Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Tomasz A. Żak: Jak to zdjęcia łączą ludzi

Na okładce książki, o której chcę opowiedzieć jest reprodukcja zdjęcia, gdzie dominują dwie kłócące się ze sobą barwy: niebieskość i zieleń. Jest coś więcej albo raczej jest coś, czego nie ma, a na pewno było w momencie naciskania migawki. Widzimy więc kobietę siedzącą na ławeczce przed domem. To stara kobieta - co do tego nie ma wątpliwości. Mówi to nam jej strój – niebieski kuchenny fartuch wciśnięty na czarną bluzkę i czarną spódnicę, stopy w czarnych skarpetach i rozklapane plastikowe chodaki, potem duże spracowane i pomarszczone dłonie leżące na udach i… cała reszta, otoczenie – te różne kwiatki w doniczkach, ten wytarty kolorowy dywanik na ławce, niżej jakieś zielsko wyłażące ze szpar w betonie. Nie mówi nam tego jej głowa, twarz, bo tej nie ma. Została odcięta przy kadrowaniu. Dlaczego?

Od dawna nie miałem takiej sytuacji, abym, biorąc się za lekturę jakiejś książki był do jej odbioru tak sceptycznie nastawiony. Nie ukrywam, że sceptycznie, a nawet więcej. Nie żeby ktoś mi coś powiedział, zasugerował. Nic z tych rzeczy. Książka Agnieszki Pajączkowskiej trafiła w moje ręce tak po prostu, prawie przypadkowo i nic o niej wcześniej nie wiedziałem, ale…  po kolei. No bo tak: rzecz jest wydana przez Wydawnictwo Czarne, które od lat preferuje w swej ofercie pozycje – posługując się eufemizmem – mało styczne z polską racją stanu. Po drugie biogram autorki tej książki, pomieszczony na tzw. skrzydełku, przedstawia ją posługując się sfeminizowanym językiem, który jest, jakby na to nie patrzeć, orężem antykultury. Autorka na tej wizytówce to animatorka i kuratorka oraz kulturoznawczyni i twórczyni. Po trzecie pani Agnieszka jest absolwentką Uniwersytetu Warszawskiego, a ta uczelnia to przecież tutaj nad Wisłą inkubator i wylęgarnia wszelkiej maści lewackich miazmatów współczesności. No i jeszcze tzw. kariera publicystyczna autorki, czyli współpraca z Gazetą Wyborczą czy Krytyką Polityczną. Chyba wystarczy, aby tzw. prawak, za którego można mnie brać, się uprzedził, czyż nie?

A dlaczego pomimo tych wszystkich znamion „ciemnej strony mocy”, której analizowanie i opisywanie już dawno mi obrzydło; dlaczego jednak zacząłem lekturę tej książki zatytułowanej: „Wędrowny Zakład Fotograficzny”? Dobre pytanie.

Agnieszka Pajączkowska opisuje swoje podróżowanie wzdłuż obecnych granic Polski, ale tych, które w większości obecnymi stały się dopiero po II wojnie światowej. Ta podróż to rozciągnięte na parę lat wypady do miejsc, gdzie – jak to się zwykło mawiać - „diabeł mówi dobranoc”. Do miejsc położonych tam, gdzie droga się kończy; tam, gdzie (to cytat za panią Agnieszką) „wrony zawracają”. A więc na jakichś obrzeżach, kresach. No i właśnie te kresy, a właściwie to „Kresy” z dużej litery pisane, czyli to, co jest mi więcej niż bliskie. Musiałem otworzyć tę książkę i zobaczyć, co ta „fotograficzka” zobaczyła. Tym bardziej, że te polskie współczesne obrzeża kończące się – umownie pisząc – na Bugu i Odrze, pełne są ludzi z Kresów prawdziwych, czyli z wschodnich ziem II Rzeczypospolitej. A ja od lat przecież  również staram się wędrować do tych ludzi choć innym pojazdem niż p. Agnieszka – ona fotograficznym, a ja teatralnym. Ona starym Volkswagenem a ja starym Mercedesem. Ona najczęściej sama, a ja zwykle z moimi aktorami.

Teraz muszę się przyznać do drugiego czytelniczego grzechu. O moim nastawieniu już było, ale to nie wszystko, bo z tego nastawienia/uprzedzenia wykociła się teza, aby czytając tę książkę „z obowiązku”, od razu znajdować w niej dowody na „lewoskrętność” autorki. A najlepiej to widać , gdy tacy ludzie mówią o Ojczyźnie (o patriotyzmie konkretnie) i – a to przede wszystkim –o Kościele, o wierze w ogólności. No i zacząłem czytać i notować: str. 12, akapit 2, wers 3; str. 16, akapit 1, wers 2 itd. To było trochę tak, jakbym naśladował jakiegoś detektywa z klasycznego angielskiego kryminału, który wskakuje do taksówki i woła do kierowcy: Za tamtym samochodem!  Szczęśliwie, gdzieś około 40 strony się opamiętałem, w czym pomogła mi najbardziej osoba śledzona. Byłem tym mile zaskoczony. No i teraz mogłem wsiąść do jej auta i popatrzeć jej oczyma na to kresowe pogranicze.

Pomimo upływających dziesięcioleci, zmian politycznych i dodatkowo nieszczęsnej transformacji, te miejsca, te mieszkające tam społeczności wciąż żyją dwoma głównymi tematami: rzezią wołyńską i Akcją Wisła oraz trzecim, który wszystko łączy - wypędzeniami. Ten trzeci ma swoje różne narodowe mutacje, bo i polską, i ukraińską, i łemkowską, ale i niemiecką. Do tego dochodzi jeszcze Sybir i pamięć tych ostatnich żyjących, którzy przeżyli i stamtąd wrócili. No i wszystko to punktują wspomniane wygnania, jakże po dzisiejszemu materialne, bo za chlebem, głównie do krajów zachodniej Europy. Tak, problem wygnanych, wypędzonych i… wykluczonych pojawia się w tej wędrówce prawie na każdej stronie. I miesza się ów materializm z czymś tkliwym, czasem rozmemłanym, sentymentalnym, a czasem wręcz transcendentnym.

Na początku tej podróży dziewczyna z wielkiego miasta postrzega otoczenie, jak… dziewczyna z wielkiego miasta. Jest brzydko, brudno, głupio. Ludzie są denni, zacofani i oczywiście nienawidzą Żydów… Ale coś się zaczyna zmieniać po 40 stronie, która dla mnie była istotna, jak wspomniałem. Dla Agnieszki to chyba było jakieś dziesięć stron dalej, kiedy kobieta upychająca ogórki do słoików, gdzieś na białoruskiej rubieży, zdziwiona szczerze pytaniem tej miastowej – Czy chce się jej to robić? – odpowiada: - Dziecko drogie, chcieć to sobie można w mieści, na wsi człowiek musi.

Myślę, że od tej chwili wędrowanie Agnieszki Pajączkowskiej zaczęło być inne. 

Odtąd formalne wpisanie tej podróży w kolejne lata (od 2012 do 2017) i topograficzne pogranicza (granica z Litwą, Białorusią, Ukrainą, Rosją i Niemcami, które odnajdziemy w części zatytułowanej Dolny Śląsk), już nie chce korzystać z retuszu i cyfrowego fotoshopa. To już jest fotografia prawdziwa, w której podmiotem staje się to, co fotografujesz. Może wtedy zaczęło być trochę tak, jak na zdjęciach Zofii Rydet, która była jednym z mistrzów naszej autorki. Nic więc dziwnego, że pani Agnieszka swoje zdjęć robienie lokalizuje „na pograniczu fotografii”. I tak się przedstawia: „Interesuje mnie stwarzanie sytuacji polegających na łączeniu praktyki i teorii w obszarze pracy z fotografią, pamięcią, lokalną historią. Poszukuję takich sposobów patrzenia, które wpływają na sposób myślenia”. No właśnie – jakże to potrzebna każdemu twórcy refleksja, z której płynie jeden najważniejszy wniosek – jak już czegoś dotkniesz, to będziesz tym dotknięty. I Agnieszka to już wie, kiedy mówi: „Jeśli zajmuję się przeszłością to zwykle po to, aby dowiedzieć się czegoś o teraźniejszości”. Dodajmy, że w efekcie dowie się sporo o sobie, a my razem z nią.

Jakże piękna jest Polska opowiedziana fotograficznie przez Agnieszkę Pajączkowską. Jakże prawdziwa. Ile w tych opowieściach za zdjęcie otrzymanych jest tego, czego nie potrafią nam dać media i politycy. Jest bieda i praca. Jest grzech i jest droga do Pana Boga. Jest i to, co najważniejsze w  podróży – przyjaźń, którą dostajemy od niby obcych, a potem tak nam bliskich ludzi. Że są tam i podli i źli ludzie? No pewnie, jakże by inaczej. Ale oni zostają za tylna szybą.

Ta wędrówka na pewno zmieniła panią Agnieszkę. Ta książka na pewno może zmienić jej czytelnika. Każdy piksel tych fotografii to kawałeczek naszej Ojczyzny, w której jest zdecydowanie więcej dobra, niż myślimy. A na obrzeżach, na Kresach łatwiej to znaleźć. Bardzo polecam te napisane zdjęcia. A jeżeli Agnieszka znów wyruszy w podróż, to zdecydowanie będę chciał się z nią zabrać.

Tomasz A. Żak  www.pch24.pl

Agnieszka Pajączkowska, Wędrowny Zakład Fotograficzny. Wołowiec 2019, Wydawnictwo Czarne.