Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

„Koniec świata” nad wyraz udany

 Jerzy Wolak recenzuje spektakl Teatru Nie Teraz

Czy można po katolicku opowiedzieć ciekawą, poruszającą historię językiem współczesnego teatru? Można! Kto chciałby się o tym przekonać, powinien dowiedzieć się, gdzie aktualnie grają „Koniec świata” Tomasza A. Żaka i niezwłocznie tę sztukę obejrzeć. Zapada zmrok. Do na wpół zrujnowanego kościoła wchodzi niewielka grupka przypadkowych ludzi. Nie znają się. Wygląda na to, że spotkali się wcześniej i dla wygody czy raczej dla bezpieczeństwa wędrują razem, ale w sumie nic o sobie nie wiedzą. To uchodźcy. – Uchodźcy? – zapyta jakaś ofiara liberpoprawnej lobotomii. – Przecież to biali katole!Owszem, w świecie malowanym przez Tomasza Żaka uchodźcami są wyłącznie katolicy (bez względu na kolor skóry).

W ruinach kościoła pragną znaleźć schronienie – spokojnie przespać jeszcze jedną noc. Może ostatnią. Tu jest cicho i ciepło. Ostatnie promyki zachodzącego słońca przefiltrowane w resztce witraża igrają na rumowisku potłuczonych figur – można zwinąwszy się w kłębek obserwować ich barwną pantomimę, aby zasnąć z wyczarowanym pod powiekami powidokiem świata, który przestał istnieć.

Dzisiejszy świat pustoszy zaraza. Nie bardzo wiadomo, jaka konkretnie, a zresztą kto by sobie tym głowę łamał, gdy w każdej chwili może dosięgnąć i jego, a żadnego lekarstwa na nią nie znajduje. Wyhodowana w tajnych laboratoriach wymknęła się spod kontroli, by owładnąwszy masami gryzoni nieść ludziom masową śmierć.

Czy trudno było znaleźć winnych kataklizmu? O, bynajmniej – wredna Nemezis wespół z głupiutką Klio od stuleci mają gotowego kozła na okoliczność tego typu ofiary. Wyznawców Chrystusa się przecież tak łatwo – a przy tym jakże perwersyjnie miło – oskarża. A to o zakłócanie porządku społecznego, a to o wielki pożar stolicy, a to o szpiegostwo na rzecz imperialistów, a to o kanibalizm, a to o mowę nienawiści, a to o sprowadzenie suszy, powodzi, mrozu, upału, trzęsienia ziemi, tsunami, tornada, zamieci, wybuchu wulkanu – powietrza, głodu, ognia i wojny…

Tak, to katole winni są wszelkiemu złu, jakie jeszcze trapi Nowy Wspaniały Świat. Trzeba ich więc usunąć ze świata, trzeba wyciąć watykański wrzód na zdrowym oprócz tego ciele zjednoczonego ziemskiego globu. Niech wreszcie rozpocznie się wiek wolnej myśli! Niech zapanuje wolność, równość, braterstwo, albo śmierć!

– Katolikom nie wystarczy dać odprawę z życia publicznego. Ich trzeba wykorzenić! I nie tylko wykorzenić; ich wiarę trzeba zbezcześcić, zdusić w błocie. W imię humanizmu… – enuncjuje po masońsku brodaty Luter w sołdackich buciorach i czarnej dżalabiji, wysoko postawiony funkcjonariusz Zjednoczonego Frontu Wszystkich Antykatolickich Sił Czasu i Przestrzeni.

A więc koncentracyjne obozy zagłady dla katolików – czyż to nie oczywiste Endlösung całej tej kłopotliwej kwestii?

I oto w na poły zrujnowanym kościele chroni się grupka uchodźców. Dzieli ich wiele, łączy zaś jedno: wszyscy jednakowo mocno nie chcą trafić do łagru; wszyscy jednakowo gorąco pragną opuścić dręczone zarazą zamknięte miasto. Wszyscy widzieli piekło – każdy na swój sposób, każdy na własną miarę – i wszyscy mają w nim jakiś udział. Ale wszyscy (z wyjątkiem najmłodszej dziewczyny – uciekinierki z obozu, która praktycznie nie zna świata sprzed hekatomby) są katolikami, i choć wiara z większości z nich dawno wyparowała, noszą na sobie niezmywalne piętno chrztu – z jednej strony bezbłędnie naprowadzające na celownik Antychrysta, z drugiej zaś gwarantujące pewny i niezawodny punkt oparcia w godzinie ostatecznych wyborów.

Apokalipsa dla każdego

Taki to „Dramat, który nie ma końca” rozgrywa przed naszymi oczyma Teatr Nie Teraz Tomasza A. Żaka. A my oglądamy z zapartym tchem, bo bije zeń ogromna siła. Przede wszystkim siła prawdy, a przecież – jak nam to u początku dzisiejszych czasów (z powodzeniem spełniających wszelkie kryteria ostateczności) uświadomił Józef Mackiewicz – „tylko prawda jest ciekawa”.

Ale „Końcu świata” tkwi również ogromna siła wyrazu – dramaturgiczną oś spektaklu buduje wszak zderzenie postaw i motywacji, konfrontacja życiowych doświadczeń i stopnia odpowiedzialności za piekło na ziemi. Autor sztuki bowiem nie pozostawia miejsca na wątpliwości co do faktu, iż wszyscy taką odpowiedzialność w mniejszym bądź większym stopniu ponosimy. Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Zwłaszcza zaniedbaniem…

Ze strzępków rozmów poznajemy losy bohaterów sprzed apokalipsy: pracownicy instytutu, w którym sztucznie stworzono śmiercionośną zarazę, płatnej denuncjatorki ukrywających się katolików, janczarki systemu wyszkolonej do polowania na nich, tchórzliwego everymana niepewnego niczego z wyjątkiem „dogmatu” o nieistnieniu Boga oraz duchownego (dlaczego ta postać szczególnie głęboko zapada w pamięć?), który przekonująco dowodzi Jego istnienia, ale potrafi to czynić wyłącznie w formie cyrkowego występu. Wszyscy, jak widać, mają sporo „za uszami” – wszyscy więc muszą wykrzyczeć swoje traumy. Emocje więc wspinają się wysoko, nie ma jednak mowy o żadnej – wszechobecnej w dzisiejszych sztukach narracyjnych – erupcji histerii. Na to nigdy by nie pozwolił autor sztuki, reżyser i zarazem główny motor całego przedsięwzięcia, który – choć uformowany w romantycznym paradygmacie i zawsze wierny jego artystycznemu credo – nie od dziś bada i ocenia otaczającą nas rzeczywistość chłodnym okiem konserwatysty.

Czasami zdarza mu się przy tym – trudno się oprzeć takiemu wrażeniu – zapędzić zbyt głęboko w domenę publicystyki (którą wszak również z powodzeniem uprawia), a sztuka nie powinna przemawiać mową gazetową. Jednakowoż, kto wie, być może nadszedł już moment, kiedy powinny zamilknąć przypowieści, alegorie, symbole i inne szyfranty rzeczywistości, na rzecz otwartego tekstu? Kto wie, może już czas, by zamikły muzy, a rozbrzmiał zew: Ad arma! Ruszajcie ku Górze Megiddo! … ?

Autor „Końca świata” konsekwentnie w swoich poczynaniach scenicznych przemawia językiem teatru ze wszech miar nowoczesnym. Grubo wszakże pomyliłby się ten, kto by chciał doszukiwać się w tym jakiejś awangardy. Nie, nie, awangarda to domena beztalenci z ciałami nakłutymi metalem, których artystyczne itinerarium wyznacza nieustanne parcie do przodu – beznadziejna ucieczka przed wewnętrzną pustką, tymczasem Tomasz A. Żak jest artystą stricte klasycznym, który w pełni świadomie i z wielką swobodą sięga ku środkom wypracowanym przez długie stulecia scenicznej ekspresji rodzaju ludzkiego. To dlatego „Koniec świata” tchnie Teatrem – tak jest przez wielkie T – wyraźnie grają w nim echa antycznej tragedii, Szekspirowego Globu, a nade wszystko polskiej tradycji romantycznej (tylko się zastanawiać, czy więcej tu ducha „Nie-Boskiej komedii” czy „Wesela”).

„Koniec świata” to dzieło głęboko przemyślane, duchowo przeżyte (zapewne również przemodlone?), intelektualnie przeżute i artystycznie przenicowane. Mroczne i surowe jak ascetyczna scenografia, w której zamyka się jedność a zarazem rozpiętość czasu, miejsca i akcji. Czyżby teatr „postapo”? Owszem, przemawia za tym wiele atrybutów, jednak chyba bardziej „apo” – przywołana w sztuce apokalipsa wszak wciąż trwa, a niektóre jej aspekty dopiero przed nami…

Jerzy Wolak - pch24.pl

fot. M. Austyn