Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Wolne miasta i Jarosław Kaczyński

Nie będę ukrywał - pisze na łamach Polonia Christiana Tomasz A. Żak - znany reżyser i publicysta, że inspiracją dla mojego tekstu jest artykuł Edwina Bendyka, opublikowany w jednym z czerwcowych numerów tygodnika „Polityka”, zatytułowany „Wolne miasta". Tak, wiem bardzo dobrze, że lewicowe media produkują codziennie multum temu podobnych toksycznych propagitek i brakłoby dni, tygodni i miesięcy, aby każdą z nich komentować, ukazując ich hipokryzję, głupotę i nienawiść do kraju, w którym to ma miejsce. Ale czasami czytać hadko i zdzierżyć trudno, a więc napisałem com napisał.   

Ostatni lans, jaki zafundowali sobie prezydenci niektórych dużych miast naszego kraju w kontekście przyjmowania tzw. uchodźców, zadziwia dezynwolturą i lekceważeniem polskiej racji stanu, dla której etniczno-religijna multikulturacja jest śmiertelnym zagrożeniem. A to właśnie poprzez swą deklarację zaprezentowali kadencyjni przecież samorządowcy i zrobili to wbrew jednoznacznie negatywnej opinii swych rodaków. Prezydenci Białegostoku, Bydgoszczy, Krakowa, Gdańska, Wrocławia, Warszawy, Lublina, Rzeszowa, Łodzi, Szczecina i Poznania chcą u siebie osiedlać ludzi z Afryki i Bliskiego Wschodu, ale nie w swoich domach i mieszkaniach. Ich postepowanie tym bardziej zadziwia, że wielu z nich uwikłanych jest w histeryczną polityczną opozycyjność, a niektórzy dodatkowo unurzani w afery odsyłające nas do kodeksu karnego.

Wcale nie mniejszą szkodę czyni Polsce „nominowanie” przez lewackie środowiska niektórych miast i gmin Rzeczypospolitej do kategorii „twierdz wolności sztuki”, co jest sednem przywołanego na wstępie artykułu. Otóż lewactwo chce zakładać bazy swej kulturowej brzydoty w polskich miastach i gminach. To nominowanie jest po pierwsze żałośnie głupie, a po drugie, nie jest prawdą przywołanie wskazywanych w artykule miast, jako miejsc, w których sztuka jest naprawdę wolna. I jakoś tak zupełnie mnie nie zaskakuje, że te dwie kwalifikacje – chęć przyjmowania „uchodźców” i pretendowanie do bycia „oazą wolności”, w większości przypadków się ze sobą pokrywają.

Kiedy państwo, zamiast promować w interesie obywateli i poprzez swoje instytucje kultury dobro, piękno i prawdę, a tym samym czynić sztukę wolną od dewiacji i antypolonizmu, pozwoliło, a wręcz finansowało te właśnie obrazoburcze i antynarodowe tendencje w galeriach i teatrach, to w efekcie w III RP rak wynaturzeń się rozwinął i mamy to, co mamy. Dzisiaj, po bardzo długim okresie wegetacji w przeróżnych katakumbach, oczy polskich artystów i ludzi kultury z nadzieją kierują się w stronę rządu i jego kluczowych w tym kontekście dla przyszłości Polski ministerstw – Edukacji Narodowej, Nauki i Szkolnictwa Wyższego, Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz… Finansów. W tym samym czasie lewacka artystyczna kamaryla próbuje się okopać w samorządach, o czym właśnie bardzo otwarcie pisze pan Bendyk w „Polityce”. Nic dziwnego, że tam, bo samorządy w większości wciąż jeszcze są w rękach tych towarzystw, które Polskę traktowały, jako ten sienkiewiczowski „postaw czerwonego sukna”, darty ile wlezie. A kiedy nie darli, to indoktrynowali nowocześnie, unijnie i na potęgę, no i w duchu cywilizacji śmierci.

Dzisiaj, wietrząc porażkę swego planu odpolaczenia Polaków, instruują i cynicznie podpuszczają władze miast i gmin, krzycząc, że te muszą zdać sobie sprawę, że to na nich dziś spoczywa odpowiedzialność za kulturę w Polsce. Oczywiście, chodzi o ich kulturą, a w zasadzie antykulturę, co doskonale definiuje się w działalności autora cytowanego powyżej zdania-krzyku, Pawła Łysaka, dyrektora warszawskiego Teatru Powszechnego, gdzie wystawiono bolszewicką w swych przesłaniach „Klątwę”, a wcześniej dyrektora teatru w Bydgoszczy, gdzie zrealizowano równie paskudną i bluźnierczą „Naszą przemoc i waszą przemoc”.

To, że tego typu pseudosztuka, te komunistyczne sceniczne ulepki reżysera Frljića, mają dzisiaj jednoznaczny znak antyjakości, zawdzięczamy mobilizacji społecznej ludzi wierzących, narodowców i państwowców. Obok wicepremiera Glińskiego, na wysokości zadania stanęły w tym przypadku też służby państwowe, np. prokuratura, ale też polskie media. Żal, że działania te wciąż mają wymiar sporadyczny i akcyjny, co pozwala współczesnym polskojęzycznym czekistom kultury ukrywać się właśnie w tych przywoływanych gminach i miastach i wysysać ich budżety, a dzieje się to przy nieświadomości podatników tych samorządów; nieświadomości, co do natury i konsekwencji działalności takich „artystów”.

Niejako równolegle, w tych lewackich samorządowych „dziuplach” w najlepsze trwa cenzura i administracyjne dławienie wolności słowa. Nie ma tam miejsca na twórczość odwołującą się do patriotyzmu czy do wiary w Boga. Wszelka działalność artystyczna odbiegająca od lewackiego mainstreamu może mieć tam tylko charakter undergroundowy. I to, mój Boże, wciąż się dzieje w wolnej Ojczyźnie! Doświadczam tego osobiście i dowodnie choćby w rodzimym dla mojego Teatru Nie Teraz mieście Tarnowie. A nie jest to jedyny taki zespół i jedyne takie miasto w Polsce. A kiedy już gdzieś jest szansa na jakąś zmianę, to wówczas rozpętuje się histeria wspierana skrajnie lewicowymi bojówkami, tak, jak to miało miejsce w Teatrze Polskim we Wrocławiu. 

Problemem kultury nie jest jednak taka czy inna decyzja wyborców, dająca władzę prezydentowi takiej czy innej proweniencji politycznej. Problemem prawdziwym jest lewackie zideologizowanie wielu spośród tych ludzi, którzy są przekonani, że dysponując demokratycznym mandatem, mogą wspierać tylko to, co im się osobiście podoba i to bez względu na to, czy służy to Polsce, czy nie. I – w sumie – kierując się niechęcią (żeby nie napisać – nienawiścią) do obecnie rządzącego PIS-u, wspierają publicznym groszem tylko tych, którzy myślą i działają podobnie do nich. W związku z czym inni nie mają prawa gościć w podległych im publicznych instytucjach.

Tak więc, chciał czy nie chciał, mamy „spór o wolność kultury”, jak bardzo celnie nazwał to prezes PiS, Jarosław Kaczyński, 1 lipca na konwencji Zjednoczonej Prawicy. I wyartykułował to, czego wciąż nie mogą zrozumieć ci, którzy chcą za pieniądze polskiego podatnika realizować tutaj obcą, często wrogą Polsce i jej tradycjom politykę kulturalną. Do niedawno robili tak korzystając z całkowitego wsparcia rządowego, a teraz chcą to kontynuować za pieniądze samorządów. Premier Kaczyński: Trzeba odróżnić sferę wolności, która jest pełna, od sfery mecenatu państwowego. W tej sferze my chcemy zabiegać o wspólnotę, o jej konsolidację, bo to jest nasz cel. Wyłowiłem w wypowiedzi pana Jarosława jeszcze jedno niezwykłe zdanie, które niejako pieczętować mogłoby wszelką aktywność polskich instytucji na rzecz kultury: Piękno jest częścią wspólnoty… No właśnie.

Tomasz A. Żak //www.pch24.pl/  - zdjęcia z archiwum redakcji