Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

"Pisarzu..."

Takie określenie - ksywę definiujące swoje relacje z wywodzącym się z Tarnowa rapującym poetą Bartoszem Baranem "Bibro" przywołał jeden z jego mentorów Wojtek Klich - znany tarnowski muzyk, kompozytor i wokalista. Drugim  takim mentorem jest Tomasz A. Żak - twórca i dyrektor Teatru Nie Teraz, znany reżyser i ceniony publicysta. I to on prowadził bardzo niekonwencjonalnie, by nie rzec żywiołowo (brawurowo rapując jeden z wierszy Bartosza…), wczorajsze (11.04.2019) spotkanie autorskie z Bartoszem Baranem zorganizowane w Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Juliusza Słowackiego przy ul. Krakowskiej. Jego bohater urodził się w Tarnowie 27.11.1981 r. Pochodzi z wielodzietnej, naznaczonej patologią, ubogiej rodziny z Tarnowa. W roku 2001 ukończył Technikum Budowlane w Tarnowie. Ma za sobą bardzo wiele trudnych doświadczeń, w tym alkohol, narkotyki, hazard, tzw. złe towarzystwo, z którego wyrwał się dotknięty poważną chorobą. To w tamtym czasie uznał, że najlepszym lekarstwem na wszystkie przeciwności losu jest pisanie wierszy oraz aranżacje własnych tekstów w utworach hiphopowych. “Pisanie wierszy to jedno, co naprawdę umiem i lubię robić”. Słowo klucz, jakim się posługuje to “nadzieja”. Z tamtego czasu bardzo dobrze wspomina udział w warsztatach Grupy Młodych Autorów w MBP prowadzonych przez poetę Zbigniewa Mirosławskiego. Publikował m.in. w magazynach literackich: „Aspiracje”, „Intuicje” oraz w almanachach Robotniczego Stowarzyszenia Twórców Kultury w Tarnowie: „Pasje życia” i „Skarbiec piękna”. Swój debiutancki tomik wierszy zatytułowany „W pogoni za nadzieją” wydał w 2008 roku.  Po wyrwaniu się z Tarnowa "Bibro" trafił do Wrocławia, gdzie doznał swojej kolejnej religijnej iluminacji, tym razem pod wpływem pastora z Kościoła Babtystów. Potem była Anglia i Irlandia, skąd wrócił do Poznania i związał się z działalnością tzw. kościoła ulicznego, głosząc świadectwa i rapując... Jego teksty nie są łatwe, liryczne, do poczytania i zachwytu. To raczej wyrzucone i uchwycone na papierze emocje i myśli pisane w chwilach trudnych, dziś już zdaje się przeszłych. Niosą ze sobą jakiś rodzaj pokrzepienia, wiary w dobro, które nadejdzie. Bartosz Baran w swoich tekstach często zwraca się do Boga. Sam autor podkreśla, że teraz, gdy odnalazł już swoją wiarę, Bóg zajmuje w jego życiu ważne miejsce, daje siłę, pomaga pokonać słabości i upadki. Czwartkowe spotkanie było nie tylko prezentacją poezji i rapu chrześcijańskiego, który ostatnio dominuje w artystycznym życiu  Bartka ale wypełniła je także niezwykła klimatyczna, w większości improwizowana, muzyka w wykonaniu guru tarnowskich muzyków, charyzmatycznego Wojciecha Klicha i Jarosława Kolmana. Poniżej, przejmujące świadectwo Bartka, którym podzielił się w Ostrowie Wielkopolskim w zborze Kościoła zielonoświątkowego 20 stycznia 2019 roku.

Pisanie wierszy to sztuka dla wybranych. Samo pojęcie zasad kompozycyjnych nie gwarantuje tego, że poezja dotrze do drugiego człowieka, że ten pochyli się nad nią, zatrzyma w półbiegu swoje myśli, może wzruszy. Wrażliwości nie da się nauczyć. Nosi się ją w sobie, zdobywa w chwilach samotności, strachu, upadku. Poezja zbudowana na autentycznych emocjach zyskuje nową wartość. Takie są wiersze Bartosza Barana.

Urodziłem i wychowałem się w Tarnowie w rodzinie zastępczej - mówił podczas tamtego świadectwa. Mojej matki biologicznej nie znałem , ponieważ zostawiła mnie gdy byłem małym dzieckiem . Wychowywany byłem w rodzinie wielodzietnej gdzie często doskwierała nam bieda i na wszystko brakowało . Prawnym moim opiekunem była babcia którą dobrze pamiętam , była dobrą kobietą i zawsze starała się mojej przybranej mamie pomagać w wychowywaniu nas i w tym abyśmy mieli wszystko co potrzeba . Ze strony mamy przybranej miałem i odczuwałem miłość i oparcie , lecz ze strony mojego wujka nie miałem takiej akceptacji . Z ojcem biologicznym nie miałem kontaktu , choć czasem się widywaliśmy jednak często unikałem jakiejkolwiek rozmowy z nim ponieważ często był pod wpływem alkoholu .

Wyrastałem w przekonaniu że jestem dzieckiem nie chcianym i jakimś odmieńcem , ponieważ w domu nie miałem poczucia że jestem kochany. Mój wujek bardzo wywyższał swoje dzieci, a ja czułem się odrzucany . Często bił nas . Był często agresywny.

Z mojego dzieciństwa nie wiele pamiętam tych dobrych chwil , raczej te chwile smutne. Kiedyś była taka sytuacja, że z mamą i moim rodzeństwem  ; spod dachu ; musieliśmy się na jakiś okres wynieść z domu ponieważ wujek bił nas i mamę , w tamtym czasie mama była w ciąży . Aby znaleźć poczucie akceptacji mając jakieś 15 , 16 lat znalazłem sobie towarzystwo kolegów z którymi większość czasu zacząłem spędzać .

W domu niewiele mówiło się o Bogu. Chodziłem do kościoła tylko wtedy gdy mi było smutno i gdy potrzebowałem schronienia na dany moment. Z kolegami z ulicy coraz częściej spędzałem czas. Mieliśmy wspólną zajawkę - taniec breakdance oraz hip hop . Często spotykaliśmy się na boisku szkolnym na ; Plastiku ; i tam słuchaliśmy muzyki, tańczyliśmy bracka i paliliśmy marihuanę , popijając przy tym piwo, a czasem nawet wódkę z mety .

Zaimponował mi bardzo taki beztroski tryb życia .

Z kolegami mogłem się dogadać . Większość czasu spędzałem z nimi niż w domu . Jeździliśmy razem nad wodę na wagary ... Gdzie oczywiście towarzyszyło nam palenie marihuany . Stopniowo paliłem coraz większe ilości marihuany i pod koniec szkoły średniej byłem bardzo uzależniony i nie było dnia żebym nie zapalił skuna. Skończyłem technikum , zdałem maturę i zaraz po maturze w lipcu 2001 r trafiłem pierwszy raz do szpitala psychiatrycznego z mocnymi zaburzeniami psychicznymi . Lekarze stwierdzili u mnie schizofrenię paranoidalną po narkotykową.

Byłem totalnie w innym świecie, wygadywałem dziwaczne rzeczy, nie spałem po nocach, stany maniakalne, myśli samobójcze itp ... Byłem tam wtedy dwa miesiące, podczas gdy moi koledzy, rodzeństwo jeździło nad wodę, chodzili na basen a ja byłem zamknięty w murach i brałem pamiętam wtedy po 25 tabletek psychotropowych dziennie .

    

Po wyjściu ze szpitala byłem bardzo rozbity psychicznie. Koledzy się ze mnie naśmiewali, że wariat itp .. Nie miałem sił nawet i zdrowia do pracy. Chwilę pracowałem, chwilę byłem na rencie. Brałem wtedy leki regularnie. Bardzo się przestraszyłem konsekwencji jakie poniosłem na skutek palenia marihuany. Ale czegoś mi brakowało. Przeżywania ulgi, odskoczni od życia.

Po jakimś czasie zaczął mi imponować hazard.

Widziałem jak niektórzy grywali na maszynach i często wygrywali spore sumy. Pomyślałem też tak chcę, przecież to może być sposób na życie. Z takim wyobrażeniem o tym zacząłem grać na maszynach początkowo za niewielkie kwoty.

Pracowałem wtedy mając stałe zatrudnienie i długą umowę, nie miałem wtedy jeszcze żadnych zadłużeń po bankach itp..Po niedługim okresie coraz częściej grywałem po kasynach pubach. Początkowo to co miałem z wypłaty wystarczało mi jednak po jakimś czasie zacząłem brać drobne pożyczki, chwilówki, a potem jakieś większe kredyty by mieć na granie .

Przegrywałem coraz większe ilości pieniędzy, oszukiwałem ludzi. Często zamiast dać mamie pieniądze na życie, na jedzenie to ja mówiłem, że nie mam a szedłem do kasyna mając sporą gotówkę żeby grać.

Nie znałem w ogóle Jezusa. Obwiniałem Boga za każdą moją przegraną, za cały mój bałagan w życiu.

Hazard wciągnął mnie już do takiego stopnia, że przegrywałem wszystkie pieniądze, na które pracowałem niekiedy w 2, 3 godziny. Pożyczałem pieniądze po bankach, od ludzi wszystko na granie. Niejednokrotnie po moich porażkach miałem stany depresyjne, myśli samobójcze, trafiałem do szpitali psychiatrycznych. I znowu zaczęły się leki itd...Błędne koło.

Trafiłem na odwyk od hazardu do Stalowej Woli do Rozwadowa na 7 tygodni, chciałem z tym zerwać, bo już nie dawałem sobie rady. Po skończeniu terapii myślałem że już się skończyły moje problemy z hazardem, jednak po pół roku znowu zacząłem grywać, już nie na takie sumy i do tego stopnia ale grałem.

Modliłem się do Boga aby coś zrobił z moim życiem, bo ja już nie daję rady .

Coraz częściej miałem myśli aby się zabić.

Pod koniec 2013 r mieszkałem i pracowałem we Wrocławiu. Tam Bóg postawił na drodze mojego życia pastora który opowiedział mi o Jezusie . Mówił że muszę się zwrócić do Niego o pomoc, o Łaskę przebaczenia i Zbawienie, a moje życie się zmieni . Że On jest Miłosierny, że On mnie kocha i czeka na mnie patrząc z góry na moje upadki i że On chce mi pomóc.

Szczerze wyznałem swoje grzechy, zacząłem pokutować, przepraszać za mój cały bałagan.

Poznałem ludzi chrześcijan,  którzy bardzo kochają Jezusa. Zacząłem chodzić regularnie na nabożeństwa do Kościoła Baptystów. Widziałem jak pięknie można śpiewać i uwielbiać Jezusa. Poczułem miłość do tych ludzi. Modliłem się ,zacząłem czytać Pismo Święte.

Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba zaczął mnie stopniowo zmieniać.

Zerwałem dzięki Niemu z hazardem. Zmieniło się moje słownictwo. Skończyło się moje oszukiwanie ludzi. Odstawiłem papierosy .Od tamtego momentu już przestałem brać jakiekolwiek leki psychotropowe czy nasenne.

Jezus uzdrowił mnie z tej choroby.

   

Odzyskałem swoją pasję i zamiłowanie do muzyki rap.

Zacząłem tworzyć i pisać teksty rapowe, już nie takie z wulgarnym słownictwem, tylko teksty wartościowe, wychwalające Jezusa. On obdarzył mnie talentem.

Piszę wiersze, śpiewam swoje teksty dla Chrystusa i Jemu zawdzięczam każdą linijkę.

On mnie wyrwał z mocy ciemności Pan Jezus zaczął stawiać na drodze mojego życia konkretnych ludzi szczerze nawróconych, z którymi się zaprzyjaźniłem.

Po roku pobytu we Wrocławiu, przeprowadziłem się do Krakowa ponieważ chciałem być bliżej miasta rodzinnego i częściej mogłem odwiedzać mamę oraz moje przybrane rodzeństwo.

Tam też w roku 2014 w jednym z kościołów przystąpiłem do chrztu wodnego.

Pan Jezus, jest moim Zbawicielem i prowadzi mnie.

Całe życie nie znałem swojej matki biologicznej i pewnego dnia, to było już po tym jak się ochrzciłem zapragnąłem ją poznać i jej wybaczyć to, że mnie zostawiła, to że mną się nie interesowała całe życie.

Bóg zaszczepił we mnie to pragnienie, złamał mój gniew i żal w wigilię pamiątki narodzenia Jezusa Chrystusa 2014 r. i poznałem swoją biologiczną mamę Ona obecnie przebywa w Domu Pomocy Społecznej. Jest chora na schizofrenie.

Bardzo się ucieszyła że zechciałem ją poznać i jej przebaczyć . Popłakała się bardzo podczas naszego spotkania i przepraszała mnie. A ja jej wybaczyłem i powiedziałem, że Jezus jej też przebacza. Modlę się o nią. Dzwonię czasami do niej.

Dzięki poznaniu Prawdy, poznaniu Jezusa żyję inaczej. Nie tak jak dawniej, gdzie patrzyłem tylko aby wyjść na imprezę, iść do knajpy grać czy zapalić skuna.

Priorytetem dla mnie jest Jezus Pan i to co On dla mnie zrobił i przygotował.

Dzięki Jego obietnicom moje życie nabiera barw. Mogę spłacać zadłużenia ponieważ dzięki Bogu wyjechałem do pracy za  granicę aby móc spłacać długi. Duch Święty mnie prowadzi.

Zauważyłem, że im bliżej jestem Jezusa tym obficiej mnie wyposaża w natchnienie.

Piszę na Jego Chwałę wiersze, piosenki. Jestem narzędziem w Jego rękach. Mam odwagę mówić o Nim i o Jego działaniu. O tym jak bardzo mnie umiłował i z jakiego bagna mnie wyciągnął.

Znalazłem tą właściwą drogę której szukałem i potrzebowałem, aby być zbawionym.

Każdego dnia staję przed Panem Chrystusem w modlitwie o moją rodzinę, o mamę która mnie wychowała o rodzeństwo które jest zagubione (jeden brat siedzi drugi raz w więzieniu, drugi jest 6 lat na oddziale psychiatrycznym dla wyjątkowo niebezpiecznych pacjentów pod kamerami, najmłodszy brat ma Zespół Downa i autyzm).

Wierzę w Boże obietnice i Jego Słowo i wiem, że z pomocą Jezusa moja cała rodzina może być uzdrowiona i zbawiona.

Każdego dnia patrzę na Golgotę i na cierpienie Pana Jezusa i na to co On zrobił dla mnie. I życzę każdemu aby powierzył swoje życie Jezusowi Chrystusowi, tylko taka droga jest właściwa i prowadzi do zbawienia i wiecznego, pięknego życia.

Bartosz Baran 

Przygotował - Ryszard Zaprzałka