Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

PO SĄSIEDZKU

czyli
„SZKLANA MENAŻERIA” W RZESZOWIE

Okazuje się, że Tennessee Williams zawsze zachwyca - donosi zza miedzy Kataryna Cetera. Że sztuki – poniekąd już klasyczne – napisane ponad 70 lat temu przez dość ekscentrycznego jak na przedstawiciela swojej epoki, a jednak docenionego i spełnionego, homoseksualnego dramaturga pochodzącego Columbus w stanie Missisipi (tuż przy granicy z Alabamą) nadal mówią do widza. Również do widza młodego, mało wytrawnego i słabo obytego w aktualnych, obowiązujących ponad sto lat po urodzinach Thomasa Laniera Williamsa III – bo takie personalia widniały w dokumentach autora SZKLANEJ MENAŻERII – trendach. Również w Tarnowie sztuka ta ma dobre konotacje... .   

Niedawno recenzowałam dla Państwa TRAMWAJ ZWANY POŻĄDANIEM w reżyserii Bogusława Lindy w Teatrze Ateneum – z brawurowym udziałem Julii Kijowskiej. Dziś opowiem o sobotniej premierze Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, który – w zasadzie na zakończenie sezonu – zaproponował swojej publiczności SZKLANĄ MENAŻERIĘ w reżyserii dyrektora sceny Jana Nowary.

Sztukę tę w Tarnowie grano kilkakrotnie, ale dość dawno. Przypominam sobie realizację z lat 80. – tę wyreżyserowaną przez Piotra Paradowskiego – z udziałem Marii Wójcikowskiej, Krzysztofa Stosura (aktualnie proboszcza jednej z najbardziej znanych parafii w Warszawie, tej pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego i św. s.Faustyny), Aliny Więckiewicz. W tym czasie do tarnowskiego teatru „chodziło się” na wszystkie spektakle, w których brał udział Paweł Korombel (w tarnowskiej Szklanej menażerii grał Gościa, Jima). Kilka lat później w realizacji wyreżyserowanej przez Marka Pasiecznego Gościa zagrał zmarły niedawno Robert Kuźniar, a obok niego na scenie Tarnowskiego Teatru im. Ludwika Solskiego wystąpili: Janina Mrazek–Koczyńska, Grzegorz Janiszewski i Elwira Romańczuk.

Szklana menażeria w Zielonej Górze

SZKLANA MENAŻERIA grana jest w Polsce od 1947 roku – więc niemal od samego początku. Dramat powstał bowiem w roku 1944, a już rok później został wystawiony na Broadwayu – i natychmiast został uznany za najlepszą sztukę sezonu. Doczekał się także trzech ekranizacji – pierwsza z nich powstała już w 1950 roku. Scenariusz napisał Tennessee Williams wespół z Peterem Berneisem, a reżyserował Irving Rapper – ten sam, pod którego kierunkiem powstał film-musical BŁĘKITNA RAPSODIA. Tennessee Williams nie lubił tej inscenizacji, ponieważ zmieniono nieco zakończenie sztuki – wbrew jego życzeniu. I nie pomogło to, że do udziału w produkcji zaproszono Jane Wyman, Arthura Kennedy'ego, a także może nie tak młodego, ale dopiero rozpoczynającego karierę filmową Kirka Douglasa. Dwie późniejsze ekranizacje dramatu będą już mniej spektakularne – ta z roku 1973 cieszy się chyba największą popularnością, choćby ze względu na udział Katharine Hepburn i Michaela Moriarty’ego, których zaprosił Anthony Harvey – brytyjski montażysta i reżyser filmowy, nominowany pięć lat wcześniej do Oscara i Złotego Globu (za reżyserię filmu LEW W ZIMIE). Scenariusz do tej adaptacji napisał Stewart Stern – znany choćby jako autor BUNTOWNIKA BEZ POWODU z roku 1955. Ostatnia filmowa wersja SZKLANEJ MENAŻERII datuje się na rok 1987. Ten film wyreżyserował Paul Newman, ale mimo udziału Johna Malkovicha i Karen Allen nie cieszy się on chyba aż tak wielką popularnością.

W Rzeszowie pamięta się dwie adaptacje sceniczne sztuki: tę pierwszą, najstarszą, z 1966 roku w reżyserii Jerzego Tuszewskiego z udziałem Ireny Żuromskiej, Włodzimierza Mancewicza, Liliany Brzezińskiej i Zdzisława Sikory – także ze względu na muzykę Jerzego Abratowskiego. Druga, w której brała udział Maria Góral, Grzegorz Pawłowski, Mariola Łabno-Flaumenhaft i Przemysław Tejkowski, otwierała sezon 1999/2000 w Teatrze im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, a wyreżyserował ją Andrzej Rozhin. I ta jest jeszcze w świeżej pamięci rzeszowskich widzów – ale także twórców.

 

Jan Nowara nie dał się jednak przygnieść brzemieniem tradycji. Z charakterystycznym dla siebie poszukiwaniem „nowego” postawił na współczesne tłumaczenie Jacka Poniedziałka, wybrał nieoczekiwaną, niebanalną – towarzysząca mi młodzież orzekła nawet, że wybitną – scenografię Magdaleny Gajewskiej, a w roli Toma, na którym ciąży główna część opowieści, obsadził młodego aktora – debiutującego na rzeszowskiej scenie Mateusza Marczydło. Młody człowiek radzi sobie z dramatyczną materią z dużym powodzeniem i sporym zapasem energii. Nic dziwnego: w towarzystwie dwóch aniołów wspierających każdą niepewność i chroniących przed upadkami odnaleźć się można bez trudu. Anna Demczuk, obchodząca właśnie jubileusz 35-lecia pracy scenicznej, jest świetna zawsze: nie dziwi, że nie zawiodła i tym razem. Drugi anioł, wzruszająca Joanna Baran, która fakt braku porozumienia z partnerem scenicznym przekształca – niezauważalnie, choć na naszych oczach – w widoczne dla widza poczucie osamotnienia i cierpienia, któremu towarzyszy pogoda ducha. Michał Chołka – dyżurny „na wieki wieków amant” rzeszowskiej sceny – już się w tej roli dawno nie mieści. Choć jest przekonujący i wiarygodny (taki właśnie Jim powinien moim zdaniem być), mimo że wyraźnie uzewnętrznia wrażliwość i subtelność swojej postaci, przechodzi coś w rodzaju wewnętrznej przemiany – może właśnie dlatego coś mi w konstrukcji tej roli „nie gra”, coś nie brzmi. W adaptacjach, które widywałam wcześniej Jim był przedstawiony bardziej jako łajdak i bawidamek, który z litości nad nieszczęsną, kaleką dziewczyną nie zabrnął za daleko w ich relacjach. Tu mamy do czynienia z postacią na wskroś uczciwą, która nie daje nieśmiałej Laurze zbędnych nadziei rujnujących jej późniejsze życie, przeciwnie – Michał Chołka z całą mocą zbudował postać uczciwą, budującą, a nie destrukcyjną. Jego bohater pomaga Laurze odnaleźć wrażliwość, pewność siebie, sens życia i jego wartość w pasji kolekcjonowania szklanych figurek – kruchych jak ona sama.

 

Rezygnację z trącącego myszką przekładu Kazimierza Piotrowskiego oceniam jako zabieg ze wszech miar słuszny. Z zadowoleniem też przyjmuję zachowanie – i uwydatnienie – tak charakterystycznej dla dramaturgii Tennessee Williamsa dusznej, parnej atmosfery amerykańskiego Południa. To chyba wyznacznik twórczości artysty – deszcz, który przynosi chwilową ulgę, poprzedzony męczącą, ciężką atmosferą, także emocjonalną, a także upałem. Taki mamy klimat – zarówno w TRAMWAJU ZWANYM POŻĄDANIEM, jak i w KOTCE NA GORĄCYM BLASZANYM DACHU, jak i tu, w SZKLANEJ MENAŻERII. Sprowadzenie akcji dramatu na zaplecze Dużej Sceny Teatru im. Wandy Siemaszkowej też jest zabiegiem udanym. Nieprzypadkowo też w spektaklu pojawią się anachronizmy: ballady Nicka Cave’a, którego największa aktywność zawodowa przypada na lato 70. i 80 ubiegłego wieku, czy cytaty ze znanego poematu Allana Ginsberga SKOWYT (Howl) wydanego dopiero w roku 1956. Fizycznie pojawia się także sama książka. Takie zabiegi nie tyle uwspółcześniają, co uniwersalizują tematykę dramatu i podkreślają jego duszną atmosferę.

Dla mieszkańców Tarnowa powód do wizyty w teatrze im. Wandy Siemaszkowej – po sąsiedzku – zawsze się znajdzie. Zawsze też znajdzie się na widowni czcigodnego Sąsiada miejsce dla tarnowskiego widza. SZKLANA MENAŻERIA w reżyserii Jana Nowary niech będzie kolejnym – poza POGORZELISKIEM w reżyserii Cezarego Ibera – pretekstem do takiej wycieczki.

Katarzyna Cetera
Zdjęcia z rzeszowskiej premiery - Maciej Mikulski

Tennessee Williams:
SZKLANA MENAŻERIA
(THE GLASS MENAGERIE)

przekład: Jacek Poniedziałek
Reżyseria: Jan Nowara
Scenografia: Magdalena Gajewska
Opracowanie muzyczne: Paweł Nafus
Multimedia: Marcin Pawełczak
Plastyka ruchu scenicznego: Tomasz Dajewski
Inspicjent i sufler: Karolina Dańczyszyn

Obsada:
Amanda Wingfield – Anna Demczuk
Tom Wingfield – Mateusz Marczydło (gościnnie)
Laura Wingfield – Joanna Baran
Jim O'Connor – Michał Chołka

Premiera: 6 maja 2017 r.
Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie