Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Zaraza, czyli prawda...

 Prawda, że trudno jest wrócić „do siebie”, kiedy człowiek jest cały „w sobie”? - pyta w swoim najnowszym felietonie opublikowanym na pch24.pl, Tomasz A. Żak, znany i ceniony reżyser i publicysta.  I nie ważne, że to bycie „in side” jest efektem swoistego „soft power”, czyli „miękkiego terroru”. Pomimo, iż jestem zdecydowanym przeciwnikiem amerykanizacji naszego życia, to angielskie słowa użyte tutaj przed chwilą mają sens. Wystarczy uświadomić sobie, że to, co się dzisiaj dzieje z nami i wokoło nas opisał proroczo w swoim języku, czyli  angielskim właśnie, George Orwell w książce „Rok 1984”. Orwell, już na łożu śmierci i to najprawdopodobniej w swoim ostatnim publicznym wystąpieniu, nawiązując do jednoznacznie kojarzonej z nim słynnej książki, powiedział:  Widzimy, że coś takiego jak „1984” jest możliwe. Wydaje się, że właśnie w takim kierunku idzie świat.

Patrzę na ludzi bez twarzy. Być może już za chwilę ktoś zacznie zarabiać pieniądze na wymyślnych wzorach i modelach przymusowo noszonych maseczek. Patrzę i kojarzę dwa podstawowe warianty maseczkowego design – domalowane usta zwrócone kącikami do góry lub kącikami w dół. Zaskakujący to powrót do starogreckiego teatru. Tyle że wówczas aktorzy maski zakładali dobrowolnie w imię – że tak to powiemy – sztuki. Czy ludzie czasu zarazy po zdjęciu z twarzy nawet najbardziej fikuśnych szmatek i zasłonek zdejmą też maskę, jaką nam się zakłada? Czy ten stygmat zniknie z naszych głów, jak brud z rąk wymytych pod kranem? Aktor „wchodzi w rolę”, w kreowaną postać, a potem wraca (przynajmniej powinien) do swojej prywatnej tożsamości, a do czego będzie mógł wrócić współczesny konsument ateistycznej pop-kultury czy salonowy inteligent zanurzony w kałuży „soku z buraka”? Myślę, że dla wielu, bardzo wielu przedstawicieli ludzkiego gatunku maska i maseczka oraz rękawiczki, to optymalna oferta egzystencjalna. Są wtedy „bezpieczni”, bo tacy sami, a ponadto mogą być mega ukontentowani, że ktoś – do czego się przyzwyczaili - za nich podejmuje decyzje.

Miliardy złotówek (bodajże cztery) ofertowo wyasygnowano z budżetu państwa na wsparcie kultury. Programów pomocowych są dziesiątki i do tych dziesiątków można aplikować. Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego stała się obecnie jednym wielkim urzędem ds. zapomóg. Tak, oprócz dominującego socjalnego wsparcia, są i programy, których celem jest  kreowanie kultury, ale kultury „na odległość”, kultury „w sieci”. Nawet ci, którzy do niedawna ledwie tolerowali galerie sztuki czy teatry w internecie, dzisiaj do ram tego właśnie medium próbują sformatować swoją aktywność.   

Oczywiście, czytanie książek w domu, eksponowanie na domowej ścianie takiego czy innego dzieła sztuki (choćby niewielkiej grafiki kupionej lub otrzymanej w prezencie), to nawyki, które od kilkuset lat definiują w Europie ludzi kultury wyższej, ludzi kulturalnych w ogóle. W czasach smartfonów itp. takie zachowania wyróżniają elitarnie może nawet bardziej niż kiedyś. Ale w żadnym razie nie jest kulturotwórczą „zdalna” relacja z dziełem sztuki, z artystyczną aktywnością, a już na pewno nie w teatrze.  No chyba że mamy do czynienia ze znanymi w naszej historii dziełami powstającymi w konspiracji, pod taką czy inną okupacją albo z kulturą tworzoną w czas zaborów „w domu” (czytaj: w dworku). Z uczestnictwem w kulturze jest prawie dokładnie tak jak z uczestnictwem w życiu religijnym. Sprawy duchowe zawsze bowiem idą przed tymi materialnymi . Napisałem „prawie”, gdyż w tej człowieczej potrzebie transcendencji sztuka jest zdecydowanie druga po Panu  Bogu.

Zacząłem od Orwella, bo wszelki stadny przymus wymusza skojarzenia ze światem przedstawionym w „1984”. Ale im dalej w to nasze globalne pandemonium, tym częściej przychodzą do mnie obrazy z filmowego dzieła braci Wachowskich, tytuł którego stał się wręcz synonimem zakłamania wykorzystującego tzw. kulturę cyfrową. Można powiedzieć, że dzięki niej  kłamstwo jest w ogóle możliwe.  Teatralne jabłko z gumy, czy filmowy głaz z papieru są po prostu sztuczne. Wyrób czekoladopodobny z czasów peerelu nie miał nic wspólnego z prawdziwą czekoladą. Podobnie „udawanym” jest świat kultury percepowany tylko na ekranach telewizorów, laptopów i telefonów komórkowych.

Wokół siebie mamy jednak coraz większy popyt na sztuczność, na nieprawdę mówiąc krótko. Okazuje się, że wirus „homo svieticus” zmutował i nadal zaraża i zabija człowieka w człowieku. Czekiści kultury, ci współcześni bolszewicy rzuceni na odcinek „kulturoróbstwa”, zachłystują się „nowoczesnością” i „postępem”. Krzyczą, że „budujemy dziś cyfrową kulturę, tak jak przez wieki budowaliśmy materialną”. Co za ignorancja! Przez wieki człowiek budował przed wszystkim kulturę duchową, a koncept tej materialnej ma ledwie sto kilkadziesiąt lat, a więc tyle ile czasu minęło od pierwszego wydania „Manifestu komunistycznego”.  A klientela tych rewolucyjnych towarzyszy chyba już uwierzyła w wyższość materii nad duchem. Za nic ma życie wieczne i dba jedynie o ciało. Nie sądziłem, że  w kraju podobno katolickim, w czas tzw. pandemii, tak groteskową postać przybierze klepane przy byle okazji: „Życzę ci przede wszystkim zdrowia”.

W filmie „Matrix” Morfeusz daje głównemu bohaterowi do wyboru dwie pigułki – czerwoną i niebieską. Ta pierwsza otwiera drzwi na wiedzę o tym, co jest prawdą, jaka jest rzeczywistość. Ta druga pozwala „przespać” życie, egzystować w świecie złudzeń, w wirtualu. Neo wybiera czerwoną.  I tego właśnie chcieli wtedy widzowie. Co by zrobili, gdyby to oni mieli wybrać, ale nie w kinie? Imiona bohaterów tego obrazu nie były przypadkowe – Morfeusz to w greckiej mitologii uosobienie marzeń sennych, a Neo kojarzymy jakoś od razu z biblijnym budowniczym arki, która ratuje przed potopem. Tyle i aż tyle w dziele filmowym. A w życiu realnego 12-letniego Rajmunda objawia się Matka Boża trzymająca w rękach dwie korony – białą i czerwoną. Ta biała to życie w czystości, a ta czerwona to męczeństwo. Rajmund Kolbe ma wybrać i decyduje się przyjąć obie. Czy my, znając dzisiaj bardzo dobrze dzieje św. ojca Maksymiliana, też byśmy tak wybrali?

Ze zgrozą myślę o takiej rzeczywistości, w której ludzie odkładają wybór na później albo wręcz z niego rezygnują w imię bożka „świętego spokoju”. Są gotowi uwierzyć - i  to bez żadnej weryfikacji faktów -w jak najbardziej polityczną deklarację, która nas zapewnia, że w związku z koronawirusem „każdy poszkodowany otrzyma pomoc!. Nie pozostaniecie sami! Nikt nie pozostanie sam!” Ci wszyscy, którzy kierują się w życiu znana maksymą – jeżeli chcesz na coś liczyć, to licz na siebie – wiedzą, że w razie „W” jedyna prawdziwą instancją odwoławczą jest wiara. Tymczasem i na tym polu mamy coraz dotkliwszy dysonans poznawczy. Oto w ostatnich dniach metropolita warszawski Nycz wydał oświadczenie, w którym „zawiesił bezterminowo” planowaną na początek czerwca beatyfikację Prymasa Tysiąclecia kardynała Stefana Wyszyńskiego. Czyli świętość prawdziwa może poczekać, gdy rządzi strach o materię tu i teraz. Jakże przewidywalną, jakże nieludzką jest rzeczywistość, w której wybieramy nierzeczywistość, w której nikt nawet nie śni  o koronach i codziennie zaraz rano połyka niebieską pigułkę.

Teatry zamknięto 11 marca. Czy to, co się dzieje oznacza, że wrócimy do nich dopiero za jakieś półtora roku, kiedy zostanie wynaleziona szczepionka, która uczyni świat bezpiecznym? Czy to oznacza, że na widownię, ale również na scenę zostaną wpuszczone tylko osoby zaszczepione? Dość makabrycznie w tym kontekście brzmią słowa Billa Gatesa, zwanego filantropem, który więcej niż mocno wspiera proces produkowania owej szczepionki: „Ostatecznie to co my wszyscy musimy mieć, to jest certyfikat opisujący, która osoba jest uleczona, która osoba jest zaszczepiona, ponieważ nie chcesz ludzi przemieszczających się po świecie (bez certyfikatu)”.   

George Orwell swą wypowiedź, od której zacząłem, kończy dwoma krótkimi zdaniami. Odwraca głowę w stronę kamery (to było filmowane), patrzy nam prosto w oczy i mówi: „Nie pozwól, aby ta sytuacja z koszmaru się wydarzyła. To zależy od ciebie”. I faktycznie, to od nas zależy, jaki będzie świat, jaka jego kultura, i jaki w tym świecie będzie teatr. Symbolicznie pewnie możemy to opisać wybieraniem koloru pigułki, a w rzeczywistości wyborem Nieba, Potem, kiedy już będziemy „u siebie”, wszystko będzie „z górki”.

Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)