Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Tomasz A. Żak: Deklaracje i wiara

Jedni mówią, że wiara jest sprawą prywatną, a inni, że obowiązkiem wierzącego jest swą duchowość niejako „upubliczniać”. Mamy więc takich wierzących, którzy klękają nawet w kościołach, gdzie z tabernakulum ołtarza głównego wyeksmitowano Najświętszy Sakrament i takich, którzy wygodnie siedzą w ławkach pomimo, że obok kapłan udziela Komunii świętej. Czy to jest ten wyróżnik pomiędzy katolikiem „przedsoborowym” a „otwartym”? Szczerze pisząc – nie wiem. Wiem natomiast, że nasza wiara, jak i dwa tysiące lat temu, jest – chce ktoś czy nie – częścią polityki.

W ramach nieustającej wojny z katolikami oddzielono Kościół od państwa, czyli oddzielono nas wszystkich, to znaczy wszystkich deklarujących się, jako osoby wierzące od wszystkiego, co robimy w dzień powszedni i od święta. Myśmy, jako Kościół, to oddzielenie zaakceptowali. Tym łatwiej, że operację tę przeprowadzano już w czasach tzw. demokracji, która pozwala obciążać każdym złem statystyczną większość. Piłat miał zdecydowanie trudniej. Zadziwiająca jest ta zgoda deklarujących wiarę w Królestwo Boże na to, aby odwieczne prawa ich Króla stały się drugorzędne w stosunku do wciąż zmieniających się decyzji takich czy siakich parlamentów. Zastanawia anachronizm takiej postawy, bo jakiekolwiek demokratyczne wybory stoją przecież w rażącej sprzeczności z wiarą katolicką. Kiedy tzw. głos ludu staje się dla nas wyznacznikiem praw i zasad, wedle których żyjemy, to wcześniej czy później wybiera się Barabasza.

Wedle następcy św. Piotra, papieża Leona XIII, opisana powyżej postawa to efekt „zgubnej i opłakanej żądzy nowości”, która już nie raz sprowadziła człowieka na manowce. Namiestnik Chrystusa mówi więc o tej żądzy tak: „(…) zwichrzywszy najprzód religię chrześcijańską, wnet naturalnym biegiem do filozofii przeszła, a od filozofii wszystkie warstwy państwa ogarnęła. (…) Z tych zasad najgłówniejszą jest ta, że wszyscy ludzie jak z natury są do siebie podobni, tak i w życiu są równi, że każdy jest tak dalece niezawisły, iż żadnej zgoła nie podlega władzy, że wolno mu myśleć o wszystkim co chce i działać jak mu się podoba, a prawo rozkazywania innym nie przysługuje nikomu. Na podstawie tych doktryn społeczeństwo nie zna innej władzy, jeno wolę ludu (…). Pomija się milczeniem panowanie Boże i nie inaczej jak gdyby Boga wcale nie było”. 

Wielu, bardzo wielu deklarujących wiarę zapyta tutaj, jaki sens ma dzisiaj przywoływanie papieskiej encykliki „Immortale Dei” z odległego 1885 roku? Muszę zatem odesłać pytających do definicji Magisterium Kościoła, wedle której papieskie nauczanie prawd wiary, uroczyście głoszone ex cathedra (np. na soborze powszechnym lub poprzez encykliki), ma charakter autorytatywny, jako dogmat albo prawda moralna. I to bez względu na czas, w którym takowe nauczanie miało miejsce. No to teraz jeszcze jeden cytat z encykliki Leona XIII, odnoszący się do rządów tzw. demokracji: „W taki sposób, jak widać, państwo niczym innym jest, tylko tłumem, co sam sobie jest mistrzem i panem; a ponieważ lud poczytany jest za źródło wszystkich praw i wszelkiej władzy, wynika, że państwo nie poczuwa się do żadnych względem Boga obowiązków i żadnej religii publicznie nie wyznaje”.

W czasach gęstych od różnych przedwyborczych deklaracji, przypomniałem sobie Deklarację Wiary i Sumienia polskich nauczycieli sprzed kilku lat. Sygnowana była przez nauczycieli wyznania rzymsko-katolickiego. Oczywiście, że natychmiast tej inicjatywie przypisano intencje wywołania wojny religijnej w polskiej szkole. Środowisko gazety z ulicy Czerskiej podobnie stygmatyzowało ówczesną deklaracja lekarzy, do której nagłośnienia przyczyniła się sprawa prof. Chazana… Wielu takie reakcje wiadomej gazety traktuje jako znak jakości dla owych inicjatyw; tak na zasadach kontry – to, co się nie podoba naszemu wrogowi, musi być dobre. Może teraz czas na ludzi teatru na przykład, może policjanci, a może księża… A ja pytam siebie (i Ciebie Szanowny Czytelniku), czy takie deklaracje zmieniły lub może zmienią coś w praktyce funkcjonowania naszego państwa? Bo jeżeli nie, a wszystko na to wskazuje, to może lepiej swe deklaracje wyrażać przy tych obrzydliwych urnach wyborczych? Tutaj przynajmniej mamy jakąś szansę na faktyczną zmianę, a nie tylko na cierpienia moralne w dobrym towarzystwie.

I jeszcze jedna refleksja dotycząca deklarowania się. Wygląda to tak, że wszyscy podpisujący jakby zapomnieli, że oni już takie deklaracje „podpisali” i to w sposób wyjątkowo uroczysty, bo w ramach Sakramentów świętych, do których przystępuje każdy wierzący. Już Sakrament Chrztu, zgodnie z katechizmem Kościoła katolickiego jednoznacznie nas ukierunkowuje bez potrzeby dodatkowych „papierów” zaopatrzonych w nasz autograf: „Człowiek ochrzczony obowiązany jest wyznawać wiarę Chrystusową w Kościele Katolickim i zachowywać przykazania Chrystusa i Kościoła Katolickiego”.  A dla umocnienia osoby wierzącej mamy Sakrament Bierzmowania, który zgodnie z katechizmem jest „ustanowiony przez Jezusa Chrystusa dla udzielenia osobnej łaski i darów Ducha Świętego, dzięki którym bierzmowany zyskuje siłę do wyznawania wiary słowem i uczynkiem, jako doskonały żołnierz Chrystusa”. Wszystko jasne.

Sakramenty specjalne, że tak je nazwę, takie jak Małżeństwo czy Kapłaństwo, dodatkowo to ukierunkowują na osoby do tych sakramentów przystępujące. A każdy żołnierz Chrystusa ma jeszcze codziennie możliwość umacniania swej wiary poprzez Sakrament Pokuty i Sakrament Eucharystii. Tymczasem my dzisiaj coś deklarujemy, podpisujemy różne list poparcia i jakoś nie pamiętamy, że wszystko, co ważne już przysięgaliśmy samemu Bogu w Trójcy Jedynemu. Cała reszta może być (i powinna!) jedynie wyrazem tego w co wierzymy.

Tomasz A. Żak  (www.pch24.pl)