organizacji z definicji dostawali by prawo do zasiadania w komisjach konkursowych. Niechby tacy głowni księgowi, albo inspicjenci, albo kierownicy techniczni… To można ciągnąć naprawdę długo.

Tymczasem inkryminowane dyrektorskie stowarzyszenie ewidentnie reprezentuje opcję, która preferuje światopogląd daleki od polskiej racji stanu, co jego członkowie udowodnili wielokrotnie i poprzez swoje indywidualne „dokonania” i jako grupa. Złowieszczym przykładem jest suflowany skądinąd na członka wrocławskiej komisji konkursowej, Paweł Łysak. To właśnie ten hunwejbin nawołuje władze miast i gmin, krzycząc, że te muszą zdać sobie sprawę, że to na nich dziś spoczywa odpowiedzialność za kulturę w Polsce. Oczywiście, chodzi o kulturą odpolaczania i demoralizacji, a w zasadzie antykulturę, co doskonale definiuje się w działalności Łysaka, dyrektora warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie wystawiono bolszewicką w swych przesłaniach „Klątwę”, a wcześniej dyrektora teatru w Bydgoszczy, gdzie zrealizowano równie paskudną i bluźnierczą „Naszą przemoc i waszą przemoc”.

Kiedy w Teatrze Polskim usłyszymy trzeci dzwonek, może już być za późno. Zgodnie z planem Urzędu Marszałkowskiego nowy dyrektor powinien rozpocząć pracę w dniu kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej. 

Tomasz A. Żak www.pch24.pl