Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Powrót do Kabotynowa (odc. 1)

Tate Barozs. Prolog (część 1)

Niniejsza satyra (?) - pisze po powrocie z emigracji wewnętrznej Mirosław Poświatowski, znany dziennikarz i animator kultury,  powstała pierwotnie jako koncept serialu filmowego w odcinkach, który (póki co) nie doczekał się realizacji. Do pewnego stopnia jest kontynuacją tworzonego przez kilka osób cyklu „Tajemnice Kabotynowa”, przed laty zamieszczanego w formie pisanej i audio na portalu inTARnet. Opisywaliśmy w nim losy najważniejszych osobistości mitycznego Kabotynowa – miasteczka położonego nigdzie, czyli wszędzie! Teraz sprawdzamy, czy pióro nie zardzewiało. Państwa sugestie mile widziane! Aha, wszelka zbieżność istniejących postaci i wydarzeń z wydarzeniami i postaciami przedstawionymi w niniejszej serii jest wypadkowa i niezmierzona.

Kapelusz Tate Barozsa, emerytowanego dyrektora Mauzoleum Odkrywkowego, majestatycznie przemieszczał się w powietrzu, wzdłuż ulicy Przewałowej. Samego posiadacza owego charakterystycznego nakrycia głowy, nie było wszakże widać, a to w następstwie pewnego postępowania, które nie tak dawno toczyło się przed sławnym, wolnym i niezawisłym kabotynowskim Sądem, sąsiadującym – z kto wie czy nie jeszcze sławniejszą – kabotynowską prokuraturą, którą z kolei w sławie wyprzedzić mogła już tylko kabotynowska policja.

Otóż swego czasu, w Kabotynowie, wzorem innych miast, lokalne i przyjezdne wiedźmy rozmaitych płci urządziły sobie „czarny sabat”, by w ten sposób również i ten gród „ubogacić”. Przeciwko temu zgromadzeniu zaprotestowała grupa miejscowych fashystów i wsteczników. Traf chciał, że sabatowi przyglądał się, czy to prywatnie, czy służbowo, czy biernie, czy czynnie – zdania są podzielone – Tate Barozs w osobie własnej, w widzialnej wówczas jeszcze postaci. Ciemnogrodzcy fashyści w swym nienawistnictwie posunęli się do filmowania również i samego eks-dyrektora. Tate miał ponoć protestować przeciwko uwiecznianiu jego osoby, a według narracji fashystów, Barozs w proteście tym posunął się do wyrwania z ich rąk aparatu (smartfona) i jego rzucenia na ziemię. Sprawa trafiła do sądu. Według relacji medialnych, świadkowie powołani przez fashystów, (i zapewne świadomi odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań) zeznali, że widzieli ów akt zniszczenia. Świadkowie, powołani przez Tate Barozsa zeznali, że tego aktu nie widzieli, a ściślej: nie widzieli co się stało z filmującym aparatem.

W swej płomiennej mowie, broniący oskarżonego dyrektora mecenas Tępalski robił co mógł, by z oskarżonego – uczynić ofiarę, a z ofiary – sprawców. „Nie ma miejsca dla tego rodzaju organizacji w naszym spokojnym Kabotynowie” – grzmiał mecenas w stronę fashystów. W finale zarówno jeszcze niezawisły (ale jak długo?) sąd, wraz z adwokatem Tępalskim, „odwołując się do logiki”, w odczuciu społecznym wspólnie uznali, że gdy jedni świadkowie coś widzą, a drudzy nie widzą, to należy przyznać rację tym „nie widzącym”. Może to i lepiej, bo jak człowiek widzi, to się musi różnych przykrych rzeczy czasem napatrzeć, stąd też docenienie spostrzegawczości ślepców i uznanie ich relacji, jako wiarygodniejszej od relacji tych, co widzieli, musi budzić uznanie. Zwłaszcza w drugiej instancji! Bo przecież nie bez przyczyny Temida jest ślepa – i tylko jacyś „fashyści” bezczelnie dodają, że „na jedno oko”. Tyle że w tej sytuacji, „widzący”, powinni zostać przykładnie ukarani za wyznanie, że widzieli coś, czego nie-widzący nie widzieli – no bo porządek jakiś musi być, czyż nie?! Tego wymaga „odwołanie się do logiki”. Poza tym, jakaż może być wiarygodność „widzących” świadków, którzy należą do legalnej wprawdzie organizacji, ale takiej, dla której „nie ma miejsca w naszym spokojnym Kabotynowie”... Dla organizacji, której złowrogi herszt, został w międzyczasie skazany za zakłócenie porządku publicznego, poprzez zakłócenie spokojnego „sabatu czarownic”, w postaci zorganizowania kontrmanifestacji, boć przecie nic tak nie stabilizuje spokojnej atmosfery Kabotynowa, jak takie czarne sabaty właśnie, a nic jej tak nie zakłóca, jak przeciwko tym sabatom organizowane protesty! Sabaty są solą kabotynowskiej ziemi, jej fundamentem, koniec i kropka! Konkluzja nasuwa się sama: sabatnice, domagające się prawa do zabijania nienarodzonych dzieci, profanujące m.in. symbol „Polski Walczącej” („Polka Walcząca” i jajniki) – tworzą ową cudowną atmosferę spokojnego miasteczka Kabotynowa, a ci, którzy bronią prawa do życia nienarodzonych dzieci – to fundamentaliści i „fashyści”, którzy ów błogi spokój zakłócają, niszcząc niepowtarzalny klimat tego miasta, choćby poprzez pokazanie na banerze, jak wygląda rozczłonkowane ciało owego "prawa wyboru”, którego domagają się sabatnice. Nic nie gorszy tak, jak prawda! Lepiej usunąć ją sprzed oczu! Ale czy np zaprzeczenie prawu ciążenia, znosi owo prawo? Czy skok w przepaść zwalnia nas w tej sytuacji od jego zgubnych skutków?

Koniec końców, dopiero w tym kontekście tym pełniej możemy docenić wyrok kabotynowskiego sądu dającego wiarę tym, co nie widzieli, a nie wierzącego tym, co widzieli – oto sąd wydawał się wychodzić naprzeciw oczekiwaniu uznania wyższości tego, czego nie ma, nad tym, co jest. A to, co jest, wystarczy zasłonić. A jak się nie da, to zdeptać, zdeprecjonować, obedrzeć z godności, przypiąć łatkę któregoś z „izmów” i „fobii”. I odwrócić znaczenie pojęć. Niech zabicie bezbronnego, nienarodzonego dziecka będzie prawem człowieka. A dobro – złem...

Ale wróćmy na grunt naszej rozprawy sądowej. Jak donosiły media, cytujące słowa rzucane w sądzie, przecież „niemożliwe jest ”, by „starszy człowiek” i to jeszcze „zasłużony dla miasta”, „zdecydował się na tak spektakularne zachowanie jak wyrwanie telefonu komórkowego i rzucenie go na ziemię”. Na tym właśnie opiera się fundamentalne prawo domniemanologii niewinności „zasłużonych”! Może nie wypada zaprzeczać wyrokom sądów, ale czy prawdziwe jest stwierdzenie, że „z wyrokami sądów się nie dyskutuje”? A co to, „nadzwyczajna kasta” jakaś? Rzecz w tym, że w świetle doniesień medialnych cała sprawa wywołuje „upiorne” rozbawienie...

Podsumowując: w czasie rozprawy, w wyniku której Tate Barozs został oczyszczony z zarzutów, podniesiono też kwestię, iż eks-dyrektor kilkukrotnie poprosił, aby go nie filmowano. Czy miało to być usprawiedliwienie dla wyrwania aparatu, którego to wyrwania według nie-widzących i Wysokiego Sądu nie było? Niezamierzony wydźwięk tej kwestii otwiera przed nami podwoje dla szeregu kolejnych dywagacji i usprawiedliwień ogólniejszej natury. I mniejsza już o to, czy hipotetyczne wyrwanie aparatu może spełniać znamiona „obrony koniecznej”, zwłaszcza jeśli się jest osobą „znaną i szanowaną”, „zasłużoną” itd itp. Czyli taką, której wiarygodność znaczy więcej, której wolno więcej, w czym Kowalskich utwierdzają wyroki uniewinniające np celebrytę od realnej odpowiedzialności za przejechanie staruszki na pasach, bez prawa jazdy i innych dokumentów. Zaprawdę, mniejsza o to. Istotniejszy dla nas jest fakt, że odtąd filmowanie czy fotografowanie Tate Barozsa stało się sprawą niebezpieczną. Tate Barozs bezwiednie stał się bowiem pierwszą w Klechistanie osobą publiczną, której w publicznych okolicznościach filmować nie wolno!

I stąd właśnie wziął się cały ów przydługi wywód; bo dlatego właśnie, w niniejszej historii, nie możemy pokazać osoby Tate Barozsa spacerującego ulicą Przewałową!

Powróćmy więc do naszej historii...
Kapelusz Tate Barozsa, emerytowanego dyrektora Mauzoleum Odkrywkowego, majestatycznie przemieszczał się w powietrzu, wzdłuż ulicy Przewałowej. Tate kończył właśnie swój antysemicki patrol, by złożyć raport w znajdującym się opodal Sanhedrynie... Za chwilę zobaczymy, że – jak się wydaje - siedzi w fotelu, naprzeciwko jakiegoś mężczyzny. A kapelusz... Cóż, kapelusz kręci się w powietrzu, gdzieś na wysokości oparcia, najwyraźniej przesuwany nerwowo pomiędzy palcami...

Co powie Tate Barozs? Co powie jego rozmówca? No i co strasznego się stanie?
O tym wszystkim, wkrótce, w kolejnym odcinku…

Mirosław Poświatowski