Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

To już pięć lat...

Jak odszedł na niebiańską Lednicę ojciec Jan Góra. Dominikanin, duszpasterz akademicki i doktor teologii. Biznesmen  i  menager, twórca i prezes duszpasterskiego holdingu: Hermanic, Lednicy, I Jamnej k/Tarnowa, gdzie często bywał i miał wielu przyjaciół. Idol młodzieży i gwiazda mediów. Owsiak w sutannie i Wioletta Villas polskiego kościoła. Ale także wrażliwy pisarz i poeta. To on jest autorem słynnej pieśni „Abba Ojcze”. Ale to przede wszystkim ksiądz, który co roku przeprowadzał tysiące młodych ludzi /średnio było ich ponad sto tysięcy/ przez Bramę Tysiąclecia w Lednicy. Jest chyba drugim po naszym Świętym Janie Pawle Wielkim człowiekiem w Polsce, zdolnym zgromadzić i skutecznie ewangelizować takie tłumy młodzieży. W poniedziałek, 21 grudnia 2015 roku w swoim poznańskim klasztorze, zapewniał uczestników Mszy św., że Pan jest blisko, że widzi Jego kształty. Zasłabł przy ołtarzu, zmarł niecałą godzinę później. 

Są cztery osoby, które potrafią stworzyć coś z niczego - Trójca Święta i o. Jan Góra. Taki żart krążył o znanym dominikańskim duszpasterzu, człowieku - instytucji, twórcy takich inicjatyw jak Lednica, kompleksu rekolekcyjnego na Jamnej, współorganizatora Światowych Dni Młodzieży.

Urodził się 8 lutego 1948 r. w Prudniku koło Opola. Mieszkańcy miasteczka składali się z dwóch grup – zasiedziałej ludności śląskiej oraz przybyszy zza wschodniej granicy przedwojennej Rzeczpospolitej. Jego rodzice byli tu przybyszami, ale nie zostali wykorzenieni z wiary i zasad na całe życie, które przekazali dzieciom. Ważną postacią, kształtującą przyszłego twórcy Ruchu Lednickiego, miał jego stryj, ks. Jan Góra, proboszcz w Paleśnicy w diecezji tarnowskiej. Bratanek spędzał wakacje na probostwie u stryja, co wpłynęło na decyzję dalszej drogi życiowej. Po latach wspominał swoje szczęśliwe dzieciństwo i tęsknotę, która go nie odstępowała, gdy opuścił rodzinny dom, gdy pod wpływem dominikanów, którzy prowadzili miejscową parafię, wstąpił do Zakonu św. Dominika. Rodzinne miasteczko na zawsze zostało w jego sercu, poświęcił mu książkę “Ukłoń się, Jasiu, Prudnikowi”, w której z wdzięczną miłością opisuje świat dzieciństwa.

Zaraz po zdaniu matury, w wieku osiemnastu lat, wstąpił do Zakonu Dominikanów. W Zakonie chłopak z małego miasteczka czuł się początkowo nieswojo, imponowali mu współbracia po studiach lub wybitni ojcowie – chluba wspólnoty. Święcenia kapłańskie przyjął w 1974 r., studiował na ATK w Warszawie, w 1981 r. obronił doktorat z teologii.

W czasie formacji zakonnej pokochał Kraków i był rozczarowany, gdy przełożeni zdecydowali, że będzie pracował w Poznaniu. Podobno wybitny pisarz i poeta, z którym się przyjaźnił, Roman Brandstaetter, pocieszał go mówiąc, że w Krakowie jest tyle znakomitości, że nikt by ich nie zauważył, natomiast ich szanse wzrastają w stolicy Wielkopolski. Właśnie tutaj odkrył swój charyzmat i realizował pasje, choć jak przyznał, początkowo nie miał ochoty podejmować działkę, wyznaczoną przez przełożonych – miał być duszpasterzem młodzieży szkół średnich.

Klasztor poznański szczycił się duszpasterstwem młodzieżowym na najwyższym poziomie, młody zakonnik miał znakomite wzorce. Nie od razu znalazł właściwy ton. Na początku próbował zakumplować się z młodzieżą, ale szybko zorientował się, że to fałszywe rozwiązanie. Jedna z dziewczyn zwróciła mu uwagę, że nie potrzebuje kumpli, a ojca. Mówił do młodych otwartym tekstem, nie owijał w bawełnę, używał kolokwializmów, ale zachowywał dystans. Prowadził, pomagał w kształtowaniu człowieczeństwa. Przetrąconym, skonfliktowanym z rodzicami, zbuntowanym, uzależnionym, chorym. Poświęcał im czas, rozmawiał do późna w nocy. Stawiał wymagania, nie pobłażał, rozdzielał konkretne prace i zadania. Odkrył, jak wielki jest deficyt ojcostwa, jak bardzo młodzi spragnieni są miłości, akceptacji, wskazówek, żeby pięknie i mądrze żyć. Oni zaś czuli, że nie “ściemnia”, bo żyje tym, co mówi.

Od 1987 r. zaczęły się kolokwia w klasztorze w Hermanicach, kolejnym miejscem i szczególnym “gniazdem” stała się Jamna koło Paleśnicy w diecezji tarnowskiej, gdzie zaadoptował starą szkołę. Był tym duszpasterzem, który “pociągnął” organizację VI Światowych Dni Młodzieży w Częstochowie w 1991 r.
Miał wielki dar przekonywania ludzi do składania ofiar na realizowane przez niego projekty, nazywany przez młodzież “sępieniem”. Potrafił dotrzeć do najbogatszych Polaków, m.in. do Jana Kulczyka. Bramę Trzeciego Tysiąclecia sfinansowała w dużej mierze producentka bielizny damskiej, lista ofiarodawców jest bardzo długa, gdyż o. Jan potrafił przekonać darczyńców, że złożenie go to jedna z najlepszych rzeczy, jaka im się w życiu przytrafiła. − Czekam na was, spiżarnie mamy pełne, o suchym pysku nie wyjedziecie. Mamy też pełno książek, które będę podczas wakacji rozdawał za darmo – zachęcał młodych.

Zapytany o konkrety po śmierci Jana Kulczyka, potwierdzając, że hojnie wspierał dzieło ewangelizacji, stwierdził jedynie: „Wszystko wie Pan Bóg. Ja o sumach nie mówię”.

Nawet Jan Paweł II, którego o. Jan kochał i miał z nim “niesamowitą, osobistą relację” wiedział, że z pustymi rękoma nie należy go odprawiać. „Gdy spotykał się ze mną, mówił po krakowsku do ks. Stanisława Dziwisza „dej mu tam co”. W ten sposób dostałem buty, piuskę, a nawet szkaplerz papieża” – wspominał. Zdobył też odcisk dłoni - odlew dziś Świętego Jana Pawła II.

Sławne też  w całej Polsce były oryginalne Odpusty Jamieńskie organizowane przez niego w Ośrodku Duszpasterstwa Akademickiego na Jamnej,  w Święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny przypadające 15 sierpnia. Fenomen Respublica Dominicana  ukrytej w kompleksie leśnym góry Jamna koło Zakliczyna od lat budzi także zainteresowanie mediów. Oto wywiad, jaki przeprowadziłem z ojcem Janem jakiś czas temu… .

Kim tak naprawdę jest ojciec Jan Góra?
Jestem przynętą Pana Boga dla ludzi w drodze, poszukujących własnej tożsamości, sensu istnienia i nadziei. Różne są drogi dochodzenia do Boga. Trzeba się tylko uważnie rozglądać. Istnienia Boga się nie udowadnia – On jest między nami. I to jest moja misja, moje powołanie – zbliżać ludzi do Pana Boga. Szczególnie ludzi młodych. Odkąd w Polsce rozpanoszyły się sekty,  stało się dla Kościoła jasne, że coś trzeba w tej materii przedsięwziąć. Trzeba przeciwdziałać uwodzicielskim metodom sekt, które samotnym, młodym ludziom oferują najpierw ciepło, dom, miejsce na ziemi, a potem spokojnie i bez skrupułów piorą im mózgi. Dlatego robię to co robię. Dlatego m. in.  zostałem księdzem.

Być przynentą  Pana Boga, to znaczy...
Przedtem czekałem na natchnienie, marnując czas, a teraz wiem, że nie można czekać, że trzeba brać się do roboty, pracy „u podstaw”, a potem w chwilach prawdziwego natchnienia korygować swoją pracę. Dzięki formacji zakonnej wiem, czego chcę i to jest moim atutem. To jest motywacja i uzasadnienie tego wszystkiego, co chcę w życiu robić. To mój charyzmat – służyć Bogu i ludziom. W swojej wizji bycia przynętą Pana Boga nie czepiam się szczegółów i staram się nie robić problemów z rzeczy małych. Uważam tylko, że jak człowiek budzi się rano, to powinien chociaż się przeżegnać, pomodlić chwilę, tak po prostu, żeby odróżnić głowę od tyłka. Ogromnie się cieszę, że coraz więcej jest młodych ludzi, którym to nie wystarcza, którzy uważają, że trzeba więcej i wyżej, że miłości nie można uprawiać bez głowy.

Jak Ojcu udaje się co roku zebrać naprawdę gigantyczne pieniądze na organizację   spotkań lednickich?
To prawdziwy cud rozmnożenia. Z całą odpowiedzialnością twierdzę, iż dzieje się tak za przyczyną osobistego błogosławieństwa Papieża dla tego dzieła /podobnie jest z ośrodkiem na Jamnej/, które to błogosławieństwo zamienia się w żywą gotówkę. To także rezultat opieki Matki Bożej Niezawodnej Nadziei z cudownego obrazu znajdującego się na Jamnej.  To nieprawdopodobne, jak wielu ludzi mi pomaga, płaci moje rachunki. Jedynym moim atutem jest to, że ja tych pieniędzy nie chcę dla siebie. Zwracając się do ludzi dobrej woli o wsparcie, robię to dla nich, a nie dla siebie.  Gorzej, robię im łaskę, że od nich biorę. I są mi za to jeszcze wdzięczni. I nie jest to z mojej strony sprytny zabieg socjotechniczny. Ja sam nie potrzebuję nic. Prosząc o coś, proszę de facto o to, aby dający pomógł przede wszystkim sobie, poprzez dobry uczynek czy inne dzieło miłosierdzia. Proponuję mu w zamian  wspólną modlitwę, dar rozmowy np. o miłości,  przyjaźni, o tym co wspólnie możemy dokonać,   

     

Ale to także z przeproszeniem rodzaj „żebractwa”.
Oczywiście. Właśnie te dwa dzieła: Lednica i Jamna, wyzwoliły we mnie, a raczej nadały nowy sens jednemu z charyzmatów dominikanów – żebractwu. Stosunkowo szybko zorientowałem się, że nowoczesne duszpasterstwo i sposób posługiwania ludziom, w dużym stopniu zależny jest od ekonomii. W mojej metodzie duszpasterstwa, żebractwo to forma szybkiej rozmowy z inteligentnymi ludźmi. To rodzaj porozumienia, umowy. Oni załatwiają za mnie sprawy materialne – ja za nich duchowe. Każdorazowo namawiam moich sponsorów – uzależnijcie się od Boga, od prawdy, to jedyny zdrowy nałóg. Kiedyś zapytałem Ojca Świętego: „Jak dzisiaj głosić Chrystusa?” A Papież mi odpowiedział: „Żyj tak, aby ludzie pytali cię o Boga”.  I  robię wszystko, aby ludzi zaciekawiać „pompką”, która mnie napędza.

Jak to wygląda w praktyce?
Między innymi, regularnie bywam na Międzynarodowych Targach Poznańskich, studiuję katalogi poszczególnych firm, zaprzyjaźniam się z ich szefami. Sprawiam, ze firmy wręcz konkurują ze sobą o to, która ma mnie /oczywiście nie dosłownie/ czym obdarować. Z reguły biorę wszystko, wszak nic nie powinno się zmarnować. Tak było np. z kominkami na Jamną. Ponieważ znam francuski, zaproponowałem szefowi francuskiej firmy, iż urządzę jego firmie gratisową ekspozycję kominków w mojej posiadłości  /tu się nieco zagalopowałem ale w zbożnym celu/, na Jamnej, leżącej w Rożnowskim Parku Krajobrazowym. Na co on zareagował pytaniem, czemu zwróciłem uwagę na wyroby jego  firmy. Przytomnie odpowiedziałem, że wiem, iż dzięki zastosowaniu w jego kominkach pryzmatycznej szyby żaroodpornej, następuje głęboka ekspozycja żaru do ogrzewanego pomieszczenia.  Facet był zachwycony. Przede mną nikt na to nie zwrócił uwagi. Kim pan jest? – zapytał. Katolickim księdzem – odpowiedziałem.  Jakieś referencje? – dopytywał. Jan Paweł II – zrekapitulowałem.  W rezultacie tej konwersacji otrzymałem za darmo dwa najnowocześniejsze kominki francuskie, które obecnie ogrzewają domy na Jamnej. Naszej rozmowie przysłuchiwało się kilka osób. Kiedy opuszczałem francuską ekspozycję, jakiś człowiek zapytał, czy także może mi pomóc. Ależ oczywiście – odpowiedziałem. I tak na Jamną trafił, bardzo tam potrzebny nowy traktor .

Od dłuższego czasu w naszej rozmowie padają dwie nazwy miejscowości, słowa – klucze: Lednica i Jamna. Czym dla Ojca jest Lednica?
 Lednica to miejsce, gdzie Polska przyjęła chrzest. To miejsce, skąd niemiecki cesarz Otto szedł w pamiętnym roku 1000 na spotkanie z polskim królem Bolesławem Chrobrym, u grobu św. Wojciecha w Gnieźnie.  Lednica to Brama III Tysiąclecia zbudowana w kształcie ryby. Ryba to znak pierwszych chrześcijan, którzy rozpoznawali siebie kreśląc na piasku właśnie znak ryby. Od pięciu lat przechodzimy przez Bramę na Lednicy, pamiętając o  słowach  Chrystusa: „Jam jest bramą. Jeżeli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony”. Z roku na rok przybywa młodych ludzi, chcących przekroczyć ten swoisty próg nadziei. Ostatnio było ich ponad sto tysięcy.

Jak się to wszystko zaczęło?
Pierwszy Akademicki Apel III Tysiąclecia odbył się w czasie pielgrzymki Ojca Świętego do Polski w 1997 roku. Jan Paweł II kołował wtedy helikopterem nad Polami Lednickimi i w symbolicznym geście przeprowadził pierwszą parę młodych ludzi przez Bramę w kształcie Ryby. Tamto pierwsze spotkanie młodzieży poświęcone było Trójcy Przenajświętszej. W roku następnym młodzież zgromadzona nad jeziorem kontemplowała symbole zapachu, soli i światła. W  roku 1999 symbolami apelu lednickiego były ziemia, ziarno i rośliny,  oraz pierścień i chleb. Wszyscy zgromadzeni obdarowani zostali pierścieniami w kształcie Ryby i łamali się między sobą chlebem.  W kolejnym roku odprawione zostało na Lednicy nabożeństwo Przymierza i Wcielenia oraz Odkupienia. Młodzież tym razem otrzymała tabliczki z dziesięciorgiem przykazań, oraz mosiężne krzyżyki, będące wiernymi replikami najstarszego krzyża odnalezionego na Ostrowie Lednickim. W 2001 roku odpowiadając na wcześniejszy apel dominikanów, młodzi ludzie z całej Polski  ręcznie przepisali Biblię, która po złożeniu i oprawieniu ważyła ponad pół tony. Podczas nabożeństwa służyła jako ołtarz. Zgromadzeni na Lednicy otrzymali przed rozejściem się po małym pierniku w kształcie rozłożonego Pisma Świętego.

  

Apogeum lednickich spotkań /przynajmniej sądząc po rekordowej frekwencji/,   miało miejsce przed kilkoma laty, jeszcze za życia nieodżałowanej pamięci Jana Pawła II, wielkiego patrona ojca poczynań, teraz jakby krzywa opada….  .
Myślę sobie, że jeszcze nie powiedzieliśmy w tej sprawie ostatniego słowa – wszystko jeszcze przed nami. A wracając do Lednicy, to każdorazowo jest ona nawiązaniem do pierwszego cudów dokonanych przez Jezusa, np. w Kanie Galilejskiej.  Mam taką wizję, aby przez kolejne spotkania na lednickich polach, przedstawić w symbolicznej formie treść Ewangelii.  Niedawno „przemieniliśmy” wodę w wino. Symbolem tego cudu była malutka buteleczka z oryginalnym winem specjalnie sprowadzonym na tę okazję z Ziemi Świętej. Dokładnie było ich sto tysięcy, i tyleż samo „koreczków” z dębu korkowego, podarowanego nam przez portugalskiego biskupa z Porto. Rozdaliśmy je wszystkie wraz z symbolicznym wiosłem św. Wojciecha, pierwszego polskiego męczennika. Te malutkie wiosła opatrzyliśmy osobistą dedykacją Ojca Świętego: „Nie bój się! Wypłyń na głębię, jest  przy tobie Chrystus”.  Wykonali je z dębowego drewna chałupnicy z podtarnowskiej wsi Żurowa.  Ale na tym nie koniec. Ponieważ Nabożeństwo w Kanie Galilejskiej jest nabożeństwem Maryjnym, bowiem to Maryja była inicjatorką cudu przemienienia wody w wino – nad jeziorem pojawiła się kopia obrazu Jasnogórskiego. A to z kolei zaowocowało rozdaniem tysięcy specjalnych medalików z blachy mosiężnej /przetopiono w tym celu działo armatnie/, z wizerunkiem Matki Boskiej Niezawodnej Nadziei, patronki Jamnej.

 

I tak dotarliśmy na Jamną, gdzie z upodobaniem gazduje ojciec Jan Góra.
Jeszcze zanim opowiem o Jamnej, proszę pozwolić mi na małą dygresję. Otóż, niektórzy zarzucają mi, że lednickie nabożeństwa i spotkania młodzieży z całej Polski, powoli zamieniają się w medialny szoł i rozdawanie religijnych gadżetów. Nie zgadzam się z tymi opiniami. Uważam, że współczesnemu młodemu człowiekowi wiarę trzeba przekładać na kulturę, robiąc to w nowoczesny sposób. Trzeba mu pokazać, że można inaczej przeżywać spotkanie z Bogiem. Temu właśnie celowi służy nasz poznański ośrodek duszpasterstwa akademickiego  na Jamnej koło Zakliczyna. To tam odbywają się m. in. szkolenia ambasadorów, a właściwie apostołów Lednicy. W rekordowym roku przyjechało ich na Jamną z całej Polski ponad 280. Po tygodniowej formacji rozjechali się do swoich miejscowości, aby tam gromadzić swoich rówieśników i zachęcać do przyjazdu na kolejną Lednicę.

  

O Jamnej krążą legendy. Mówi się o magii tego miejsca. Jak to się stało, że górale podarowali Górze górę?
To rzeczywiście cud, że dostaliśmy to miejsce w górach. Rozległy górski masyw /530 m. n.p.m./, dziki i niedostępny, jeszcze dziś dostać się tam można w zasadzie tylko pieszo lub samochodem terenowym /szczególnie zimą/. Z Paleśnicy  /tam dociera komunikacja autobusowa/to ledwie godzina drogi piechotą przez góry.  Do początku lat dziewięćdziesiątych wieś Jamna, licząca niespełna dziewięćdziesięciu mieszkańców rozrzuconych na ponad 25 km kwadratowych,  umierała wykrwawiona przez wojnę – bez planów na przyszłość, bez perspektyw, bez nadziei... Wieś, dobita przez władzę ludową /podczas wojny stacjonował tam batalion Armii Krajowej „Barbara”/, tak naprawdę nigdy się z upadku nie podniosła. Nawiasem mówiąc, wojenna historia Jamnej to gotowy scenariusz filmu sensacyjnego.  A jednak dzisiaj, po dziesięciu latach, na spaloną przez wojnę i skazaną przez ludzi na zagładę wieś – powraca nadzieja, razem z wiarą, z nowym Kościołem, z cudownym obrazem Matki Bożej  Jamneńskiej – Matki Niezawodnej Nadziei, namalowanym przez poznańską malarkę Małgorzatę Sokołowską, i osobiście koronowanym przez Papieża 3 czerwca 1998 roku w Rzymie.

W  tamtejszej „Szkole Wiary” częstymi gośćmi bywali również tarnowianie.
To prawda. Z racji bliskiej odległości od Tarnowa /to tylko 40 km/ i atrakcyjnych walorów krajobrazowych,  ośrodek duszpasterski na Jamnej często odwiedzają młodzi ludzie z Tarnowa i okolic. Zresztą na Jamnej zawsze coś się dzieje. Mam głowę robaczywą od pomysłów.
                                                   
Korzystałem z Alina Petrowa-Wasilewicz / KAI/ - www.stacja 7.pl
Ryszard Zaprzałka