Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Wielkanoc w tradycji polskiej

Jak Wielkanoc przeżywali nasi przodkowie? Skąd wziął się "dyngus"? Gdzie zbierało się "święcone"? Na czym polegała zabawa "Emaus"? Prezentujemy odpowiedzi na te i inne pytanie, zaczerpnięte z dziewiętnastowiecznej księgi "Rok Boży w liturgii i tradycji Kościoła świętego z uwzględnieniem obrzędów i zwyczajów ludowych...". A zatem, o ile pierwszy dzień świąt wielkanocnych spędzają wszyscy w domu, w kole rodzinnym, zapraszając tylko tych, którzy u siebie święconego nie urządzają, o tyle drugi dzień świąt wypełniony jest od samego rana rozmaitymi tradycyjnymi obrzędami i zwyczajami. Poniedziałek wielkanocny rozpoczyna się "dyngusem" czyli "śmigusem". Pochodzenie dyngusu nie zostało dotychczas ustalone. Według Kitowicza datuje ono jeszcze z czasów jerozolimskich, kiedy Żydzi oblewając wodą rozpędzali chrześcijan, zbierających się na ulicach i rozmawiających o zmartwychwstałym Chrystusie. Inni badacze widzą w dyngusie pamiątkę zaprowadzenia chrześcijaństwa, kiedy całe rzesze wpędzano do wody, celem udzielenia im sakramentu Chrztu św. A jak spędzano święta w dawnym Tarnowie?

W domach tarnowskich mieszczan, tych bardziej poczciwych i stroniących od zakrapianych zabaw, zasiadano do stołu wspólnie z czeladzią, a po posiłku toczono aż do wieczora umoralniające i patriotyczne rozmowy. Tutaj również królowały biesiadne obyczaje i przesądy. Uważano, by do stołu nie zasiadano w równej liczbie !3, bo to wróżyło wielkie nieszczęścia i rychłą śmierć jednego z uczestników. Nieszczęście zapowiadała również rozsypana sól i skrzyżowane sztućce.

Natomiast Śmigus znany był w Polsce od najdawniejszych czasów; już w wiekach średnich duchowieństwo występowało przeciwko temu obyczajowi jako barbarzyńskiemu i zbyt swawolnemu. Pomimo to przetrwał dyngus do naszych czasów, choć w łagodniejszej i więcej cywilizowanej formie.
 Kitowicz tak opisuje dawniejszy sposób oblewania:
 "Była to swawola powszechna w całym kraju, tak między pospólstwem, jako też między dystyngowanymi. W poniedziałek wielkanocny mężczyźni oblewali wodą kobiety, a we wtorek i inne następujące dnie kobiety mężczyzn, uzurpując sobie tego prawa aż do Zielonych Świątek, ale nie praktykując dłużej, jak do kilku dni. Oblewali się rozmaitym sposobem i amanci dystyngowani, chcąc tę ceremonię odprawić na amantkach swoich bez ich przykrości, oblewali je lekko różaną lub inną pachnącą wodą po ręku, małą jaką sikawką lub flaszeczką... Którzy zaś przekładali swawolę nad dyskrecją, nie mając do niej żadnej racji, oblewali damy wodą prostą, chlustając garnkami, szklanicami, dużymi sikawkami prosto w twarz... A gdy się rozswawoliła kompania, panowie i dworzanie, panie, panny, nie czekając dnia swego, lali jedni drugich wszelkimi statkami, jakich dopaść mogli. Hajducy i lokaje donosili cebrami wody, a kompania dystyngowana, czerpiąc od nich, goniła się i oblewała od stóp do głów, tak, iż wszyscy zmoczeni byli jakby wyszli z jakiego potopu... Bywało nieraz, iż osoba, zlana wodą jak mysz, a jeszcze w dzień zimny, dostała stąd febry, na co bynajmniej nie zważano, byle się za dosyć stało powszechnemu zwyczajowi.Takież dyngusy odprawiały się i po miastach między osobami poufałymi. Parobcy zaś po wsiach łapali dziewki, które się w ten dzień, jak mogły, kryły. Złapaną zawlekli do stawu albo do rzeki, i tam, wziąwszy za nogi i ręce, wrzucili, albo też włożywszy w koryto przy studni, lali wodą poty, póki się im podobało."

Nadużywanie dyngusu miało nieraz smutne następstwa, jak zaziębienia, choroby, a bywały nawet wypadki śmierci. Pamiętając o tym, dzisiejsza młodzież wstrzemięźliwsza jest w stosowaniu dyngusu i stara się nie przebierać miary. Zależnie od danej okolicy zwyczaje dyngusowe mają pewne odmiany. Tak np. na Kujawach w niedzielę wielkanocną wieczorem jeden z chłopaków wchodzi na wysokie drzewo, samotnie stojące we wsi, i wywołuje kolejno imiona dziewczyn, obiecując im tyle a tyle wiader wody, szczotkę, wiecheć lub zgrzebło; na pociechę dodaje "lecz niech się nie boi, bo za nią (- tu wymienia imię jej rycerza -) stoi". W poniedziałek wielkanocny od wczesnego rana czatują chłopacy z wiadrami wody na dziewczyny, by je oblać niespodzianie; wynikają stąd krzyki, śmiechy, gonitwy.

Czasami przebierają się parobcy za Cyganów, Dziadów i Baby - w Poznańskiem za niedźwiedzia, ustrojonego w grochowiny - i chodzą po wsi, zbierając Święcone. W Krakowskiem jest zwyczaj chodzenia z traczykiem. Trzej chłopcy przebierają się za ułanów, z czerwonymi rabatami na piersiach, z papierową czapką na głowie, z drewnianymi pałaszami u pasa. Za nimi niesie dwóch innych chłopców drewnianego baranka, który trzyma w jednej łapce piłę - na pamiątkę, że Pan Jezus w dzieciństwie, jako niewinny baranek, pomagał św. Józefowi w ciesiołce, rżnąc deski piłką. Za obrotem koła baranek kiwa się, jak gdyby rżnął drzewo, i dzwoni dzwoneczkami. Prócz tego niosą inni chłopcy Bożą Mękę, kozikiem wystruganą, i koguta, ulepionego z gliny, pomalowanego na żółto, z prawdziwymi piórami kogucimi w ogonie.

We wszystkich miastach polskich odbywała się dawniej w poniedziałek wielkanocny zabawa ludowa zwana "Emaus" - na pamiątkę spotkania zmartwychwstałego Chrystusa z apostołami, dążącymi do miasteczka Emaus. Zwyczaj ten zachował się dotąd w Krakowie. Na przedmieściu, zwanym Zwierzyniec, w pobliżu kościoła św. Salwatora, ustawiają stragany i kramy z różnymi łakociami, a tłumy ludzi śpieszą tam, by użyć pierwszy raz zabawy na wolnym powietrzu. - Wielu udaje się ze Zwierzyńca na kopiec Kościuszki, by uczcić przy tej sposobności pamięć wielkiego wodza i nacieszyć oko przepięknym widokiem na kilkomilową przestrzeń, urozmaiconą pagórkami, błoniami, lasami i niebieską wstęgą Wisły.


„Podobnie jak na Boże Narodzenie chłopcy szli z kolędą, tak na Wielkanoc chodzili z kurkiem zrobionym z drewna, lub gaikiem, czyli wierzchołkiem sosny, lub świerka. W drugi dzień świąt odbywał się dyngus, czyli powszechne oblewanie się wodą i nie raz było to takie oblewanie, że i dobra ulewa tak nie zmoczyła.”.

W kwietniu na świętego Wojciecha i Jerzego odbywał się kolejny pogański obyczaj, który polegał na przeganianiu bydła przez rzekomo magiczne przedmioty, podkowy, złamaną kosę i kreślono zwierzętom na czole znak krzyża, co miało uchronić owo bydło od chorób i nieszczęść, a następnie następował pierwszy w roku wygon na paszę.

Dwa dni później, na świętego Marka, sprawdzano, czy święty na pewno wrzucił do wody ogarek i czy można się już kąpać. A co jedzono po domach chłopskich, mieszczańskich i szlacheckich w święta? Kuchnia, nazwijmy ją umownie galicyjską, nie była zbyt wykwintna i nie posiadała swojej tradycji. O jakości podawanych potraw w Galicji pisał w swoich wspomnieniach Honoriusz de Balzak, wielki pisarz francuski, który przejeżdżał tędy, udając się do ukochanej Eweliny. Otóż z wielką troską odradzał spożywanie czegokolwiek w karczmach i zalecał swoim ziomkom zabieranie na drogę przez Galicję własnego jedzenia, bowiem, jego zdaniem, na stół w przydrożnych karczmach podają śmierdzące mięso, a potrawy są tak nieświeże, że jedzenie ich może zagrażać zdrowiu, a nawet życiu podróżnego.

Tak więc pozostały napitki, które królowały na wszelakich spotkaniach, a zwłaszcza świątecznych kolacjach. „Pito więc w samym Tarnowie i okolicznych wioskach i miasteczkach. Mieszkańcy Tarnowa pili w domach, w czasie chrztu dziecka, i wesela, pili dla rozgrzania się i dla ugoszczenia sąsiada, pili wreszcie i dlatego, że wielu z nich już było uzależnionych od alkoholu. Pijaństwo zarówno mieszczan, przedmieszczan jak i chłopów nasiliło się od końca XVI wieku, kiedy to Żydzi nie tylko przejmowali karczmy wiejskie, ale w samym Tarnowie prawie każdy Żyd prowadził pokątny szynk, który ze względu na taniość alkoholu i możność zakupienia go nawet w niedzielę, zawsze znajdowali klientów.”. Pijaństwo królowało niemal wszędzie i poza protestami kościoła, znajdywało ogólne przyzwolenie. Dochodziło do częstych awantur i burd, a bijatyki były chlebem codziennym. Pijani mieszczanie walczyli pomiędzy sobą szablami, a najbardziej zacięte bójki staczali z własnymi parobkami i czeladnymi. Piły, na równi z mężczyznami, także kobiety, które nic nie robiły sobie z przykazań o wstrzemięźliwości i stawały chwiejąc się na boki nawet przed sądami, nie mówiąc o mszach niedzielnych.

W zasadzie wszystkie święta roku obrzędowego były odprawiane bardziej na pokaz, niż dla rodziny. Każdy mieszczanin pokazywał swój dostatek sąsiadom, by wykazać się gospodarnością, bogactwem stroju i wystawnością posiłków. Wśród bogatych mieszczan na stołach królowało piwo, zaprawiana do smaku wódka i popularne w owych czasach Węgrzyny. Powoli Życie towarzyskie przenosiło się do szynków, gdzie już w XVIII wieku zagościły gry hazardowe, które chociaż były potępiane, dawały uczestnikom wiele radości i smutku. Do zabawy przygrywały żydowskie kapele, a sprowadzone z Niemiec karty królowały na stołach.

Za www.pch24.pl "Rok Boży w liturgii i tradycji Kościoła świętego z uwzględnieniem obrzędów i zwyczajów ludowych oraz literatury polskiej : księga ku pouczeniu i zbudowaniu wiernych katolików", Marlewski, Franciszek (1893-1959) (red.), Niedbał, Ludwik Andrzej Ignacy (1872-1937) (red.), Katowice 1932.
Jerzy Reuter za Stanisław Wróbel – Opowieści o dawnym Tarnowie.

Ryszard Zaprzałka