Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Muzyka w teatrze

Bez niej żaden spektakl nie byłby taki sam. Niejednokrotnie jest jego tętnem, pulsuje w aktorach, w widzach, w każdym, kto jej doświadcza. Podobno najwspanialsza jest wtedy, gdy dopełnia spektakl, staje się jego integralną częścią. Będąca tłem wydarzeń scenicznych albo odwrotnie - punktem zwrotnym, impulsem. Jako że, luty uważany jest za miesiąc refleksji na temat muzyki, postanowiliśmy - mówi aktorka Teatru Nie Teraz Agnieszka Winiarska, odbyć podróż po brzmieniach i melodiach. Snuć opowieść o muzyce, która towarzyszy spektaklom TNT, jej twórcach i dźwiękach, bez których nie ma teatru tak w ogóle... Na początek nakłoniłam do wspomnień dyrektora TNT. I przyznam szczerze - trochę tęskno do zadymionych  sal w akademikach, gdzie rodziły się talenty twórców, o których opowiada Tomasz Żak. Jego asocjacje uzupełniają jeszcze "etatowy" bard TNT Tomasz Lewandowski i niejako nasz wychowanek, młody muzyk i kompozytor, twórca m.in. znakomitej muzyki do najnowszej premiery TNT „Koniec świata”  Seweryn Partyński.   

Jak się zaczęła nasza muzyka - Tomasz A. Żak, Lisia Góra, luty 2018.

Praca z dźwiękami, które pojawiają się w przedstawieniu teatralnym, to zadanie trudniejsze, niż otwieranie aktora na jego sceniczną postać. Tak mówi mi doświadczenie reżyserskie bardzo wielu lat pracy. Chcesz, czy nie, dźwięki przychodzą, jak kroki. Jak szelest gazety, przełykanie śliny, westchnienie, upadająca kropla potu… Tak, nie trzeba orkiestry i rozpisanych na nuty kompozycji. Ale kiedy już się pojawią, to musisz je traktować jak kolejnego aktora i jak o nich, tak i o te dźwięki bardzo zadbać.

W TNT wszystko zaczęło się od śpiewania przy gitarze. Dzisiaj pompuje się to dawne szlachetne ogniskowe „brzdąkanie” i „mruczenie” i nazywa się to „poezją bardów”. Niech będzie. Ale ja dobrze pamiętam studenckie lata 70-te i zadymione salki w piwnicach akademików. Dobrze pamiętam jak zaczynał Andrzej Poniedzielski, jak próbował nas do siebie przekonać – dodam, ze skutecznie – Przemek Gintrowski i jak hipnotyzowała nas swą dobrocią i wibrującym głosem Tośka Krzysztoń. Nic dziwnego, że takie właśnie dźwiękowe medium musiało się pojawić i w moim teatrze. I oczywiście musiały to być „żywe dźwięki”, a nie offowe odtwarzanie z taśmy czy płyty.
 
Tak, w pierwszym naszym pełnowymiarowym spektaklu, czyli w „Butelkach” z roku 1981, jedną z postaci scenicznych był „Ktoś z Gitarą” (Robert Wiśniowski), który wchodząc w finałową sceną puentował wszystko swą kompozycją i głosem wyśpiewującym frazy mojego tekstu, chyba dość profetycznego, jak na tamte czasy. Refren tej ballady brzmiał następująco:
 Drzewa, pola, prawda i fałsz,
 deszcz, słońce ludzie,
 rzeczki, dolinki, górki
 i wapnem bielony napis: Przeznaczone do rozbiórki.

No i faktycznie stan wojenny dość mocno Polskę „rozebrał”, a TNT w naturalny sposób – chcąc/nie-chcąc stał się teatrem politycznym. Nasza premiera z maja 1983 roku to była już nader jednoznaczna deklaracja światopoglądowa. Spektakl „Między wierszami wierszy” tekstowo w całości wywiedziony był z poezji Leszka Szarugi (wyjętej z tomików wydawanych przez podziemne oficyny). A dźwięki, które się tam pojawiły, to już była cała muzyka. Wiedziałem, bowiem, że tę artystyczną, ale przecież polityczną naszą wypowiedź, nie złagodzą w odbiorze tylko poetyckie wersy. Tutaj, aby lepiej dotrzeć do widza, trzeba było „zagrać” muzyką. I takowa powstała, stając się niejako punktem odniesienia dla kolejnych dźwiękowych „muz”, jakie do TNT przychodziły przez następne lata, aż do dzisiaj.
Najpierw musiała być więc prawdziwa żywa orkiestra. Tym zajął się skrzypek i kompozytor Jan Kołodziejczyk. Obok niego mieliśmy pianistę Mirka Rękasa i drugie skrzypce w rękach Doroty Kuźmy.

Oczywiście nie zrezygnowałem ze śpiewania – jak to u nas bywa - wkomponowanego w akcję sceniczną. Tak narodziła się pierwsza nasza teatralna wokalistka, czyli Dorota Bojan. Pamiętam jej kusy warkoczyk i niezwykłą siłę, charyzmę, kiedy intonowała a capella te słowa:
 Zamieńmy kolory i wiersze
 niech dziwią się sobie
 zwłaszcza słowu słowo
 to prawda
 Zamieńmy wszystkie proporcje
 wokoło martwi ludzie bawią się rozmową
(…)

Niezmienną w działalności takich alternatywnych scen jak TNT są zmiany personalne, choć spektakle trwają w swych kolejnych wersjach nawet przez kilka, czy kilkanaście lat. W „Między wierszami wierszy” też tak było. Z czasem w zespole muzycznym pojawili się nowi artyści: Renata Fic / flet i Elżbieta Krawczyk / pianino. Nie od rzeczy będzie tutaj napisać, że to właśnie wtedy do zespołu dołączył Tomasz Lewandowski, który zajmował się sprawami technicznymi, m.in. światłem. Ten sam Tomek, który później wszedł na sceną, a jeszcze później stał się naszym „firmowym” muzykiem, bardem prawdziwym. Ale to, jak i dzieje kolejnych dźwięków w pracy TNT, to już inna historia.

Odnajdywanie słów – Tomasz Lewandowski

"Żaden mój pomysł muzyczny nie stworzony do słów, jak do tej pory nie przetrwał. Może to moje przeznaczenie - słowa, słowa, słowa..." - tak opowiada mi Tomasz Lewandowski, pieśniarz i kompozytor, od lat związany z wieloma scenami muzycznymi oraz z Teatrem Nie Teraz. Pytam go o wiele kwestii, na niektóre dostaję odpowiedź od razu, na inne muszę poczekać. I tak właśnie robię. Otrzymuję w zamian spora garść cennych wspomnień, refleksji o jego twórczej drodze, poszukiwaniu melodii i słów.

"Na pytanie - skąd się biorą takie melodie, nie umiałbym zapewne odpowiedzieć. To najprawdopodobniej jakiś dar dostrzeżenia ich w słowach. Na pewno zdarzało mi się odnaleźć je od razu, czyli tak na prawdę bez zbytniego wysiłku, czasem jednak poszukiwania trwały długo i potrafiły mocno zmęczyć. Nie prowadziłem notatek ale sądzę, że stosunek ilości pracy nad piosenką do jej jakości, jest po prostu dziełem przypadku. Nazwanie mnie twórcą muzyki do spektakli może być mylące. Formalnie jest to prawdą, ale przecież komponuję tylko melodie do słów, w większości piosenek, które czasem trochę poważniej wypadałoby nazwać pieśniami. Nie przypominam sobie instrumentalnego fragmentu stworzonego na potrzeby ilustracyjne jakiegoś spektaklu, choć nie wykluczam, że taki wyjątek dawno temu mógł się pojawić. To, że kojarzy się mnie z dobrą muzyką zawdzięczam zapewne temu, że parę razy udało mi się znaleźć melodie na tyle udane, że stały się w pewnym sensie przebojami. Na pytanie o inspiracje odpowiedź jest więc wręcz oczywista - to słowo, to próba wsłuchania się w tekst, to polowanie na radość płynącą z odnalezienia melodii umożliwiającej przekazanie sensu słów, a jednocześnie na tyle ładnej, że mogłaby zostać przebojem. Muzyki słuchałem w życiu bardzo dużo, w tym może nawet większość należałoby nazwać trudną. Jako twórca nie mam jednak żadnych kwalifikacji do komponowania rzeczy bardziej skomplikowanych. Brakuje mi wykształcenia i brzydko mówiąc - narzędzi. Na szczęście te prostsze formy w postaci zwykłych radiowych hitów również cenię, chociaż udręką jest dla mnie przymus słuchania ich zbyt często, a w zasadzie zbyt często podniesione do potęgi zmierzającej do nieskończoności. Jeżeli więc uda mi się ułożyć melodię ładną nawet w takim trywialnym sensie, uważam to za duży sukces gdyż wiem, że stworzenie muzyki, której łatwo się słucha, wcale łatwe nie jest".

Poszukiwanie brzmienia – Seweryn Partyński

Jak sam przyznaje, muzyka przyciągała go do siebie od dzieciństwa.
Najpierw jej słuchał. W pewnym momencie okazało się jednak, że jest to zbyt oczywista forma obcowania z dźwiękami. Wtedy szczęśliwym trafem znalazł w domu starą gitarę. Szarpanie strun było o tyle fascynujące, że poddawały się inwencji twórczej Seweryna i wydawały z siebie względnie poukładane dźwięki. Na pewno była w tym pierwszym spotkaniu jakaś dynamika i rytmika, która zdecydowała, że odtąd gitara będzie mu pomagać w muzycznych poszukiwaniach. I stało się. Przygoda z komponowaniem trwa do dziś.

Ze śpiewaniem było nieco inaczej. Na warsztatach prowadzonych przez Teatr Nie Teraz nieco ponad 10 lat temu, trochę ku własnemu zaskoczeniu, odkrył, że lubi to robić. Konsekwencją tego była współpraca z kilkoma rockowymi zespołami, zaangażowanie się w projekty muzyczne,w których dbał o warstwę brzmieniowa i wokalną.
Swoją przygodę muzyczną na poważnie rozpoczął w roku 2006 kiedy to w roli wokalisty dołączył do zespołu Sweet Revenge. Zespół grał klasyczny "metal" w stylu Mettalica i ukochanego Iron Maiden'a. Kolejne projekty to Sunflower, następnie Eternity Stream oraz solowy projekt muzyczny "Sew" w którym w zasadzie już sam zajmował się produkcją od A do Z wszystkich kompozycji, tekstów oraz ich nagrywaniem. Napisał łącznie ok. 30 utworów, z czego większość można znaleźć na youtubie.

Jego największym muzycznym marzeniem jest nagranie albumu oraz dotarcie z nim do szerokiego grona słuchaczy. Jak podkreśla - ma to być album szczery i od serca. Bez oglądania się na trendy czy kryteria wytwórni. Nieustannie wierzy, że kiedyś tak się stanie.

Dziś opowiada: "Zawsze chciałem zostać gwiazdą rocka. Kto o tym nie marzy sięgając po gitarę czy inny instrument? Aktualnie takie myśli przestały mnie napędzać, a marzenia związane z tą twórczą przestrzenią sprowadzają się głównie do tego, aby być zadowolonym z siebie i tego, co się robi. W tworzeniu i w życiu w ogóle. Na tym chyba polega tzw. spełnienie?".

Działa w polityce, angażuje się w wydarzenia społeczne i kulturalne. Człowiek wielu pasji, do ostatniej z nich można zaliczyć winiarstwo - swoje najnowsze produkcje w tej branży sygnował nazwą "Saint Sewerin".
Prywatnie marzyciel i szczęśliwy mąż swojej żony.

   

Tworzenie muzyki, która nie będzie na pierwszym planie, ale ma wspierać obraz, scenę i gest to proces zupełnie inny niż tradycyjne komponowanie. Wymaga od artysty zdyscyplinowania swoich ambicji, zgody na podporządkowanie muzyki słowom i obrazom. Kluczem do odnalezienia odpowiednich brzmień jest posiadanie świadomości, że temat muzyczny zaistnieje jako odrębna część spektakli i jednocześnie jest jego integralną częścią . Wyrazistość dźwięków, ich oryginalność musi współgrać z tym, co jest w aktorach, na scenie i wreszcie, co odnajdą widzowie.

Na każdym etapie kreacji muzyki teatralnej jej autor pamiętać musi, że potęguje ona odczucia emocjonalne, dopełnia to, co zdarza się na scenie. Absolutnie nie ma możliwości stworzenia muzyki uniwersalnej, pasującej do zróżnicowanych tematycznie widowisk. Stąd, jej kompozytor musi być częścią zespołu, poznać scenariusz, aktorów. Jeżeli tak się stanie, jest ogromna szansa, że dźwięki współgrać będą z emocjami aktorów, z tempem scen, pulsem spektaklu. Konieczne są także rozmowy z reżyserem. Ten autorytarny – będzie poszukiwał konkretu brzmiącego w swojej i tylko swojej głowie. Wtedy może się nie udać. Dysonanse i zgrzyty mogą być zbyt trudne do pokonania. Reżyser rozważny, ufający ludziom, z którymi pracuje, raczej naszkicuje koncept muzyki w swoim spektaklu, podpowie, zaleci poszukiwania, w najwyższym stopniu zaangażuje kompozytora. Ważną sprawą jest także zderzenie muzyki z aktorem, jego emocjonalnością, tym, co poprzez swoją rolę chce opowiedzieć. Okiełznanie tych żywiołów przynosi muzykę piękną i ważną. Czy niezapomnianą? W tym przypadku nie o to chodzi.

Jest jeszcze jedna rzecz, nad którą twórca muzyki powinien panować. To cisza. Włada nią aktor. Kompozytor musi tę cisze zaakceptować, pokochać i docenić. W spektaklach, gdzie scenom towarzyszy muzyka, staje się ona kolejnym instrumentem. Trzeba  wtedy rozważnie naciskać ten klawisz. Myślę, że to czasami bywa trudniejsze niż skomponowanie muzyki.

Za: www.teatrnieteraz.pl  i FB

Agnieszka Winiarska

Zdjęcia: Artur Gawle