Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Daty uniwersalne i polskie

Taki dzień jak dzisiaj, kiedy piszę te słowa - dywaguje znany i ceniony reżyser i publicysta Tomasz A. Żak, twórca i dyrektor Teatru Nie Teraz - to  w historii dzień jak każdy, czyli ktoś się urodził, gdzieś była bitwa, coś zdarzyło się po raz pierwszy, a jeszcze coś daje nam powód do smutku. A piszę to 27 dnia stycznia, w dniu, w którym każde medialny publikator wspomina o tzw. wyzwoleniu niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Niesamowitym jest widzieć na własne oczy (wystarczy świadomie żyć dłużej niż trwa jeden sezon polityczny), jak orwellowsko zmienia się historia, a dokładnie rzecz ujmując, jak jest zmieniana. Polakom konsekwentnie kradzione są ich dzieje, a w ich miejsce otrzymujemy toksyczny produkt załganej historiografii naszych wrogów. I tak, miast dumy z polskich naukowców, artystów czy żołnierzy mamy „pedagogikę wstydu”, a zamiast rzetelnego rachunku „za i przeciw” otrzymujemy socjotechniczny festiwal relatywizmu. Jeżeli robią to obcy, to może być nawet zrozumiałe, choć oczywiście jest podłe i na pewno powinno być jak najbardziej oficjalnie kontestowane. Natomiast jeżeli podobna narracja jest obecna w naszych mediach publicznych, to mamy do czynienia z czymś po prostu brudnym. W efekcie już nie jeden raz zadawałem sobie pytanie: jaką tak naprawdę misję realizują te media i instytucje, które podlegają rządowi RP?

Często w kontekście Auschwitz-Birkenau słyszę określenie – zagłada. Słusznie, ale coraz częściej słyszę jednak o zagładzie definiowanej etnicznie i nie mogę tego po ludzku zrozumieć. Bo przecież ten obóz, być może jako jedyny z tych, które zbudowali Niemcy na ziemiach Europy, był wyjątkowo, gdy chodzi o ilość nacji tutaj eksterminowanych. Wielki polski artysta plastyk, Marian Kołodziej, numer obozowy 432, widział to jasno: „W obozie wśród więźniów nie ma rozróżnienia na Żyda, Polaka czy Francuza. Los wszystkich jest jednakowy, określony: zagrożony śmiercią w każdym momencie”.

Dokładnie tak  samo wyglądała zagłada na Wołyniu, szczególnie od 1943 roku, czyli każdy, kto był wskazany przez ukraińskich nazistów, był wtedy zagrożony śmiercią.  W niemieckim konzentrazionlager zabijano przywiezionych tam więźniów jednak bez względu na ich narodowość, byle byli wytypowani przez ubermenschów, a na ziemi wołyńskiej i szerzej na południowo-wschodnich rubieżach Rzeczpospolitej ludzie byli mordowani tylko dlatego, że byli Polakami. I kiedy ta myśl dotarła do mnie w pełni, to sięgnąłem do niezwykłego kalendarium. Rzecz ma wymiar podobny do Zeszytów Oświęcimskich, czyli składa się ze świadectw osób, które przeżyły i tak jak Zeszyty niegdyś powinno to być obowiązkowym materiałem edukacyjnym dla każdego młodego Polaka. Zobaczmy wspólnie, co działo się w przeddzień wkroczenia Armii Sowieckiej do obozu Auschwitz-Birkenau w leżącym już dawno za frontem województwie tarnopolskim. Przytoczone relacje pochodzą z dzieła Henryka Komańskiego i Szczepana Siekierki, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach w województwie tarnopolskim 1939 – 1946. Wrocław 2006.

26 stycznia 1945 r., wieś Majdan pow. Kopyczyńce. Banderowcy podczas drugiego napadu (w marcu 1944 roku zamordowali tutaj 35 Polaków), obrabowali i spalili gospodarstwa polskie oraz zamordowali 118 Polaków, głownie kobiety, dzieci i starców. Ks. Wojciech Rogowski próbował ratować parafian zgromadzonych w kościele i na plebanii przekonując banderowców, że szykują się do wyjazdu do Polski, ale bezskutecznie.

Świadectwo Józefa Ciemnego:

Drugi napad, o wiele groźniejszy w skutkach, miał miejsce nocą 26 stycznia 1945 r. Wzięło w nim udział znacznie więcej banderowców i został on dokładnie zorganizowany. Napastnicy nie ominęli tym razem kościoła, gdzie zgromadziło się wielu mieszkańców. Dokonali tam masakry kilkudziesięciu osób. Część ludzi znajdowała się na strychu i chórze. Masywne drzwi były zaryglowane. Napastnicy po ich wyłamaniu zaczęli wrzucać do wnętrza granaty oraz strzelać (...) Na chórze wraz z księdzem Wojciechem Rogowskim, ukrytych było kilkanaście osób. Banderowcy nie mogli się tam dostać. Zaczęli więc wołać, aby wszyscy zeszli, że nie uczynią nikomu krzywdy. Zagrozili też podpaleniem kościoła. Ludzie początkowo się wahali, ale za przykładem księdza skakali z góry na rozłożone poduszki i pierzyny. Niektórzy spuścili się na sznurach zwiniętych z prześcieradeł. Kiedy wszyscy opuścili chór, banderowcy pozwolili wyjść na zewnątrz. Jedni przepuszczali, ale drudzy po chwili mordowali. Księdzu Rogowskiemu pozwolono wyjść i kiedy dochodził do plebani, któryś z morderców trzema strzałami ciężko go ranił. Żył jeszcze kilka godzin, umarł z upływu krwi. Bratową księdza oszczędzono, bo była Ukrainką, ale jej dwóch synów zamordowano.

Wewnątrz kościoła zginęli: Paweł Ciemny z żoną Jadwigą, którą zarąbała siekierą Ukrainka Katarzyna Tytor. Ona też zarąbała siekierą Stanisławę Żywinę, żonę Mikołaja oraz Michalinę Żywinę, żonę Jana i jego synka z pierwszego małżeństwa. W kościele zostali także zamordowani: Michał Towarnicki z żoną Anną i córeczką, Anna Nowacka z córką, Franciszek Dżumyk i Leon Żywina. Obok kościoła ukraińscy rezuni zatrzymali ojca Grzegorza Ciemnego, ściągnęli z niego odzież, buty i zarąbali siekierą. Obok mego ojca leżał Jan Czarnecki, który zginął w podobny sposób. Na plebani banderowcy zastrzelili moich stryjów: Mikołaja Ciemnego, Filipa Ciemnego i Jana Ciemnego, razem z żoną i córką.

W domowych kryjówkach, w wykopanych pod szopami i stodołami jamach, spalili się żywcem lub udusili dymem i czadem: Eliasz Puk z żoną Janiną, Paweł Tanach z żoną Marią i córką, Jan Maćków z zoną, Hania Maćków, Rozalia Pańczyszyn, żona Piotra, Jan Hapen syn Ignacego, Antoni Pełechta z żoną i trójką nieletnich dzieci, Anna Szymańska, żona Mikołaja, Józefa Dutka, żona Antoniego, Anna Bandura z wnuczką, córką Marcina (…)

Świadectwo Jana Kinala:

W tę pamiętną noc na własne oczy widziałem zwierzęcą rozprawę banderowców z mieszkańcami wsi. Krzyczeli ludzie, ryczało bydło. W powietrzu unosił się zapach ludzkiej krwi i pogorzelisk. Ludzie schronili się w kościele, ale to nie powstrzymało bandytów. Wrzucili do środka kilka granatów, weszli od strony ołtarza, wyciągali ludzi i na miejscu zarąbywali siekierami. Widziałem jak bandyci wrzucali do ognia żywych mieszkańców: Dombę i Katarzynę Żabielską. W kościele zabili H. Towarnicką z 4-letnim dzieckiem oraz 65-letnią Bocian z trzema wnukami. Spalono mi dom, stodołę, 20 centarów zboża i cały inwentarz. Zostałem w koszuli, ale z wiarą, że kara dosięgnie morderców”

Powinno czytających te słowa zdziwić, a może nawet oburzyć, że dzieło, z którego pochodzą powyższe świadectwa zostało wydane w zasadzie prywatnym sumptem, jak i taką był cała tytaniczna praca dokumentacyjna na to dzieło się składająca. Tak, mamy w naszej historiografii ogromny materiał źródłowy dotyczący ludobójstwa dokonanego na Polakach przez nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-1947. Jego zręby tworzyli Władysław Siemaszko i jego córka Ewa, wydając w roku 2000, niemal konspiracyjnie, fundamentalną dla tego tematu monografię dotyczącą Wołynia. Tak, obecnie Instytut Pamięci Narodowej wykonuje obecnie potrzebną dokumentacyjną i edukacyjną pracę, ale tematyka kresowa wciąż jest „nieatrakcyjna”, wciąż marginalizowana. A najlepiej widać to we wspomnianych na wstępie mediach.  I wciąż nie możemy liczyć na powstanie choćby jednego muzeum, które opowiadałoby uczciwie o tej zagładzie.

Niemiecka fabryka śmierci w Oświęcimiu to na pewno temat wyjątkowy, symboliczny i współcześnie coraz bardziej „uzbrojony” w muzea, instytuty i fundacje suto wspierane groszem publicznym i zagranicznym. Muzeum w Oświęcimiu powstało w celu utrwalenia pamięci o tym „anus mundi”, jak określił to miejsce w tytule swej książki Wiesław Kielar, numer obozowy 290. A więc był tam cały świat. Dlaczego go dzisiaj nie ma? Czy odpowiedzią jest ta refleksja już cytowanego Mariana Kołodzieja: „Patrząc z góry na ten nasz XX wiek [XXI jak najbardziej również – dop. TAŻ] poprzez schyłek mojego życia, widzę, że po Oświęcimiu na tej ziemi nie tylko nic się nie zmieniło – a miało – lecz jest gorzej. Światem dalej rządzą prawa łagru. Fabryka śmierci – unowocześniona, skomputeryzowana. Spotworniała Apokalipsa z moich rysunków – trwa”.

Tomasz A. Żak  /www.pch24.pl/