Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Pitavale Tarnowskie Jerzego Reutera 14

W przyszłym roku minie 10 lat od śmierci wybitnego tarnowskiego prozaika i poety Jerzego Reutera, autora słuchowisk radiowych i dramaturga, dziennikarza i wielkiego pasjonata historii Tarnowa. Przez lata był współredaktorem naszego portalu. Wypełniając niejako testament przyjaźni i pamięć o Nim utrwalić postanowiliśmy przypomnieć niezwykle popularny cykl jego cotygodniowych Pitavali Tarnowskich publikowanych na naszych internetowych łamach w latach 2009 – 2015. Poniżej dwa kolejne odcinki tego cyklu.

Pitaval Tarnowski nr 27 -  Kochliwy hycel spod Pleśnej

Jan Kuboń, hycel spod Pleśnej, stanął przed sędzią śledczym za pobicie kilku kobiet i swoją niewinność tłumaczył wzburzeniem po porzuceniu przez upatrzoną na żonę dziewczynę. Poznali się w kościele. Ona uśmiechem odpowiadała na ukłony Kubonia, a on oprócz grzecznych pozdrowień posyłał pannie mrugnięcia i cmokał w jej kierunku. Potem, jak w romantycznej powieści, przesłał swojej wybrance krótki list spisany na odwrocie świętego obrazka, w którym krótko opisał swój gorący afekt i zaproponował spotkanie.
  
Maria, chociaż sierota bez majątku, swoją godność miała i wyznaczała spotkania w miejscach publicznych, czym bardzo denerwowała amanta Kubonia, który za wszelką cenę chciał się bliżej przyjrzeć dziewczynie. Potęgowało to w nim gorącą miłość i zwiększało potrzebę zbliżenia swego serca do bujnej piersi Marii. Wszystko układało się pomyślnie. Po kilku tygodniach rozkochany Kuboń wysłał do Marii swata z tak zwaną wódką. Dziewczyna wódką nie pogardziła i wychyliła butelkę grzecznościowo do dna, ale żadnego słowa nie dała. Tłumaczyła to porą postu i kościelną gorliwością w tym względzie. Kuboń postanowił załatwić sprawę osobiście i jak stał, udał się do opornej panny. Gdy powtórnie został odrzucony zażądał zwrotu kosztów poniesionych na wynajęcie swata i na wypitą przez pannę wódkę. Żądania poparł waleniem pięścią w stół i zagroził Marii ciężkim pobiciem. Na szczęście awanturę usłyszeli sąsiedzi i spłoszyli furiata.
  
Kuboń starym obyczajem, odrzuconych kawalerów przespacerował się do szynku, gdzie przy alkoholu uspokajał swoje rozdygotane nerwy. Na próżno. Wraz z wypijaną wódką rosła w nim wielka gorycz do żeńskiego rodu, a poczucie doznanej krzywdy nakazywało natychmiastowe przystąpienie do naprawienia całego zła. Po wypiciu strzemiennego w postaci szklaneczki gorącego rumu doszedł do wniosku, że nic tak dobrze nie zrobi jego skołatanej duszy jak danie solidnej nauczki opornej dziewczynie w postaci pobicia jej pięściami po twarzy. Rozwścieczony Kuboń nie wziął pod uwagę zgubnego działania trunku, które przesłania wzrok i umysł. Po wyjściu na ulicę przystąpił do dzieła. Na dobry początek wciągnął do bramy przechodzącą ulicą Wałową szwaczkę Janinę Zelm i pobił ją do obfitego zakrwawienia, a po stwierdzeniu, że nastąpiła pomyłka ukradł ofierze torebkę. Z Wałowej udał się Kuboń na Targową i tam zaatakował służącą państwa Kozickich. Pobił ją dotkliwie najpierw pięściami po plecach, a po zauważeniu, że to nie jego Marysia, złamał kobiecie nos.

Być może byłoby więcej ofiar – wszystkie kobiety wydawały się być Marią - gdyby oprawca nie natknął się na szynk, gdzie postanowił zrobić sobie przerwę i nieco się pokrzepić. Dla odzyskania sił kazał podać butelkę wina i kieliszek likieru. Po wypiciu tak sporej dawki alkoholu doznał olśnienia i zrozumiał, że popełnił coś bardzo złego. Sumienie szarpnęło duszą Kubonia, więc popadł w czarny nastrój i postanowił zakończyć całą sprawę w sposób zgoła inny. Udał się do domu i napisawszy pożegnalny list wypił butelkę siarczanu miedzi, zagryzając sporą dawką trucizny na szczury. Na całe szczęście zaalarmowana policja, idąc tropem Kubonia dotarła do jego mieszkania na czas. Po udzieleniu pomocy w miejscowym szpitalu sprawcę umieszczono w areszcie policyjnym.
  
Kuboń tłumaczył swoją niewinność tym, że każda kobieta widziana od tyłu jest taka sama i chciał tylko zemścić się na Marii, a pobite kobiety to zwykła pomyłka i złudzenie po wypitych trunkach.

Pitaval Tarnowski nr 28 - Jak Stanisław Kotarba konia kupował
 
Jakże wielkie było zdziwienie Stanisława Kotarby, gdy przy zakupie biletu w kasie kolejowej stwierdził, że zamiast pieniędzy wyciągnął z kieszeni zwitek kawałków starych gazet, przewiązanych sznurkiem. Gospodarz Kotarba biletu już nie kupił i zamiast do rodzinnego domu udał się na posterunek policji.
  
Feralnego dnia Stanisław przybył do Tarnowa na targ w celu zakupienia konia. Przygotowane na ten cel pieniądze zwinął w rulon i schował do kieszeni spodni. Na targu pooglądał wystawione na sprzedaż perszerony i stwierdziwszy, że żaden nie nadaje się do jego gospodarstwa poszedł w miasto, a jako że był człowiekiem mało obytym w szerokim świecie uległ kolorowym reklamom i wpadł w sidła miejskich rządz. Podjadłszy sobie w napotkanym szynku, postanowił wypić co nieco alkoholu i w ten sposób nader miło spędzić wolny czas. Odwiedził kilka restauracji i dwie kawiarnie, gdzie z lubością delektował wina, przyglądając się pięknym kobietom. Po stwierdzeniu, że świat lekko się kołysze, zdecydował udać się na kolejowe planty i tam przeczekać do odjazdu swojego pociągu.
  
Po jakimś czasie, gdy Kotarba już nieco ochłonął, przysiadł się do niego młodzieniec o wyglądzie uczciwego ministranta i nawiązał interesującą rozmowę. Wypytał Kotarbę o zainteresowania, poglądy polityczne i zdrowie rodziny, po czym dyskusja zeszła na tematy końskie. Młody człowiek okazał się znawcą tematu, więc panowie dzielili się wiedzą o hacelach, podkowach i wychowaniu koni na użytek gospodarstwa rolnego. W końcu nieznajomy stwierdził, że tuż obok stoi jego koń i chętnie pokaże zwierzę Kotarbie, by ten ocenił go swoim okiem. Oczywiście, wzruszony gospodarz bez wahania podniósł się z ławki i przystał na propozycję, wyrażając jednocześnie ochotę na wstąpienie po drodze do knajpy, by tam omówić szczegóły obdukcji. Po przejściu kilku kroków młodzieniec zauważył leżący na środku alejki pękato wypchany pugilares i z triumfem oznajmił Kotarbie, iż znalezisko jest wspólne, więc muszą teraz skryć się w krzakach i podzielić sprawiedliwie zawartość. Do penetracji pugilaresu jednak nie doszło, bo nie wiadomo skąd pojawili się dwaj groźnie wyglądający mężczyźni i zażądali wyjaśnień. Stwierdzili, że przed chwilą zgubili znaczną sumę i muszą przeprowadzić na Kotarbie osobistą rewizję. Gospodarz początkowo stawił stanowczy opór, ale po rzuceniu nim dwa razy o twardą ziemię zgodził się na przetrząśnięcie kieszeń. Podczas obszukiwania Kotarby panowie podmienili co mieli podmienić i poszli w swoją stronę.
  
Dopiero przy zakupie biletu okazało się, że nasz Kotarba został wystawiony do wiatru przez zorganizowaną szajkę oszustów, którzy opracowali do perfekcji swój numer i uskuteczniali go na naiwnych podróżnych. Nieznany młodzieniec ulotnił się natychmiast gdy rozżalony Kotarba poprosił go o pożyczkę na zakup biletu. Stwierdził, że nie pożyczy ani grosza, bo przez taką błahostkę mógłby stracić na zawsze dopiero co poznanego przyjaciela.
  
Zawiadomieni policjanci rozłożyli bezradnie ręce i doradzili Kotarbie, by ten nie zawierał przygodnych znajomości w okolicach kolejowych dworców, gdzie na jednego podróżnego przypada dwóch oszustów. Pokazali na mapie ogłupiałemu do reszty Kotarbie umiejscowienie jego wsi i pożyczyli gospodarzowi na drogę… wszystkiego najlepszego.
/za Pogoń – zbiory MBP/

Jerzy Reuter
                                                                           
Zdjęcia pochodzą ze zbiorów m.in. ze zbiorów S. Siekierskiego i archiwów miejskich oraz FB