Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Dzień Plaskacza wg. Poświatowskiego

Ludzie, którzy rezygnują z własnej wolności dla swojego bezpieczeństwa, nie będą mieli ani jednego, ani drugiego...

"Plask. Plask!" - niosło się po wielu polskich domach. Ten zdrowy, a zapomniany obyczaj trafił znów pod strzechy jednocząc Polaków niezależnie od płci, poglądów politycznych, wyznania wiary lub niewiary (niepotrzebne skreślić), stopnia zamożności, grubości, wielkości łysiny i tysiąca innych kryteriów czy podziałów – i to pomimo faktu, iż ani rzecznik praw ludzi otyłych, ani rzecznik praw łysych, póki co nie istnieli. Może to i lepiej, biorąc pod uwagę fakt, że taki na przykład Rzecznik Praw Obywatelskich, pan Bodnar zajmował się wszystkim, tylko nie prawami zwykłych obywateli. W akcie pogłębionej autorefleksji plaskali się więc po twarzy m.in. co bardziej świadomi wyborcy obozu "dobrej zmiany" (Posada i Socjalizm, Socjalistyczna Posada i Poronienie Jarosława Gowina).

- Halinka – wołał Kowalski swoją żonę stojąc przed lusterkiem. - Weź mi przyłóż z plaskacza, tak raz, a dobrze, bo komu jak komu, ale tobie żmijo nie zadrży ręka. I nie wołał nadaremno, tym bardziej że małżonka była świadoma najnowszych antyprzemocowych pomysłów Zbigniewa Ziobry i kombinowała już, jak zmienić męża na nowszy model i puścić w skarpetkach. Wedle tych pomysłów bowiem, wystarczyło oskarżenie o przemoc domową, by nawet bez wyroku sfeminizowanego sądu, małżonek musiał się wynieść z własnego mieszkania, by dopiero później udowadniać, że nie jest wielbłądem, a samą przemoc małżonka sobie wymyśliła. Zasada domniemania niewinności tu nie istniała. Prawo własności też nie.

Nawiasem mówiąc, z tego samego powodu plaskali się po twarzach przedsiębiorcy, zastanawiający się, czy z kolejnych rządowych pomysłów wyjdą "z tarczą", czy raczej "na tarczy", w sytuacji, w której bohaterski, socjalistyczny rząd walczył z problemami przez siebie stworzonymi. W dodatku, wedle pomysłów tego samego resortu, zaistnieć miała "konfiskata prewencyjna". Również bez udziału sądu. Ot, wystarczyło, by jakiś urzędnik uznał, że któryś z kontrahentów firmy X jest podejrzany, by zająć majątek firmy X – i dopiero potem, niech przedsiębiorca latami udowadnia, że nie był wielbłądem.


Nadeszły więc czasy, w których nikt nie mógł być pewien ani swojego portfela, majątku, ani wolności. Z tych i innych powodów nikt nie znał dnia, ani godziny – niech no który obywatel spróbowałby władzy podskoczyć, to znajdzie się na niego tuzin paragrafów! Metoda kija i marchewki była opracowana: kije były potężne, a marchewka – wyciągnięta wcześniej z kieszeni obdarowanego, który dziwił się, dlaczego mając więcej pieniędzy, kupić może coraz mniej. A przecież to był dopiero skromny początek!

A sam Kowalski, z pomocą swojej żmiji, której był wierny (po co obcych wrogów sobie szukać) plaskał się po ryju od czasu, kiedy przejrzał statystyki, z których wynikało, że śmiertelność ogółem w pierwszym kwartale tego roku, nie odbiegała od śmiertelności w ubiegłych latach – tak w Polsce, jak i w innych krajach. Według branży funeralnej, liczba pogrzebów zmalała wręcz o dziesięć procent. Musiało to oznaczać, że statystyki śmiertelności z powodu koronawirusa fałszowano na potęgę, budując przy tym stosowną atmosferę grozy - i ochoczo brały w tym udział wszystkie media: jedne z wyrachowania, inne w pogoni za sensacją, co pokazywało tylko stopień zdurnienia tychże. Jak ktoś umierał, to choćby nie wiem na co umarł, coraz częściej wiadomo było, że umarł na koronawirusa. W dodatku Covid bynajmniej nie był liderem pod względem śmiertelności – aborcja wciąż była główną przyczyną zgonów na świecie. No i nikt nie zamykał gospodarki i nie kazał ludziom siedzieć w domach z powodu hekatomby, jaką w Polsce były wypadki drogowe.


Kowalski plaskał się po ryju z pomocą niewzruszonej ręki żony również z wielu innych powodów. Głównym, prócz bezsensownego zmrożenia gospodarki, była konieczność duszenia się w maseczce, co było jawnym bezprawiem ubranym w szaty prawa. W dodatku najważniejszy minister, co to sam w maseczce nie chodzi, choć jeszcze "wczoraj" mówił, że maseczki nic nie dają, oświadczył, że walka z zarazą i noszenie na mordach rozmaitych kagańców będzie trwała tak długo, dopóki on osobiście nie wbije igły ze szczepionką każdemu Polakowi, choćby to miało trwać dwa lata, albo do końca świata i jeden dzień dłużej... Czy jakoś tak. Kowalski nie pamiętał dokładnie, wypowiedzi ministra, ale sens był mniej więcej ten sam. Teraz zastanawiał się, czy będą to te same szczepionki, którymi pod auspicjami WHO i UNICEF swego czasu szczepiono kobiety w jednym z afrykańskich państw, po czym okazało się, że powodują one nieodwracalną bezpłodność? Czy może wyjdą spod ręki finansującego właśnie różne takie "zdrowotne", "filantropijne" agendy Bila Gatesa, kreowanego na zbawcę ludzkości, który ma nas "ratować", sam będąc zwolennikiem depopulacji? To jakby wpuszczać lisa do kórnika, wynająć złodzieja do pilnowania domu, albo mordercę do osobistej ochrony. No i kto weźmie odpowiedzialność za negatywne odczyny poszczepienne? Czy opornych będzie się siłą doprowadzać i przytrzymywać i na jakiej podstawie prawnej? Może jakieś łapanki z udziałem WOT? A może będą blokować konta bankowe? Albo nie będzie można bez szczepienia podjąć pracy czy posłać dziecko do szkoły? Jakie nowe szykany zafunduje nam rząd "dobrej zmiany", z ministrem bez maseczki na czele? - zastanawiał się nasz bohater, podobnie jak wielu innych ludzi.

Póki co Kowalski cieszył się, że wolno mu chociaż o tym wszystkim myśleć, bo w sieciach społecznościowych szalała cenzura, masowo znikały wpisy kwestionujące "pandemię", lub nie były indeksowane w wyszukiwarkach. Co oficjalnie zapowiedziano. "Jedynie słuszna prawda" zagościła nawet w temacie sieci 5G – pierwsza strona wyników w google prezentowała tylko i wyłącznie strony dementujące wszelkie informacje o możliwej szkodliwości nie przebadanej sieci piątej generacji. Bo "nie udowodniono szkodliwości". Tyle że nie udowodniono też "nieszkodliwości", o czym się już nie wspomina. Kowalskiemu, jako dziecku PRL, w takich sytuacjach od razu włączał się w głowie ostrzegawczy alarm – skoro "nieprawomyślne" treści się cenzuruje, to coś musi być na rzeczy. Ale podczas gdy na świecie rodził się Nowy, Wspaniały Świat, sieć (fejsbók, youtube, google itp) pełna była funkcjonariuszy politycznej poprawności, a prześladowania w imię walki z "mową nienawiści" nasilały się, podoba procesy można było obserwować również w Polsce. Najnowszym przykładem była informacja, że rząd dobrej zmiany, w ramach walk z "fejkiem" wspiera specjalną platformę, mającą "prostować" "niesłuszne", to znaczy tfu, "nieprawdziwe" informacje.

Kowalski, zastanawiał się też, czy jak w poniedziałek pójdzie wreszcie do knajpy i nie będzie miał w telefonie zainstalowanej "dobrowolnej" inwigilacyjnej aplikacji – to czy kelner spisze jego dane z dowodu? Na wypadek, gdyby potem okazało się, że w tym samym czasie w lokalu przebywał ktoś "zarażony". Podczas gdy większość "zarażonych" nie wiedziała nawet o tym, że są "zarażeni", bo przechodzili wirusa bezobjawowo. Dlaczego więc nie wprowadzić tego "udogodnienia" – dla dobra obywateli rzecz jasna – we wszystkich sklepach? "Dowodzik proszę, obywatelu!". A może od razu zaczipować ludzi jak bydło? Przecież już pozwalają traktować się jak bydło, nosząc kagańce na mordach?

Kowalski, z pomocą żony trzaskał się więc po ryju raz po raz z plaskacza. Za cenzurę. Za inwigilację. Za stworzone narzędzia represji i tresury. Za propagandę. Za bezprawne ograniczanie wolności. Za głupotę swoją i sąsiadów, wyrażoną przy wyborczej urnie. Za szerokie uprawnienia służb i urzędników. Za coraz to nowe podatki i daniny. Za socjalizm i rozdawnictwo, zamiast np prostych, niskich podatków, wyższej kwoty wolnej od podatku, możliwości pełnego korzystania z pracy własnych rąk, bez absurdalnych obciążeń. Kowalski walił się za biurokrację. Za kryzys gospodarczy i drożyznę. Za ustawy, o których wiadomo przed głosowaniem, że wymagają nowelizacji. Za konferencje prasowe bez udziału dziennikarzy, za to z udziałem propagandystów z TV, jak szalet – "publicznej". Za nie odpowiadanie na pytania zadane mailem. Za nowe prawo, pozwalające na znane z PRL centralne regulowanie cen. To znaczy ustalanie przez rząd ceny maksymalnej wybranych produktów. Kowalski dumał, które produkty jako pierwsze padną ofiarą nowego pomysłu rządu na rozwiązanie problemów przez rząd stworzonych. Niewątpliwie produkty te, wskutek regulacji, znikną z półek sklepowych jako pierwsze, by na "czarnym rynku" osiągać zawrotne ceny. Wtedy rząd powoła jakieś inspekcje robotniczo-chłopskie, a reżimowe media, jak za dawnych lat, chłostać będą "spekulantów". By rozwiązać problem, stworzony własnym rozwiązaniem, mającym rozwiązać wcześniejszy problem, stworzony przez siebie. Przynajmniej do czasu, aż ludzie masowo nie wyjdą na ulice lub zaczną masowo ignorować zarządzenia "władzy". Na razie nie zanosiło się na to, bo "nie gryzie się ręki karmiącej", a statystyczny wyborca nie rozumiał, że rząd, każdy rząd, może mu dać tylko ochłap tego, co mu wpierw sam zabrał. Poprzedni rząd popełnił błąd, bo zabierając – nie dawał nic. Zwyciężyła więc filozofia "ci mniej kradną". Cóż za piękny obraz feudalnej, niewolniczej postawy...

Tak, Kowalski, wyborca "dobrej zmiany", tak jak wielu jemu podobnych, chłostał się po twarzy (z pomocą żony) raz po raz, a wyliczanka powodów do wstydu była bardzo długa. A przecież umiłowani przywódcy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa....
- A teraz Halinka, w intencji Trybunału Stanu dla rodzimych uczestników globalnego spisku i tych, którzy wykorzystali go do ograniczenia praw obywatelskich – powiedział Kowalski. - I jeszcze dla pewności, dla durniów którzy wzięli w tym udział. I za wybory między dżumą a cholerą! A za ministra zdrowia – dawaj oburącz! Plask!. Odgłosy plaskania słychać było nawet piętro niżej.

Ale plaskali się także wyborcy Pogardy Obywatelskiej. Nie tylko za "Kidawę", która się wycofała, zanim wystartowała, notując poparcie w granicach błędu statystycznego. Niektórzy plaskali się zniesmaczeni, tym, co "opozycja totalna" wyprawiała, nie mając do zaprezentowania nic poza "antypisizmem" i donoszeniem na własny kraj. Wprawdzie w Polsce zwykle głosowało się raczej "przeciwko komuś", niż "za czymś", a wyborców u nas mobilizowało się poprzez zarządzanie emocjami, nienawiścią, kreowanie podziałów - ale wypadałoby po tylu latach kłamania, mieć coś wiarygodnego do zaproponowania. Z kolei zatwardziali Współcześni Targowiczanie i inni renegaci z PO/KO, którym to polskość się jakby nie przyjęła, plaskali się za to, że rzekoma pandemia nie przytrafiła się wówczas, gdy to oni rządzili. To znaczy pandemia była, to całe A1...coś tam, tylko coś nie wypaliło z New World Order, a ta głupia Ewka oświadczyła wtedy, że żadnych szczepionek nie kupi... Ale gdybyśmy teraz my rządzili – o! Wówczas cały PiS z przystawkami, "w majestacie prawa" siedziałby w obozach i karcerach, oczywiście "prewencyjnie", na kwarantannie. "Ten kraj" podzielony byłby na udzielne księstwa, z Wolnym Miastem Gdańskiem, Pomorzem i niemieckim Śląskiem. Politycy PO chwaleni byliby w UE za "rządy prawa", "obronę demokracji", wycmokiwani przez niemieckie media, wianowani nagrodami i marionetkowymi posadami. Ech, a mogło być tak pięknie! Plask!

I tylko w mediach nie słychać było plaskania. W "Gadzinach Wyborczych", TVN-ach, Newsweekach i temu podobnych niemieckich mediach dla Polaków, "plaskaczy" nigdy nie było. Nie było tam bowiem poczucia wstydu. Tylko w mediach publicznych czasem cicho ktoś plasnął. A i to w domowym zaciszu, w lęku, czy ktoś nie podsłuchuje. No, choćby za takiego "Kazika", co to ośmielił się nagrać piosenkę o samym Naczelniku i ta piosenka wygrała listę przebojów. I trzeba było ocenzurować. Więc Marek Niedźwiedzki to nawet w proteście sobie poszedł i plaskać nie musiał.

Nie, dobrej zmiany nie dało się obronić. I jeszcze sama dostarczała zachodnim zaborcom amunicji. Nie żal było za to "opozycji totalnej", choć niektórzy pewnie jej żałowali. Tak czy owak, plaskanie niosło się szeroko i daleko. Plaskali się przedsiębiorcy i pracownicy, grubi i chudzi, łysi i kędzierzawi. Za całokształt. Za rządzącą od 1989 roku "bandę czworga". Za stan wojenny wprowadzony bez jego wprowadzania, za powrót komuny i totalniackie zapędy. Za lata kłamstw z lewa i prawa. Za cyrk z wyborami, które przecie musiały czym prędzej się odbyć, zanim wyborcy zdążą się połapać, zanim mocniej nie dostaną po kieszeni, zanim nie zrozumieją, jak bardzo zostali złapani za twarz... Za wybór między dżumą, a cholerą, sprowadzający się do technicznych szczegółów tego, w jaki sposób obywatele będą łupieni i prześladowani i przez kogo. Obecnie mogli mieć "satysfakcję", że nawet jak ich coś złego spotyka, to pod sztandarem "patriotyzmu". Gdyby rządziła PO, działoby się to pod hasłami innej "konieczności dziejowej" – postępu i "wartości europejskich". W tych zabiegach o trzymanie zewnętrznych znamion władzy liczyło się jedno: by operowany pacjent nie wiedział że jest operowany i przerabiany. A jak już się obudzi, to by nie śmiał nawet beknąć!

Było jednak jeszcze jedno miejsce, z którego plaskania nie było słychać...
- Panie Naczelniku, więc mam taki pomysł, co mi się nasunął przy okazji pierwszej w historii debaty wyborczej do wyborów, które się nie odbyły – powiedział jakiś Figiel. -Ja szczerze mówiąc z podziwem patrzyłem na ten sekundnik zegara, co tak pięknie gubił sekundy w czasie wypowiedzi kandydatów opozycji. Bo były problemy z synchronizacją zegarów. Otóż nie każdy pamięta, jak parę stuleci temu przechodziliśmy z kalendarza juliańskiego na gregoriański. Parę dni udało się wtedy zgubić. Więc precedens już jest. Ale na tym nie koniec. Niektórzy uważają, że Chrystus narodził się cztery lata przed narodzinami Chrystusa. Wtedy bowiem umarł Herod. Inni sądzą, że Chrystus narodził się osiem lat przed narodzinami Chrystusa. Wtedy bowiem cezar Oktawian August ogłosił słynny spis ludności. Mielibyśmy więc teraz rok 2028. Więc patrząc na ten zegar w studio TVP i mając na uwadze te zmiany dat, i przechodzenie z kalendarza księżycowego na słoneczny – a przecież inne niż Ziemia planety mają inny czas obiegu wokół słońca, zatem może być czas choćby marsjański – więc biorąc to wszystko pod uwagę i to, że Chińczycy mają inny czas, i Żydzi, i Muzułmanie – to można by tak zakombinować, tak zakręcić, że moglibyśmy ogłosić, przy udziale PAN, że zaszła straszna pomyłka i mamy obecnie rok, na przykład 2018. I wtedy, tak jak chciał Gowin, Duda rządziłby dwa lata dłużej -  i to bez zmiany ordynacji i konstytucji!
- Moglibyśmy tak cofnąć czas choćby i do PRL – dodał któryś z większych bałwanów nie rozumiejąc, że czas właśnie się tam cofał - i to bez zmiany czasu! -Albo liczyć czas od narodzin pana prezesa!
Kiedy wyszli, Namiestnik westchnął i podszedł do lustra. W powietrze uniosła się jego ręka i szybko zbliżyła do twarzy... Tuż przed nią jednak zatrzymała się i prezes nieoczekiwanie uśmiechnął się do siebie i... pogładził po policzku...

Tymczasem taki jeden pismak rzucił hasło na nowy "czelendż", opatrzony hasztagiem "Dzień Plaskacza". Osoby mające dość obecnej sytuacji, a poczuwające się do odpowiedzialności, miały mężnie do internetowej kamery nadstawiać policzek i od serca walić się z liścia. Przekazując przy tym dowolną kwotę na dowolny cel i nominując kogoś do udziału. Plask!

Mirosław Poświatowski