Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Teatralny diariusz podróży

Jako człek z wozem Tespisa wędrujący od wczesnej młodości, postanowiłem niektóre z licznych moich podróży utrwalić aby nie przepadły w mrokach niepamięci. A tę teatralną pamięć dzielę na dwa okresy: pierwszy to czas młodości dumnej i chmurnej spędzony w tarnowskim teatrze, dawniej ziemi krakowskiej a później miejskim i obecnie w Teatrze Nie Teraz. I w jednym i drugim zajmowałem się wszystkim, z wyjątkiem aktorstwa. To, pomimo wszystkich zawirowań w życiu prywatnym, szczęsny czas... I trwa on do dzisiaj. Tak też było podczas ostatniej teatralnej wyprawy trupy Tomasza A. Żaka na Dolny Śląsk, gdzie pokazywaliśmy nasz najnowszy spektakl "Koniec świata. Dramat, który nie ma końca", którego głośna premiera miała miejsce dokładnie w dniu 100. rocznicy objawień w Fatimie - 13 października 2017 roku. Po Tuchowie, graliśmy ten, zbierający znakomite recenzje spektakl m.in. w Krakowie i Warszawie. Daliśmy też dwa przedstawienia w Tarnowie. A kwietniu wyruszyliśmy na Dolny Śląsk, gdzie mamy wypróbowanych przyjaciół i widzów. Bywamy tam od kilku  lat regularnie ze swoimi kolejnymi premierami. I tak najpierw stanęliśmy na popas w Wołowie, gdzie we czwartek 19 kwietnia pokazaliśmy "Koniec świata" w Wołowskim Ośrodku Kultury, a dzień później w piątek 20 kwietnia w barokowym kościele parafialnym pw. św. Walentego w pobliskim Lubiążu, gdzie koniec świata był prawie dosłowny... przekroczył granicę sacrum i dotknął sfery profanum.    

"Koniec świata" to bardzo trudny technicznie spektakl, wymagający zbudowania metalowej konstrukcji przypominającej swoim kształtem kościół. Ta artystyczna wizja "Końca świata" znanego artysty rzeźbiarza prof. Jacka Kucaby, wymusiła na nas wypożyczenie dodatkowego samochodu do przewożenia całkiem sporej ilości rur i rurek, o różnych kształtach i długościach, o całym osprzęcie elektryczno - akustycznym (rampy oświetleniowe, statywy, ponad dwadzieścia reflektorów i ponad 100 metrów kabli), nie wspominając. Dodatkowy samochód z kierowcą to dodatkowe koszty ale też cenny pracownik techniczny, wszak TNT nie posiada własnej ekipy technicznej. W naszym teatralnym zakonie obowiązuje sprawdzona zasada, że każdy robi wszystko: aktorzy pomagają przy wyładunku i załadunku dekoracji, montażu i demontażu sprzętu, żeńska część zespołu zajmuje się kostiumami, co oznacza zajęcia typowe dla garderobianych, łącznie z praniem, prasowaniem i krawieckimi poprawkami.

W swojej kilkudziesięcioletniej "karierze" teatralnej nigdy nie spotkałam się z przypadkiem, aby dyrektor teatru i reżyser "na stałe" montował scenografię, a przede wszystkim zajmował się ustawianiem ramp,reflektorów itp. a podczas spektaklu zasiadał za pulpitem i prowadził światła, bywa że i dźwięk. No i był "etatowym" kierowcą teatralnego busa - mercedesa, zwanego pieszczotliwie senioritą. A takim nietypowym dyrektorem jest T.A.Żak, także reżyser, ceniony pisarz i pedagog oraz animator kultury. Prawdziwy człowiek renesansu i człowiek orkiestra.

Do Wołowa, uroczego dolnośląskiego miasteczka, liczącego kilkanaście tysięcy mieszkańców, stolicy powiatu i gminy, którego historia sięga XII wieku, a nazwa pochodzi od targów wołami (są także w herbie), wyjechaliśmy z Tarnowa o 6 rano aby dotrzeć na miejsce około południa. Ponieważ zespół "Końca świata" liczy 6 aktorów i 4 tzw. obsługi - łącznie 10 osób, z których 4 aktorów mieszka i pracuje w Krakowie musieliśmy jeszcze zjechać z autostrady i zabrać Anię, dwóch Maćków i Karola, co nieco spowolniło naszą podróż. Na szczęście w tym zespole jest dwoje aktorów - kierowców, którzy zmieniali się za kierownicą naszej seniority, odciążając szefa-kierowcę. To ważne, bo do pokonania mieliśmy blisko 500 km. w jedną stronę.

 

Po dotarciu na miejsce i serdecznym powitaniu przez dyrektora Wołowskiego Ośrodka Kultury - Rafała Zająca, wypróbowanego przyjaciela TNT, zjedliśmy obiad i przystąpiliśmy do pracy. Ponieważ WOK ma profesjonalną scenę, którą od dawna mamy rozpracowaną, montaż scenografii i oświetlenia poszedł sprawnie i na godzinę przed spektaklem byliśmy ze wszystkim gotowi. Spektakl spotkał się z b. dobrym przyjęciem, było sporo miejscowej inteligencji, chętnej do rozmów o "Końcu świata" i nie tylko. To stali bywalcy naszych wołowskich spotkań. Jak zwykle, po spektaklu musieliśmy wszystko pieczołowicie zdemontować i zapakować. Do wynajętego busa transportera całe "żelastwo" i sprzęt, a do osobowo-towarowej seniority kostiumy, rekwizyty, nasze wydawnictwa i 6 osób. Po kolacji wyruszyliśmy z gościnnego Wołowa do odległej o kilkanaście kilometrów Krzydliny Małej, gdzie już po raz drugi byliśmy gośćmi Fundacji Centrum Spotkań i Dialogu prowadzonej przez Misjonarzy Klaretynów.

Nasz gospodarz, niezwykle prężnie działający Wołowski Ośrodek Kultury, co roku jest organizatorem ok. 70 imprez na terenie ośrodka, a także na terenie miasta i gminy. W dorobku ośrodka znalazły się duże imprezy, które na stałe weszły do kalendarza kulturalnych imprez miasta, a osiągnęły status ogólnokrajowy (m.in. Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej „Cantus Organi”, Festiwal Muzyki Alternatywnej „Baraque”). WOK zajmuje się także od lat organizacją dużych imprez cyklicznych skierowanych przede wszystkim do mieszkańców miasta (Dni Wołowa, Rockowy Finisz Wakacji, Dożynki Gminne), a także tych mniejszych, jak cykl koncertów „Muzyczne Pory Roku”, „Kulturalny Desant”. Nie zapomina także o lokalnych artystach, których prezentuje na wystawach plastyków, czy choćby udostępnia miejsce do prób młodzieżowym zespołom. A raz w roku organizuje prezentację artystów działających w ramach Wołowskiej Ary, czyli Amatorskiego Ruchu Artystycznego. Dyrektor Ośrodka Rafał Zając był z nami praktycznie przez cały czas naszego pobytu, także w Krzydlinie Małej i w Lubiążu, gdzie dotarliśmy następnego dnia rano, po mszy Św. i śniadaniu.

Lubiąż to wielokulturowa wieś (w latach 1249–1844 miasto) położona w województwie dolnośląskim, w gminie Wołów, przy przeprawie przez Odrę, w odległości 54 km od Wrocławia. Jedną z dwóch głównych atrakcji turystycznych jest wzniesiony na niewielkim wzgórzu monumentalny, barokowy kościół parafialny pw. św. Walentego, którego historia sięga lat 1734–1745. Autor projektu kościoła jest nieznany. Swą formą przestrzenną nawiązuje do nurtu architektonicznego, którego przykładem jest kościół św. Mikołaja na Małej Stranie w Pradze. Bezpośrednim wzorem dla lubiąskiego kościoła był kościół św. Jana w Legnicy. Jest to budowla założona na planie wydłużonego prostokąta, zamknięta od zachodu półkolistą apsydą a od wschodu dostawioną masywną trzykondygnacyjną wieżą. Obszerne, jednonawowe wnętrze z rzędami bocznych kaplic, nad którymi umieszczone są łączące się ze sobą empory nakryte jest sklepieniem nieckowym. Całą powierzchnię sklepień pokrywają malowidła Ignacego Axtera – ucznia K.F. Bentuma. Wystrój malarski ołtarza głównego, przedstawiającego „Cudowne uzdrowienie syna poganina Krotona przez św. Walentego” jest dziełem Krystiana Filipa Bentuma. Autorem rzeźb przedstawiających świętych: Piotra i Pawła, Benedykta i Bernarda oraz personifikacji cnót – wiary, nadziei i miłości jest Franciszek Józef Mangoldt. Obydwaj artyści są również autorami wystroju kaplicy św. Jana Nepomucena, znajdującej się po prawej stronie prezbiterium. W pozostałych kaplicach znajdują się ołtarze ozdobione obrazami ze szkoły M.L.Willmanna lub dzieła samego artysty. W pierwszych kaplicach od wejścia, zarówno od strony północnej jak i południowej ołtarze nie zachowały się.  Ustawiona w nawie kościelnej ambona zdobiona jest rzeźbiarskimi elementami wykonanymi przez F.J. Mangoldta, przedstawiającymi „Chrystusa z Samarytanką przy studni” i „Chrystusa u Marii i Marty”. Jest ona wybitnym dziełem snycerki barokowej. Aktualnie trwa tam generalny remont dachu, stoją rusztowania, co dodatkowo wzbogaciło zewnętrzną scenografię naszego spektaklu.

 

Ponieważ akcja "Końca świata" dzieje się w zniszczonym przez cywilizacyjny kataklizm kościele, gdzie schronili się uciekinierzy z obozu koncentracyjnego dla katolików, po wejściu do lubiążskiej świątyni od razu było dla nas oczywistą oczywistością, że nie budujemy kościoła w kościele, tylko gramy w oryginalnym wnętrzu, wystarczy tylko nieco go uteatralizować czyli przystosować do wymogów spektaklu. To "nie co", to przede wszystkim wyniesienie najświętszego sakramentu i pozostawienie otwartego tabernakulum. Następnie ogołociliśmy główny ołtarz z obrusów, kwiatów, świec i lichtarzy oraz drobnej galanterii rzeźbiarskiej, typu obrazy i rzeźby. Np. naturalnej wielkości rzeźby aniołów znieśliśmy z ołtarza i rozmieściliśmy w prezbiterium, przewróciliśmy też pulpit-ambonę oraz ozdobne fotele i zdemontowaliśmy inne elementy wystroju (m.in. dywany), tworząc wręcz plan filmowy, pozorujący dewastację katolickiej świątyni przez wrogich najeźdźców-okupantów.

To wszystko było możliwe tylko dzięki ogromnej życzliwości i cierpliwości proboszcza miejsca ks. Leszka Woźnego i jego b. dobrych relacji z naszym opiekunem dyr. WOK Rafałem Zającem. Tylko miejscowy kościelny nie mógł się z tym, co robimy z jego kościołem do końca pogodzić (porównywał naszą teatralną inwazję z wkroczeniem wojsk radzieckich w 1945 r.), aliści posłuszny swojemu proboszczowi starał się i jak mógł pomagał.

A problemów nie brakowało, ot choćby przenikliwe zimno w zakrystii adaptowanej przez nas na garderobę czy brak tzw. siły (trójfazowego gniazda), do którego moglibyśmy podłączyć nasze reflektory i sprzęt nagłaśniający. W tej patowej sytuacji pomocni okazali się miejscowi strażacy, którzy podstawili nam agregat prądotwórczy, który niestety nie wytrzymał naszego obciążenia i po kilku minutach wysiadł, przyprawiając naszego szefa wręcz o palpitację serca. Ale, jak na siłowe, a my mogliśmy zabrać się do roboty. Na szczęście z wszystkim - próba aktorska i sytuacyjna, montaż i ustawianie świateł, próba dźwięku itp. - na czas zdążyliśmy, udało nam się jeszcze nawet zjeść obiad. Aliści, ponieważ o godzinie 18.30 kiedy mieliśmy rozpocząć było jeszcze jasno a liczne okna "doświetlały" pięknie zachodzącym słońcem wnętrze świątyni, nasze reflektory były raczej dodatkowym elementem scenografii niż źródłem światła.

   

A sam spektakl był jedyną w swoim rodzaju prezentacją tego, co wymyślił autor i reżyser sztuki T. A. Żak, improwizacyjną asocjacją, odważną inscenizacją profetycznej wizji końca świata. Nasz teatralny guru błysnął, wymyślonymi ad hoc kilkoma znakomitymi pomysłami, nie możliwymi do zrealizowania na normalnej, pudełkowej scenie. Jednym z nich było obrazoburcze wystąpienie przywódcy antychrześcijańskiej rebelii Lutra, który stojąc na prawdziwej ambonie wygłosił swój antyklerykalny manifest. Niezwykle przejmujący był też sam finał spektaklu, kiedy to Luter po kolei dokonuje egzekucji uciekinierów z obozu koncentracyjnego dla katoli i ich zwłoki "układa" na autentycznych stopniach ołtarza... niczym prawdziwych męczenników za wiarę. To było ogromne przeżycie, nie tylko dla licznie zebranej publiczności, w tym także księży, ale również dla nas... Dotknęliśmy jednej z tajemnic teatru, jego mistycznej istoty, czegoś trudnego do zdefiniowania i nie do powtórzenia.

Rozmawialiśmy o tym podczas kolacji na plebani w Lubiążu, goszczeni przez ks. proboszcza Leszka Woźnego i Starostę Powiatu Wołowskiego  Macieja Nejmana, cenionego regionalistę i historyka, który opowiadał nam wiele ciekawych rzeczy o ziemi wołowskiej.

 

Po noclegu, mszy św. i śniadaniu w Krzydlnej u księży Klaretynów, serdecznie żegnani przez gospodarza miejsca i dyrektora WOK, który przyjechał wraz z żoną i swoją najmłodszą pociechą (jeszcze w wózeczku), udaliśmy się w drogę powrotną do domu, gdzie dotarliśmy po południu w sobotę. To był jeden z najbardziej udanych i hardkorowych (!) wyjazdów TNT. Szkoda, że trwał tak krótko, jeno trzy dni...


   
Ps.
Zaś w tzw. międzyczasie, kiedy "ogarnialiśmy" technicznie wnętrze kościoła, część naszego zespołu, głównie panie, mogła zwiedzić jedną z największych atrakcji turystycznych Dolnego Śląska, a gdzie my byliśmy przed rokiem. Otóż, dwa  kilometry od "naszego" kościoła w kierunku północnym na niewielkim wzgórzu w zakolu Odry i Brzeźnicy usytuowany jest zespół opactwa oo. cystersów – monumentalne założenie barokowe z lat 1649–1739, jedne z największych i najcenniejszych tego typu w Europie; sekularyzowane w 1810 r. i ostatecznie zdewastowane po 1945 r.

Obiekty o kubaturze 330 tys. m3 i rozległe tereny dookoła należały niegdyś do potężnego zakonu cystersów. Na Śląsk braci w białych habitach sprowadził w 1163 r. książę Bolesław Wysoki. Do Lubiąża przybyli z saskiej Phorty. Cystersi prowadzili planową i pełną rozmachu gospodarkę. Stawiali nie tylko wielkie domy dla zakonników, ale i liczne młyny, stodoły, kuźnie, zakładali stawy hodowlane. Dzień w klasztorze zaczynał się bladym świtem, w zimie o godz. 3.30, w lecie o 3.45. Cystersów obowiązywała surowa asceza, jedli bardzo proste posiłki - bez mięsa i raz dziennie. Zabronione było używanie przypraw takich jak pieprz czy cynamon. Kilka godzin poświęcali pracy fizycznej, pozostałe modlitwie. Dzień kończyli o 20.30 zimą lub piętnaście minut później latem. Stawiane przez nich budowle imponowały rozmachem.

 

Pałac opata i klasztor w Lubiążu tworzą kompleks, którego zachodnia fasada ma 223 m długości. Szerokość północnego skrzydła pałacu wynosi 118 m. Jest tu ponad 300 pomieszczeń. Główne wejście na teren zespołu klasztornego prowadzi przez most nad fosą, który jest zamkniętym budynkiem bramnym z 1601 r. Dwie wieże wieńczą fasadę kościoła Wniebowzięcia NMP. W posadzce prezbiterium znajdują się płyty nagrobne z XIV w. Tu pochowano m.in. księcia Bolesława Wysokiego. Po południowej stronie kościoła znajdowała się część klauzurowa z wirydarzem pośrodku, po północnej dwa skrzydła pałacu opata. Najpiękniejszym wnętrzem w klasztorze jest sala książęca w pałacu opata o wystroju z lat 1734-1738. Ma powierzchnię ponad 420 m2, zajmuje dwie kondygnacje. Jej wnętrze ozdabiają obrazy, rzeźby i freski.

O tym, że Lubiąż zachwyca nie tylko miłośników sztuki świadczy zainteresowanie ze strony słynnego, nieżyjącego już Michaela Jacksona. W maju 1997 r. gwiazdor złożył 20-minutową wizytę w opactwie. Podobno przymierzał się do zakupu budynków klasztornych z myślą o przebudowaniu ich na swoją europejską rezydencję lub przekształceniu szacownego obiektu w park rozrywki typu Disneyland.

Ryszard Zaprzałka

 Boston testosterone therapy . poker uang asli . ShowBox App