Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Nie oddadzą nam kultury… po dobroci

Kończy się kolejny sezon artystyczny w polskiej kulturze, a więc i w polskim teatrze. Niestety, nie widać tutaj końca instytucjonalnej dominacji marksistów kulturowych. Dodajmy, że nie tylko instytucjonalnej, ale – co gorsza – ideologicznej. I to wszystko dzieje się już prawie dwa lata po z taką nadzieją wyczekiwanej zmianie w małym i dużym pałacu. Od bardzo dawna zadziwia mnie - dywaguje na łamach portalu Polonia Christiana Tomasz A. Żak, twórca i dyrektor TNT, wzięty reżyser i publicysta - indolencja prawicowych rządzących (od poziomu gminnego samorządu po szczyty władzy). Indolencja dotyczy zrozumienia zdawać by się mogło oczywistego faktu, że zawłaszczenie instytucji kultury polskiej przez postkomunistów i tzw. liberałów jest nie mniej groźne dla Ojczyzny, niż nomenklaturowe spółki skarbu państwa, sądowe lub policyjne mafie ze stalinowskimi czy zomowskimi korzeniami czy zaraza poprawności politycznej. A brak zrozumienia, to brak działań naprawczych.

Tymczasem mamy do czynienia z sytuacją porównywalną do zżerającej zdrowy organizm gangreny. Bo jak inaczej nazwać coraz agresywniejszą „artystyczną” promocję antypolonizmu i salonowy lans na zwierzęcy antyklerykalizm? Jeszcze 25 lat temu można to było wyleczyć. Dzisiaj trzeba by już działań radykalnych, włącznie z amputacją chorych części ciała.

Zaraza objęła nie tylko organa centralne (czytaj: Warszawę, Poznań, Wrocław itd.), ale także odległe od metropolii ośrodki i ośrodeczki (np. Legnicę, Słupsk, Tarnów itd.) Przedstawiciele tych chorych organów, w obawie przed możliwymi działaniami leczniczymi, które ostatnio Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zaaplikowało Teatrowi Staremu w Krakowie (dodajmy, że w bardzo skromnej dawce), łączą się w towarzyską gildię „reżyserów i reżyserek”, niczym kiedyś „proletariusze” w komitety. I po orwellowsku próbują ludziom „robić wodę z mózgu”. Więc według tego reżyserskiego salonu, program nowej dyrekcji Starego jest zagrożeniem dla przyszłości teatru artystycznego w Polsce, a – co z tego „tfurczo” wnioskują - konkursy na stanowiska dyrektorskie w teatrach są częścią szerszej strategii Władz skierowanej na wyciszenie nurtu krytycznego, bez którego sztuka i społeczeństwo nie mogą się rozwijać. Ha! Kiedy oni latami w ustawianych konkursach maszerowali na instytucje, wszystko było w porządku. Kiedy mianowano ich pozakonkursowo lub „prawem kaduka” przedłużano dyrektorskie umowy, to i sztuka i społeczeństwo rozwijały się niczym rozmaryn. Kiedy przez dziesięciolecia na publicznych scenach nie było miejsca dla pomordowanych żołnierzy wyklętych, dla opluwanych antysemityzmem Polaków ratujących Żydów podczas holokaustu, dla dekonstruowanej cynicznie wielkiej polskiej tradycji romantycznej, czy po prostu dla wykluczanych z dyskursu publicznego wierzących w Boga, to wówczas „nurt krytyczny” był niewątpliwie w rozkwicie. Hipokryzja to najmniejsza spośród dyskwalifikujących to towarzycho przywar.

M. Hycnar i R. Balawajder: nowa-stara dyrekcja teatru im. L. Solskiego w Tarnowie

Niedawno napisałem o tym, że akcyjnie nagłaśniane bezecne i bluźniercze przedstawienia, to zaledwie czubek wierzchołka góry lodowej. Pomiędzy tegoroczną warszawską „Klątwą”, a „Golgotą Picnic” sprzed kilku lat, jak Polska długa i szeroka wyprodukowano świadomie i w porozumieniu dziesiątki „dzieł” podobnych i jeszcze gorszych. I nie tylko osławiony miłośnik komunizmu Frljić pluje nam w twarz. Tutejsi zaprzańcy chętnie płacą również innym „inastrannym” najemnikom za podobne usługi. Ot, właśnie na tegorocznej Malcie (tej osławiony festiwal w Poznaniu) tzw. kuratorem został inny bałkański lewak, niejaki Injac, który tak oto definiuje kraj, do którego go zaproszono: W tym momencie w Polsce poważnie są zagrożone wolność wypowiedzi i wolność sztuki. Pomijając wstyd i zły wizerunek, który Polska pod rządem PIS-u i tak już ma. Będą potrzebne lata, żeby to naprawić.

Taka jest właśnie nienawistna narracja okupującej nasze teatry ultralewicy. Pokonkursowe zmiany na stanowiskach dyrektorskich w ledwie kilku teatrach instytucjonalnych na ponad sto istniejących już wywołują jej histerię. To jest czarna seria i może mieć bardzo daleko idące konsekwencje dla struktury życia artystycznego w Polsce – popiskuje Weronika Szczawińska, przedstawiana jako reżyserka i dramaturżka (sic!). Tą panią pewnie niewiele osób kojarzy, ale guru lewackiego teatru, czyli Krystiana Lupę, to już większość. Oto jego postrzeganie Polski: Po marszach 11 listopada flaga biało-czerwona stała się dla mnie straszna. Niczym nie różni się od flagi ze swastyką. To nie było tak, że na te pochody każdy wziął coś biało-czerwonego, co tam akurat miał. To wyglądało na celową produkcję flag, by uzyskać tę demoniczną jednakowość, widoczna była intencja, żeby uzyskać efekt, który uzyskiwał Hitler na swoich manifestacjach. To ekstremalne ruchy zawłaszczyły biało-czerwoną flagę, to nie jest już moja flaga. Biało-czerwona agresja, biało-czerwona tępa buta, biało-czerwona bezmyślność…

Moglibyśmy wspólnie długo kontynuować to cytowanie i przywoływać kolejne celebryckie nazwiska i persony (nawiasem pisząc, aż roi się w tym gronie od tzw. resortowych dzieci). Tylko po co? Doktoryzowanie się z wiedzy o hańbie domowej ludzi sztuki prowadzi donikąd. Mamy już naprawdę wystarczającą ilość informacji, aby bez żadnych wątpliwości zdefiniować obecny stan polskiej kultury. Mamy również dostateczną ilość wiedzy o mechanizmach społecznych i funkcjonowaniu instytucji w takim państwie jak nasze, aby móc to zmienić. A zmiana jest konieczna, jeżeli Polska chce być krajem suwerennym, a takowym nie będzie, gdy głównym nurtem kultury jest wciąż „odpolaczanie”, a podstawową metodą tegoż była i jest „pedagogika wstydu”.   

Skowyt zdegenerowanych elit, taki jak we Wrocławiu, Bydgoszczy, Toruniu itd., a teraz w Krakowie oraz jego rozwinięcia w postaci swoistych „strajków włoskich”, bolszewickiej kampanii nienawiści w przekaziorach mainstreamu, czy wręcz pisania donosów na własne państwo do Brukseli, pokazują dowodnie, że zła istniejącego w kulturze nie wyleczymy ekumenicznym perfumowaniem i czekaniem „aż oni zrozumieją”. Nie zrozumieją, a na czekanie nie mamy czasu. Wybory, jak to w demokracji, to w większości nie jest efekt wiedzy i miłości Ojczyzny głosującego elektoratu, ale emocje. Jeżeli teraz, kiedy to jest możliwe, nie stworzy się kulturowej arki, która przetrwa niejeden potop, to – ekskjuze mua – mamy przechlapane.

Całkiem świadomie mówię o arce, a w zasadzie o całej flocie takich szalup ratunkowych, jakimi na przykład w czasach zaborów były polskie dwory. Czytelnik może się zdziwi, że piszący te słowa, miast planu na odwojowanie polskiej kultury, a w szczególności polskich scen z rąk nowoczesnych barbarzyńców, sugeruje jakąś opcję na przetrwanie. Wyjaśniam: odzyskiwać instytucje kultury należy, jeżeli tylko zdarzy się taka możliwość, ale wypada zamiary mierzyć siłami i strategię dopasować do realiów. A tutaj, wbrew temu, co głosi taka czy inna gildia okupujących instytucje oszołomów, nikt do teatrów nie wprowadzi komisarzy wojskowych, ani nikt nie będzie np. internował dyrektorów sodomitów. Bo Polacy, to nie oni i nie zamykają w psychuszkach tych inaczej myślących. Tutaj potrzeba innych działań. Jednocześnie, musimy zdawać sobie sprawę, że drużyna, która mogłoby startować i wygrywać w ew. konkursach lub dawać gwarancję dobrej roboty dla Polski po mianowaniu – ta drużyna wcale nie jest liczna. I nie dziwmy się temu – to naturalny efekt wielopokoleniowej lewackiej indoktrynacji i konsekwentnej selekcji, szczególnie w szkołach artystycznych.     

Instytucje są potrzebne, ale ważniejsi są ludzie. Przestańmy myśleć jak w komunizmie, czyli etatystycznie i nakazowo. To nie urzędy są kreatorami kultury, ale ludzie właśnie. To wokół nich należy budować, a nie „wrzucać” – nawet tych najlepszych - do jakiegoś diabelskiego kotła (jak np. Cezarego Morawskiego) i liczyć, że może im się uda. Może się uda…

Po pierwsze – nie dokarmia się zwierza, który chce cię zjeść. Należy – i to z uśmiechem na ustach - zmienić system finansowania kultury tak, aby pieniądze poszyły tam, gdzie chcemy, by tworzyły narodową wartość dodaną. Pusta micha to dość konkretny argument, szczególnie dla materialistów i ateistów.  Po drugie – te szalupy, czyli nowe instytucje/placówki kultury powinny być tworzone od zera i wokół ludzi, którzy pokazali, że umieją to i tamto zrobić i to co najmniej tak dobrze, jak ci z lewicy, a w odróżnieniu od tamtych Ojczyznę po prostu kochają. To drugie wcale nie musi być takie trudne, choć oczywiście wymaga podróży poza Warszawę i inne duże miasta, bo więcej tej potrzebnej nam Polski jest właśnie poza naszymi metropoliami, czego dowodem są choćby wyniki wyborów. Jest i po trzecie – o tej dobrej zmianie w kulturze trzeba mówić dzień i noc, gdzie tylko jest to możliwe i dopóki taką możliwością dysponujemy (niestety, urąga temu np. oferta TVP Kultura). A ponadto fakty są takie, że Polska w tej chwili nie ma ani jednego – ech! użyjmy tego słowa – prawicowego branżowego periodyku zajmującego się kulturą i ani jednego prawicowego portalu internetowego dotyczącego teatru. Ale idźmy dalej - taka dobra zmiana musi mieć też swoje przełożenie na system oświatowy, na kontakt z pokoleniami wstępującymi w życie dorosłe. Taką zmianę na lepsze trzeba jak najpilniej wypromować, także poprzez eksport polskiej kultury zagranicę (podkreślam: polskiej kultury!).

Odbiorcy takiej właśnie oferty istnieją, na nią czekają – od Zgorzelca po Białystok, od Szczecina po Przemyśl. I są ich miliony. Skąd to wiem? Bo jeżdżę dużo po kraju, bo udowadnia nam to znów ta paskudna demokracja, czyli wyniki wyborów. To także logiczna konstatacja po wystąpieniach młodych ludzi na Wiejskiej w ramach tegorocznego Sejmu Dzieci i Młodzieży. Może w końcu i w kulturze ktoś o te miliony naprawdę zadba i w nie zainwestuje. Nie jesteśmy monarchią, niestety, i oni znów pójdą do urn. I z czym tam pójdą? Z jaką emocją? I co wtedy będzie z Polską?

Tomasz A. Żak www.pch24.pl , rysunek - Tamasz Habiniak