Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Pitavale Jerzego Reutera 13

W przyszłym roku minie 10 lat od śmierci wybitnego tarnowskiego prozaika i poety Jerzego Reutera, autora słuchowisk radiowych i dramaturga, dziennikarza i wielkiego pasjonata historii Tarnowa. Przez lata był współredaktorem naszego portalu. Wypełniając niejako testament przyjaźni i pamięć o Nim utrwalić postanowiliśmy przypomnieć niezwykle popularny cykl jego cotygodniowych Pitavali Tarnowskich publikowanych na naszych internetowych łamach w latach 2009 – 2015. Poniżej dwa kolejne odcinki tego cyklu.

 

 

Pitaval Tarnowski nr 25 - Międzynarodowy złodziej wpadł zdemaskowany przez słynnego Jakuba Leibla

 

 

Tajny konfident tarnowskiej policji Jakub Leibel, kolejny raz wykazał się gorliwością i nakrył w podtarnowskim Rzędzinie poszukiwanego międzynarodowym listem gończym groźnego przestępcę, który podając fałszywe pochodzenie zadekował się w Polsce, żeby w ten sposób uciec przed poszukującej go amerykańską policją. Leibel współpracując z nowojorskim szeryfem zdemaskował zbrodniarza i przyaresztował indywiduum na chwałę tarnowskich stróżów prawa.

 

Salomon Zucker, jak twierdził, przybył do Tarnowa z USA po czternastoletnim tam pobycie i dorobieniu się znacznej fortuny na handlu melonami. Zamieszkał w małym wynajętym domku i w szczęściu dożywał starości. Cieszył się wśród rzędzińskich gospodarzy należnym szacunkiem, a w wolnych chwilach przesiadywał w miejscowym szynku i opowiadał współbiesiadnikom o urokach życia na emigracji.

 

Wywiadowca Leibel zupełnie przypadkowo natknął się w wiedeńskiej gazecie na zdjęcie poszukiwanego bandyty i trafnie rozpoznał w nim rzeczonego Zuckera. By nie popełnić żadnego błędu, nawiązał korespondencję z amerykańską policją i poprosił o dokładny rysopis zbiega. Ustalenie prawdziwej tożsamości Zuckera trwało kilka miesięcy, ale zakończyło się pomyślnie i Leibel dokonał aresztowania.

 

Salomon vel Sam Zucker zrobił bardzo zdziwioną minę, gdy na jego rękach zamknęły się policyjne kajdanki, a rewizja w jego mieszkaniu była bardzo owocna i dała niezbite dowody złodziejskiej działalności ujętego. Znaleziono spore ilości biżuterii, znaczną kwotę pieniędzy i zastawne listy, opiewające na wysokie sumy.

 

W trakcie śledztwa okazało się, że Zucker był złodziejem „artystą” w swoim fachu. Okradał bogatych Amerykanów, pokonując zmyślne zabezpieczenia i alarmy. Nigdy nie rozbijał sejfów. Otwierał je precyzyjnie dorabianymi wytrychami i łamał najbardziej skomplikowane szyfry. Po kilku udanych skokach, gdy już odpowiednio się obłowił, zaprzestał okradać uczciwych ludzi, myśląc, że ci zapomną co stracili i będzie mógł żyć spokojnie, pomnażając majątek w różnych inwestycjach. Zucker zapomniał, że strata pieniędzy bardziej boli niż strata kochanego zdrowia i nikt mu tego nie wybaczy. Poszkodowani zwrócili się do najlepszych amerykańskich policjantów, a nawet wynajęli niezawodnych agentów Pinkertona. Sieć sprawiedliwości coraz bardziej zaciskała się wokół Zuckera. W końcu widząc co się święci postanowił uciec do Europy i zaszyć się w biednej Galicji. Nie wziął ścigany jednego pod uwagę, nie przewidział, że trafi na tak wytrawnego agenta jak Leibel, który też był „artystą” w swoim fachu i gdy raz skrzyżował swoje drogi z przestępcą nie odpuszczał, aż udowodnił winę. Przy aresztowanym policjanci znaleźli paszport, wystawiony przez tarnowski magistrat, co wskazywało na wyjazdowe plany Zuckera.

 

 

Po dokładnym śledztwie Zucker oczekiwał na odtransportowanie do Ameryki, a dzielny wywiadowca Leibel na sporą nagrodę wyznaczoną przez poszkodowanych.

/za Pogoń – MBP Tarnów/

 

 

Pitaval Tarnowski nr 26 - Honorowa śmierć po niehonorowym pojedynku

 

 

Gdy młody aplikant adwokacki Alfred Taniewski policzkował podporucznika 57 pułku piechoty Fryderyka Kircherta nie pomyślał, że czyn ten zakończy się krwawą jatką ze śmiertelną ofiarą.

 

Panowie spotkali się w tarnowskiej restauracji przy suto zakrapianej kolacji, a każdy z nich przyszedł osobno. I tak też zasiedli na restauracyjnej sali. Początkowo nie zwracali na siebie uwagi. Jedli i pili do woli w rytmie przygrywającej orkiestry i drapieżnym wzrokiem spoglądali w stronę nielicznych na sali dam. Kirchert z gestem oficera zastawił swój stół wybornymi przekąskami i różnością alkoholi, a ubogi aplikant Taniewski raczył się tańszą czyścioszką z okazałym śledziem na ząb. Jakież było zdziwienie oficera, gdy jedna z zatrudnionych tam panienek odmówiła mu tańca, a już po chwili kręciła się na parkiecie w ramionach Taniewskiego. Zazdrość, podkręcona sporą dawką likieru, uderzyła do żołnierskiej głowy niczym szrapnel w skład amunicji. Taniewski zaś, widząc purpurową twarz Kircherta posyłał mu ucieszne ukłony przeplatane podskokami fokstrota, mrugał w jego stronę i kręcił kółka na czole. Sala trzęsła się ze śmiechu. Obrażony oficer nie wytrzymał wstydu i podchodząc do tańczącej pary na chwiejnych nogach chciał uderzyć błaznującego w głowę, lecz ten zrobił unik i cios wylądował na fantazyjnym koku kobiety. Panienka narobiła wrzasku, a Taniewski zdzielił oficera kułakiem w środek czoła. Kirchert dobiegł na czworaka do szatni i porwał z wieszaka swoją szablę, po czym rycząc jak zraniona lwica natarł na Taniewskiego. Do krwawej masakry nie doszło dzięki innym gościom, którzy skutecznie rozdzielili walczących.

 

Na drugi dzień do Taniewskiego przyszli sekundanci oficera i w jego imieniu zażądali satysfakcji. Młody aplikant nie miał najmniejszego pojęcia o pojedynkach, nigdy nie strzelał z pistoletu i nic nie wiedział o machaniu szablą, ale ochoczo podszedł do sprawy i wyraził zgodę, przyjmując najostrzejsze warunki. Taniewski był na pozycji z góry przegranej i długo szukał sekundantów, co zaalarmowało tarnowskich policjantów, którzy wzięli pod baczną obserwację desperata. Wobec takich trudności panowie przenieśli pojedynek do Krakowa.

 

Spotkali się w umówionym dniu na ujeżdżalni numer 5 przy ulicy Lubicz. Pierwsze strzelanie przeprowadzili z pistoletów gładkolufowych, ale bezskutecznie. Taniewski po każdym nieudanym celowaniu Kircherta śmiał się szyderczo i zawadiacko podkręcał wąsa, co doprowadzało oficera do wielkiej nerwowości. W końcu panowie postanowili strzelać z odległości czternastu kroków. Tym razem Taniewski został ugodzony w nogę i upadł zemdlony. Po ukazaniu się krwi sekundanci zgodnie ustalili rozstrzygnięcie pojedynku i odwieźli rannego do szpitala.

 

W szpitalu lekarze poddali Taniewskiego natychmiastowej operacji, ale po kilku minutach nastąpiła agonia i aplikant wyzionął ducha. Przyczyną śmierci było pęknięcie aorty udowej i całkowite wykrwawienie.

 

28 – letni denat był synem znanego w Tarnowie byłego pułkownika wojsk Rosyjskich i zaprzysiężonego tłumacza kilku języków obcych Tadeusza Taniewskiego.

/za Pogoń – zbiory MBP/

 

Jerzy Reuter

 

Zdjęcia pochodzą ze zbiorów m.in. ze zbiorów S. Siekierskiego i archiwów miejskich oraz FB