Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Bravo Maestro po raz XII

Na to wydarzenie muzyczne czekają melomani nie tylko z Tarnowa. To jedna z najważniejszych imprez muzycznych roku, mająca swoje stałe miejsce w kalendarzu kulturalnym miasta i regionu. Odbywa się w miejscu szczególnym, w urokliwym dworku w Kąśnej Dolnej, jedynej na świecie, tak zachowanej rezydencji mistrza Ignacego Jana Paderewskiego. Obywatela świata, sczególnie związanego z Ziemią Tarnowską. Był nie tylko nie kwestionowanym autorytetem muzycznym ale i politycznym, wybitnym mężem stanu i patriotą. Ten położony w malowniczym zakątku Pogórza Ciężkowickiego,  obok Jamnej Ojca J. Góry i Lusławic K. Pendereckiego, jeden z tzw. czakramów południowej Małopolski, do niedawna był szeroko znanym w Polsce ośrodkiem muzycznym. To do Kąśnej regularnie pielgrzymowali liczni melomani i najwybitniejsi maestro polskiej kameralistyki, aby wziąć udział w Muzycznych Dionizjach – Festiwalach Bravo Maestro i Tygodniach Talentów, czy w letnich koncertach i warsztatach muzycznych, nierzadko połączonych z wernisażami i małymi formami teatralnymi. Teraz dawną świetnośc próbuje przywrócić Kąśnej jej kolejny dyrektor Łukasz Gaj - wrocławski śpiewak operowy i, jak się okazuje także rzutki menager. Obecna, dwunasta już edycja (pierwsza odbyła się w 1996 r.), Festiwalu Muzyki Kameralne "Bravo Maestro" rozpoczyna się w najbliższy piątek 23 sierpnia i potrwa do niedzieli 25 sierpnia. Tradycyjnie, podczas trzech festiwalowych wieczorów wystąpią najwybitniejsi polscy artyści. O dużym zainteresowaniu imprezą najlepiej świadczy fakt, że bilety na inaugurującą festiwal wersję koncertową "Carmen" G. Bizeta wyprzedano na długo przed jej kąśnieńską prezentacją. Zaś przysłowiową wisienką na festiwalowym torcie będzie prezentacja jedynego polskiego Stradivariusa, na skrzypcach zbudowanych w 1685 roku przez legendarnego lutnika Antonio Stradivariego zagra w finałowym Maratonie Muzycznym maestro Janusz Wawrowski. Na codzień bezcenny instrument przechowywany jest w skarbcu Zamku Królewskigo w Warszawie. Bravo Maestro to dobra okazja do przypomnienia ciekawej historii samego dworku w Kąśnej i związków z nią Mistrza Paderewskiego.

Wielkie otwarcie festiwalu to znana na całym świecie historia cyganki Carmen, sierżanta Don Jose i torreadora Escamillo opowiedziana głosami czołówki solistów operowych. W roli tytułowej wystąpi Iryn Zhytynska. Na estradzie partnerować jej będą Tomasz Kuk (Don Jose), Iwona Socha (Micaela), Jacek Jaskuła (Escamillo), Paula Maciołek (Frasquita), Monika Korybalska (Mercedes), Krzysztof Kozarek (Le Remendado) i Michał Kutnik (Le Dancaire). Przy fortepianie zasiądzie Mirella Malorny.

W drugim dniu koncertowym, 24 sierpnia, na melomanów czeka z kolei mistrzowski recital fortepianowy Szymona Nehringa – jedynego polskiego finalisty XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Wykona on Koncert e-moll op. 11 Chopina. Wraz z artystą zagra Kwintet Śląskich Kameralistów w składzie: Dariusz Zboch (skrzypce), Jakub Łysik (skrzypce), Jarosław Marzec (altówka), Katarzyna Biedrowska (wiolonczela), Krzysztof Korzeń (kontrabas).

Koncert rozpocznie występ klarnecisty Macieja Łuszczewskiego – laureata Nagrody im. Anny Knapik w ramach tegorocznego Festiwalu Tydzień Talentów.

Finał wydarzenia to tradycyjnie Maraton Muzyczny. W tym roku, roku jubileuszu odzyskania niepodległości , odbędzie się w wyjątkowej odsłonie. Znakomici soliści i kameraliści zaprezentują się w polskim repertuarze kompozycji ostatniego stulecia. Wystąpią: Iwona Socha (sopran), Klaudiusz Baran (akordeon / bandoneon), Robert Morawski (fortepian), Katarzyna Duda (skrzypce), Janusz Wawrowski (skrzypce), Celina Kotz (skrzypce), Michał Zaborski (altówka) i Marcin Zdunik (wiolonczela). Koncert zatytułowany „Maraton niepodległy. 100 lat polskiej muzyki” zakończy festiwal 25 sierpnia.

Polski Stradivarius to znacznie więcej niż wspaniałe skrzypce, to ambasador naszej muzyki na świecie. Jego historia i niesamowite brzmienie budzą zainteresowanie natychmiast, kiedy tylko o nim wspomnę i kiedy tylko się pojawia! – mówi Janusz Wawrowski. Drogocenny instrument jest przechowywany w skarbcu i eksponowany na Zamku Królewskim w Warszawie, a Wawrowski może na nim grać dzięki decyzji mecenasa sztuki, który – pragnąć pozostać anonimowy – zdecydował się na zakup instrumentu również po to, aby uczcić stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości.

Stradivarius – to jedno słowo wywołuje dreszcz podniecenia na całym świecie. Nie bez powodu. Stworzone przez słynnego lutnika dzieła warte są miliony dolarów. Instrumenty lutnicze tej klasy dają nieporównywalne z niczym brzmienie. Jest  jedno „ale” – muszą trafić w ręce wytrawnego wirtuoza. Bywają kapryśne, niczym żywy organizm i tylko duże umiejętności pozwalają wydobyć pełnię ich możliwości. Wawrowski od lat marzył o pojawieniu się w Polsce tej klasy instrumentów lutniczych, uważając, że ich brak marginalizuje polskich artystów na arenie międzynarodowej.

Polska przed II wojną światową miała Stradivariusy. Niestety wszystkie te niezwykle cenne instrumenty wywieziono, sprzedano lub przekazano w inne ręce. Teraz, po raz pierwszy w powojennej historii kraju, mamy „swojego” Stradivariusa. Co więcej jest to instrument absolutnie wyjątkowy! Wiele szczegółów dotyczących tych skrzypiec owiane jest tajemnicą. W swej budowie wybiegają mocno ponad okres twórczości nazywany Amatiese. Forma instrumentu nawiązuje już do najwspanialszych egzemplarzy Stradivariego z tzw. okresu złotego jego twórczości. Pozostawały przez lata w rękach prywatnych właścicieli. Wykonywano na nich koncert tylko raz w roku. Dzięki temu jest to obecnie jeden z najlepiej zachowanych Stradivariusów na świecie. Dokładnie badania tego 333-letniego instrumentu wykazały, że wszystkie jego elementy są oryginalne. Skrzypce powstały w 1685 r., w roku narodzin Jana Sebastiana Bacha. Autentyczność skrzypiec potwierdzają certyfikaty.

Fakt, że Janusz Wawrowski zdecydował się przywieźć go do Kąśnej jest dla naszej instytucji olbrzymim wyróżnieniem, a dla wszystkich melomanów być może jedyną okazją, aby usłyszeć dźwięki Stradivariusa na żywo - mowią gospodarze Kąśnej.

„Podróżnik podążający na Tarnów, Nowy Sącz do Krynicy, Szczawnicy lub Zakopanego, minąwszy stację drogi żelaznej Ciężkowice, z okien wagonu widzi opodal ładny, wytworny nawet dworek wiejski z pięknemi zabudowaniami gospodarskiemi, otulony wieńcem drzew starych, otoczony wielkim parkiem i urodzajnemi polami; w pobliżu ciągną się także łańcuchem rozrzucone na pagórkach chaty wieśniacze” – pisał w 1899 roku dziennikarz lwowski Adam Boruta. Dworek został wybudowany w 1833 roku, ale Gostkowscy, nie wiadomo z jakich przyczyn, odsprzedali majątek ziemski w Kąśnej pod koniec XIX wieku I. J. Paderewskiemu. Zakupu w imieniu mistrza dokonał jego przedstawiciel Stanisław Roszkowski, a rodzinę Gostkowskich reprezentowała Barbara Jordan Stojowska. Majątek liczył sobie w tym czasie ponad tysiąc hektarów ziemi i miał być przeznaczony na letnią rezydencję Paderewskiego i jednocześnie gniazdem rodzinnym, w którym zamieszkał ze swoją drugą żoną Heleną.

Już wtedy I. J. Paderewski był uważany za jednego z najlepszych pianistów na świecie, co przysporzyło mu niemałą fortunę finansową, ale jak każdy artysta nie posiadał umiejętności, a może czasu, na racjonalne zarządzanie swoim majątkiem. Robili to w jego imieniu, nie zawsze uczciwi plenipotenci. Za namową żony Heleny Górskiej, wdowy po przyjacielu Stanisławie, Paderewski oddał zarządzanie swoimi finansami Stanisławowi Roszkowskiemu, który zakupił trzy majątki w Polsce: Biórków, Rozprzę i Kąśną Dolną wraz z Siekierzyną. Z tych trzech posiadłości tylko Kąśna przypadła do gustu mistrza i tam postanowił utworzyć swój dom w ojczyźnie. Dwa pozostałe majątki zostały wystawione do sprzedaży z powodu zbyt wielkiego zadłużenia i deficytu dochodów. „… do Ciężkowic było niedaleko nie tylko z Tatr, ale i z Paryża, 33 godziny jazdy ekspresem, a potem dwie mile na zachód i przez górę skręcić w lewo, następnie w prawo przez most…” – wspominał Paderewski.

Po pierwszej wizycie w nowej posiadłości mistrz zlecił pełnomocnikowi Roszkowskiemu generalny remont zabudowań dworskich i inwestycje z tym związane. Po przebudowie dworek stał się rezydencją na skalę europejską. Łazienka z piecem do podgrzewania wody, spłukiwane toalety, elektryczne oświetlenie, telefon i bilard ustawiony w  hallu czyniły z dworku, umiejscowionego gdzieś z boku wielkomiejskiego gwaru, miejsce zacne dla tak wielkiego mistrza. Wraz z remontem dworku nastąpiły inwestycje w całej okolicy. Powstawały stajnie, obory, tartaki, wielkie ogrody warzywne, mleczarnia i wiele innych nowoczesnych obiektów rolnych. Powiększony został obszar parku do 16 hektarów, urządzony w stylu angielskim, który miał być miejscem wyłącznie  przeznaczonym dla mistrza i jego pasji twórczych – wejście na teren parku przez osobę postronną groziło karą pięciu dniówek. W letnie i pogodne dni służba wynosiła fortepian i ustawiała go pomiędzy sześcioma, wyniosłymi świerkami – do dzisiaj pozostał tylko jeden – a Paderewski, właśnie tutaj, tworzył swoje największe dzieło, operę Manru, którą zaczął pisać będąc w Stanach Zjednoczonych. Warto przy tym zaznaczyć, że Manru jest jedyną polską operą wystawioną w Metropolitan Opera. Znawcy twórczości Paderewskiego twierdzą, że na ostateczny kształt dzieła miała właśnie Kąśna Dolna i jej okolice, gdzie ścierały się kultury Romów, górali i podkarpackie klimaty.

Po czterech latach okazało się, że nieuczciwi zarządcy wprowadzili majątek w wielki deficyt. Ponoć okradali Paderewskiego i za zyski kupowali nieruchomości w Krakowie. Podczas pobytu w Warszawie w 1901 roku I. J. Paderewski na koncercie w nowopowstałej filharmonii powiedział: „Mam dość Galicji (…) Miałem zamiar podróżować jeszcze kilka lat, a potem na stałe osiąść wśród swoich, lecz poznałem wkrótce, że jestem za ubogi aby ten cel urzeczywistnić, a może tylko zbyt przyzwyczajony do stosunków europejskich, aby dać sobie radę z krukami swojskimi. To specjalny gatunek, a szczególnie te, co się po wsiach wałęsają, te z mianem poczciwców, z manierami wielkopańskimi i z butą rycerską, dotkliwie dały mi się we znaki. Tak: to wygląda na paradoks, ale proszę mi wierzyć, jam dość bogaty na Szwajcarię, Paryż i Londyn, ale stanowczo za ubogi, aby osiąść na wsi i gospodarzyć w Galicji”. Po sprzedaży majątku w Kąśnej Dolnej mistrz osiadł na stałe w Szwajcarii. Jak pisał Franciszek Pulit w swoim opracowaniu „Dom w ojczyźnie” – „Los sprawił, iż jego dom na emigracji, willa w Rond Bosson koło Mogens w Szwajcarii została zburzona w 1965 roku w związku z budową autostrady, natomiast dom niespełnionych marzeń w ojczyźnie, dworek w Kąśnej Dolnej, przetrwał burze dziejowe, by po latach milczenia, od 1983 roku sławić poetę fortepianu na wzór domu Chopina w Żelazowej Woli.”.

Przygotował na podstawie materiałów ogranizatorów - Ryszard Zaprzałka