Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Czy Kościół Katolicki jest jeszcze katolicki?

czyli po owocach ich poznacie...

Kiedy niedawno wręczaliśmy prezydentowi Tarnowa Romanowi Ciepieli petycję z podpisami ludzi sprzeciwiających się promocji ideologii LGBT w szkołach - pisze na swoim facebookowym profilu znany niegdyś tarnowski dziennikarz a obecnie wojujący społecznik Mirosław Poświatowski, prezydent bronił swojej decyzji, powołując się na nauczanie... papieża Franciszka. W jego oczach, w myśl tego nauczania, to nie ja byłem Katolikiem, tylko on. Kiedy niedawno oglądałem na youtube  dyskusję w studio, bodajże TVP, z udziałem posła Grzegorza Brauna z Konfederacji, przecierałem oczy ze zdumienia słysząc, jak broniącego Polaków przed segregacją sanitarną posła, atakował bardzo z siebie zadowolony poseł PiS, który co chwilę pokrzykiwał pytając, czy Braun kwestionuje nauczania papieża Franciszka, uważającego przecież szczepienie się na Covid eksperymentalnym preparatem, za moralny obowiązek prawdziwego katolika. Pamiętam też, że papież uznał za moralnie dopuszczalne przyjmowanie „szczepionek”, które powstały w oparciu o komórki z abortowanych ludzkich płodów. W ślad za tym, tę współczesną formę kanibalizmu, zaaprobowała Konferencja Episkopatu Polski. Chyba trudniej będzie teraz być wiarygodnym Kościołowi w opowiadaniu się za życiem nienarodzonym...

Niedawno argentyńska Caritas opublikowała modlitwę do Pachamamy, tłumacząc to chęcią podkreślenia „łączności z papieżem Franciszkiem”, ponieważ „niektóre religijne ceremonie mają święte znaczenie i są okazją do spotkania i braterstwa. Są to nowe drogi dla Kościoła i dla osiągania ekologii integralnej” (o której mówił papież Franciszek). Dalej znajdujemy odniesienia do papieskiej adhortacji apostolskiej Querida Amazonia. W modlitwie tej, cytowanej przez Pch.24., znajduje się utożsamienie pogańskiej bogini z Matką Bożą.

Pamiętam jak papież Franciszek uznał promowany przez komunistyczne władze Chin kościół „katolicki”, w którym to partia wyznacza biskupów, jednocześnie wykonując judaszowy pocałunek w stronę prześladowanego kościoła podziemnego, który mimo więzień, tortur i różnych szykan, trwał w wierności Watykanowi.

Na tarnowskim podwórku niedawno jeden z proboszczów nie wyraził zgody na zbieranie pod kościołem podpisów pod petycją sprzeciwiającą się promocji ideologii LGBT w szkołach (Bóg zapłać proboszczowi, który się zgodził).
Pamiętam też zdarzenie sprzed lat, w którym proboszcz jednej z parafii nie zgodził się na umieszczenie obok świątyni czasowej wystawy antyaborcyjnej Fundacji Pro.
Pamiętam kazanie, w którym przyjście Chrystusa porównano do przystąpienia Polski do Unii Europejskiej.
Pamiętam kapłana, dyrektora jednej z diecezjalnych instytucji, który zapytany, dlaczego nie nosi chociaż koloratki, odparł, że do szesnastej to on jest dyrektorem, a księdzem – „po godzinach”.
Pamiętam „nauczanie” prowadzone przez Żyda w tarnowskiej katedrze w ramach Dni Judaizmu w Kościele Katolickim.
Pamiętam poprzedniego biskupa, który w listach pasterskich straszył wiernych ekskomuniką za udział w mszach trydenckich odprawianych przez kapłanów Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X – no bo przecież śmią oni odprawiać taką mszę, jaką odprawiano przez stulecia i nauczać w duchu sprzed Soboru Watykańskiego II.
Oglądałem w Internecie msze święte, na którym księża i biskup tańczyli, wymachując sutannami, w rytm metalowej muzyki i migających dyskotekowych świateł.
Czytam o kapłanach i hierarchach w krajach niemieckojęzycznych, którzy błogosławią związkom homoseksualnym, domagają się kapłaństwa kobiet (a czemuż to Chrystus zamiast 12 apostołów nie zachował parytetu płci...) itd. itp.

Nie brak podobnych kapłanów – celebrytów i na naszym rodzimym podwórku.
Słuchałem Prymasa Polski, który w okresie mniemanej pandemii zachęcał wiernych, by nie przychodzili do kościoła, a pokarmy wielkanocne poświęcili sobie sami, w domach. Taka sytuacja – aby kapłani opuścili wiernych – nie zdarzyła się nawet w czasie prawdziwych pandemii, gdy umierała trzecia część mieszkańców Europy.

Regularnie patrzę na profanacje, w postaci komunii świętej na rękę. Tylko konsekrowane dłonie mogą dotykać Ciała Chrystusa. Widzę, że uklęknięcie do tej komunii, to dziś niemile widziana manifestacja. I wreszcie patrzę na trony, które pojawiły się w ostatnich czasach w świątyniach. Oto on, król, celebrans, niejako zajmuje miejsce Boga, przodem do wiernych siedząc na imponującym piedestale, tyłem do tabernakulum. Nie chciałbym, aby zabrzmiało to co piszę tak, jakbym belki we własnym oku nie dostrzegał. Ale jeżeli ja, jako osoba świecka, zwykły grzesznik, nie byłbym w stanie na takim tronie usiedzieć, czując co najmniej niestosowność i barbarzyństwo sytuacji – to o ile bardziej powinien odczuwać to wyświęcony kapłan?

Kiedyś myślałem, że w sporze, co ważniejsze: duch, czy litera - najważniejszy jest duch. Dziś rozumiem, że duch wyraża się w literze, że treść wyraża się w formie. Tak jak człowiek udając się np. do opery ubiera się inaczej niż na wycieczkę pieszą, tak sacrum musi być wyraźnie odznaczone od profanum. Najpełniej dzieje się to wielowiekowej trydenckiej mszy, gdy kapłan modli się razem z wiernymi twarzą zwróconą w kierunku „Najświętszego ze Świętych”. Tymczasem dziś Kościół w ramach „przybliżania” się do ludzi, bycia „bliżej z człowiekiem”, sam odziera się stopniowo z tego co święte, profanując sacrum, zamiast odwrotnie – prowadzić człowieka ku temu, co święte.

Duch wyraża się w formie. Jakiż to może być duch, w formie liturgicznych nadużyć, w formie świątyń – architektonicznych potworków modernizmu, w których niekiedy trzeba szukać tabernakulum i w których trudno skupić się na modlitwie; jaki to może być duch w formie deformowanego niekiedy nauczania, pod przewodem papieża, na którego powołują się i środowiska LGBT i spragnieni kapłaństwa kobiet i pragnący homoseksualnych małżeństw i nawiedzeni ekolodzy i poganie? Jakiż to może być duch w tej „formie”?

W tym kontekście, umiejscowienie kapłana w miejsce Boga, siedzącego na tronie, na wprost wiernych, w posoborowej mszy musiało w końcu nastąpić, jest naturalną konsekwencją tego soboru. Bo przecież w tym – nominalnie katolickim – Kościele, miejsce Boga zajął człowiek, człowiek ze swoimi pożądaniami i zachciankami. Kościół papieża Franciszka nie troszczy się o zbawienie dusz. Kościół papieża Franciszka troszczy się o zdrowie. O preparaty genowe nazywane szczepionkami. O ekologię. O Amazonię. O wszystko – tylko nie o zbawienie.

Jest to kościół w znacznej mierze sprotestantyzowany, nie tylko w kwestii liturgii. Już nie wolno modlić się „za wiarołomnych Żydów”. Żeby ich nie obrazić, w imię dialogu międzyreligijnego. W imię pogańskich misteriów w Asyżu, gdzie i Jan Paweł II modlił się o bliżej nie określony „pokój” razem z przedstawicielami innych religii i szamanami. Po co chodzić do takiego kościoła, który składa hołd dorobkowi protestantyzmu w rocznicę protestanckiej rewolucji? Składa hołd, szuka dialogu z tym, co poprzedni papieże uważali za herezję? W jaki sposób mamy „pojednać się”, „połączyć” z protestantami, dla których komunia święta – to tylko „pamiątka”, a dla nas Chrystus żywy, przeistoczony? Cóż to za fałszywy bożek ekumenizmu – skoro mamy się do siebie zbliżyć, to każdy musi z czegoś zrezygnować. Więc mamy zrezygnować z naszej wiary, z dogmatów, z Chrystusa? To już nie jesteśmy depozytariuszami jedynej prawdy? Po co chodzić do katolickiego kościoła, skoro wydźwięk nauczania tego kościoła, szczególnie pod przewodem papieża Franciszka jest taki, że właściwie to wszystko jedno, wszyscy wierzymy przecież w tego samego Boga, może być i Paciamama. Jest to ostatni krok w kierunku upadku naszej wiary.


Kiedy słyszę, że obraduje rząd, że obraduje parlament, wiem, że nikt nie może być pewien swojego mienia, zdrowia, życia, a tym bardziej portfela. Jednakże w obecnych czasach kiedy słyszę o jakimś kolejnym „synodzie”, o „drodze synodalnej”, to jakby czuł swąd piekła, bo za parę lat możemy już zupełnie nie poznać swojego kościoła.

Albowiem mamy dziś Kościół Katolicki, który dopuszcza każdą herezję, każdy błąd, który dopuszcza protestantów, współautorów obecnej mszy, który milczy, gdy jego kapłani błogosławią związkom homoseksualnym i popełniają nadużycia liturgiczne, który wpuścił na swoje łono różne ruchy „charyzmatyczne” wywodzące się prędzej z protestanckich sekt, niż z katolicyzmu i tylko czekać, jak papież Franciszek dopisze nam kolejne przykazanie do dekalogu, oczywiście w duchu ekologizmu, integralności, może nawet inkluzywności, inkulturacji i w duchu wielu innych przymiotników – tylko nie w duchu wiary. W tym kościele wszystko jest możliwe i wszystko jest dopuszczalne, lub za chwilę będzie.

Niedopuszczalne jest tylko jedno. Msza Trydencka. I przedsoborowe nauczanie. Msza taka, jaka obowiązywała przez stulecia. Msza Wszechczasów. Skodyfikowana jako pancerz chroniący przed herezjami i nadużyciami. Papieską decyzją ustanowiona do odprawiania po kres wieków. W stanie nienaruszalnym ani o przecinek. Okazało się, że prawie wszyscy poprzedni papieże mylili się. I wszyscy święci też.

Zatem ta msza, Tradycja, ten Chrystusowy depozyt wiary, uznany przez papieży, depozyt który zrodził tylu świętych, fundament katolicyzmu, nagle staje się, decyzją papieża Franciszka, czymś bez mała zakazanym, czymś co dzieli, zamiast łączyć, czymś co zawadza i przeszkadza dalej iść, w duchu Soboru Watykańskiego II, który – już od dawna to widać – przekreślił całą ciągłość katolickiego wyznania wiary, jej spójność i niezmienność. Jakże wiarygodna jest religia, które wszystkie pozostałe uznaje za „w zasadzie” równorzędne? Po co komu religia, która odcina się od własnych korzeni, od tego co w niej najlepsze, co ją ożywiało przez wieki wieków; która zaprzecza samej sobie?

Jeżeli to wielowiekowe dziedzictwo tradycji katolickiej, jej istota, jej najpełniejszy wyraz, jest czymś dla katolickiego Kościoła zawadzającym, niegodnym, niedopuszczalnym i zakazanym, to znaczy że nasz katolicki Kościół przestaje być katolickim. Przecież to logiczna konsekwencja.
Idą ciężkie czasy. Za sprawą papieża Franciszka, za sprawą następstw Soboru Watykańskiego II zobaczymy jeszcze niejedno takie hokus pokus, że nam w pięty pójdzie, a przecież prześladowania chrześcijan dopiero się rozkręcają. Być może dla Pana Bergolio, w roli papieża lepiej by było, gdyby się nie urodził. Ale to wie tylko Bóg. Być może Wszechmocny dopuszcza to, co się dzieje i co jeszcze nastąpi, byśmy mogli wreszcie dostrzec własne błędy i powrócić do Tradycji. Tym bardziej więc my, katolicy, powinniśmy usilnie modlić się zarówno za ojca świętego, jak i za naszych kapłanów. Wielu z nich to prawdziwi pasterze. Oby jak najwięcej z nich – i z nas, mogło poznać piękno Mszy Wszechczasów.

Mirosław Poświatowski

P.S.
Na zakończenie fragment jakże wymownego, metaforycznego opisu, tego co się obecnie z naszym kościołem (katolickim?) dzieje. To fragment wizji Anny Katarzyny Emmerich, urodzonej w 1774 r. niemieckiej mistyczki, stygmatyczki i wizjonerki katolickiej, beatyfikowanej w 2004 roku przez papieża Jana Pawła II...

„(...)Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem.
(...)

Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe.

Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245)

Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. 
(…)

Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (...)”

Mirosław Poświatowski