Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Mistrz słowa

Dzisiaj, we wtorek 16 marca  nad ranem
odszedł na wieczny reporterski dyżur...

Nie żyje Zygmunt Szych, tarnowski dziennikarz, publicysta, wieloletnim szef tarnowskiego oddziału "Gazety Krakowskiej" i redaktor naczelny "Gazety Tarnowskiej" - codziennej, lokalnej wkładki do tego tytułu. Pracował także w "Dzienniku Polskim", tygodniku "Temi", był stałym współpracownikiem magazynu niezależnego "Tarnow.in".  Autor m.in. stałych, znanych felietonów autorskich z cyklu "Szachowanie Szychem", pisywanych od wczesnych lat 80. ubiegłego wieku. Laureat kilkunastu nagród i wyróżnień w ogólnopolskich konkursach na reportaż. Opublikował kilkanaście książek, głównie reportażowych. Członek Stowarzyszenia Krajowy Klub Reportażu. Zygmunt Szych miał 70 latDla kilku pokoleń tarnowskich dziennikarzy stanowił niedościgniony wzór reportażysty i publicysty. Władał piórem jak mało kto i pisarski temperament nie opuścił go do końca. Przez kilka lat współpracowaliśmy razem m.in. w tygodniku “Echo Tarnowa”, “Nowy Tygodnik” i “Bez cenzury”. Z sentymentem wspominam także nasze wspólne wyjazdy na Węgry z teatrem R. Smożewskiego…  I pomimo, że nie zgadzaliśmy się w wielu kwestiach  politycznych i  światopoglądowych zawsze ceniłem go za profesjonalizm warsztatowy i dziennikarską rzetelność. W zgodnej ocenie lokalnych mediów, odszedł jeden z ostatnich Mistrzów Słowa, dziennikarskie środowisko Tarnowa stało się bez wątpienia uboższe. Nasze galicyjskie miasteczko wiele mu zawdzięcza… Mocno związał się z nim, choć urodził się w Będzinie i wychował w Dąbrowie Górniczej. Był autorem kilku pomysłów promujących Tarnów i żywo reagował na przejawy bylejakości w publicznej przestrzeni. Pozostanie po nim pustka, ale i ogromny dorobek publicystyczny. Ostatnie pożegnanie Mistrza odbędzie się w czwartek, 18 marca o godzinie 12.00 na cmentarzu komunalnym w Klikowej. Poniżej jeden z ostatnich wywiadów Zygmunta udzielony… Szychowi.

Miało się to dziennikarskie szczęście… Z Zygmuntem Szychem - jubileuszowo! - rozmawia Szych Zygmunt

Zygmunt: pierwsza, etatowa praca dziennikarska w Dzienniku Polskim w Krakowie, dokładnie 1 kwietnia,w prima apirilis. Dziś, 1 kwietnia 2020 mija 45 lat…

Szych: Nie inaczej. To przyjęcie w prima aprilis akurat traktowałem potem przez długie lata jako swoiste wyzwanie, co w moich tekstach odbijało się pewnym ironicznym dystansem do świata, podbitym nutką sarkazmu. W tamtych latach głębokiej komuny było to psychologicznie wytłumaczalne i konieczne zarazem

Z.: .cóż to takiego, to „dziennikarskie szczęście”? Co to za zjawisko?

Sz.: To dość osobliwe pomieszanie przypadku z dziennikarską na nie reakcją. Miałem szczęście wielokrotnie doświadczać tego dziennikarskiego szczęścia. Mogę nawet samochwalczo powiedzieć, że najlepsze moje teksty reportażowe zwłaszcza zawdzięczam temu właśnie zjawisku…

Z: jakieś przykłady?

Sz.: Było ich wiele, ale najbardziej utkwiło mi w pamięci kilka z nich. Oto na przykład jadę moim toczydełkiem, jak pieszczotliwie nazywałem fiata 126p do Tuchowa, na jakieś mało istotne wydarzenie. Jest połowa lipca, samo południe, falują łany dojrzałego zboża. i nagle,w okolicach Zabłędzy, z polnej, kamienistej drogi , spośród tych zbóż wyłania się z hurgotem coś niezwykłego, niesamowitego. Dwa ciemne konie ciągną przeszklony karawan, a na koźle siedzi wysoko On. Woźnica, ale jaki! Czarny surdut,wysoki cylinder, lejce trzyma w dłoniach odzianych w białe rękawiczki. I do tego wszystkiego długa, siwa broda. Myślałem że śnię. Natychmiast zawróciłem, zajechałem mu drogę. Zatrzymał się. Sądziłem że mnie zbeszta, ale okazał się sympatycznym rozmówcą. Tak poznałem Charona spod Tuchowa, jak go nazwałem w reportażu. Niezwykły człowiek, niecodzienny nie tylko z powodu tego staromodnego karawanu. W soboty do godzin popołudniowych przewoził nieboszczyków na drugi brzeg, a wieczorem zmieniał nie tylko strój, ale i duszę: stawał się drużbą weselnym! Literacka postać. Zaprzyjaźniliśmy się, bywałem u niego, mieszkał na wzgórzu dominującym nad okolicą i mawiał: ”ooo,tam mam Burzyn, a tam mam Kielanowice”. Jakby był właścicielem tych miejsc. Kiedy przyjechałem do niego w maju, pokazywał mi te okolice, wyznaczając kierunki swoją siwą długą brodą. A pośród kwitnących jabłoni, jak memento, stał ten oszklony karawan, cały w fioletach…

Z.: to było niezwykłe…

Sz.: I było takie. Jak gotowy scenariusz do filmu nie z tej ziemi. Napisałem taki, a półgodzinny dokument zrealizowała ekipa z tvp 1 , wyemitowany w Wielki Czwartek. Charon zrobił karierę także za przyczyną Pawła Sroki, wtedy w PR Kraków, który zrobił o nim, idąc moim śladem, słuchowisko radiowe, wyróżnione na międzynarodowym konkursie w Berlinie.

Z.: dziennikarskiemu szczęściu trzeba pomóc…

Sz.: Zdecydowanie!

W przypadku Charona polegało ono na tym, że gdybym jechał tamtędy pięć minut wcześniej albo pięć później, nie trafiłbym na niego i reportaż z takimi didaskaliami diabli by wzięli. A dziennikarskiemu szczęściu, temu przypadkowemu spotkaniu pomogłem w ten sposób, że zrezygnowałem z jazdy do Tuchowa, zawróciłem, bo to co zobaczyłem było wyjątkowe.

Z.: to nie jedyny taki przypadek..

Sz. Było ich zdecydowanie więcej. Przyjeżdżam do Szerzyn, idę do wójta a przede mną postawny, starszy człowiek z wojskowym plecakiem z czasów II wojny wypchany książkami. Stuka do kolejnych drzwi i znika na chwilę w urzędniczych pokojach. Tak poznałem pana Mazura z Czermnej, ostatniego księgonosza. Miał w swojej chałupie kilkaset książek i każdego tygodnia , w dni targowe, roznosił je,wypożyczając urzędniczkom. Nie brał za to pieniędzy, cieszyło go, że jego książki wędrują do ludzi.

Z.: wielokrotne odwiedziny wojskowej bazy radzieckiej w lasach w Żdżarach zaowocowały książką…

Sz.: ” Sowieci do domu. Relacje z wojskowej bazy radzieckiej w Żdżarach” . Trafiłem tam pierwszy raz na kilka lat przed opuszczeniem Polski przez obce wojska. Sądziłem, że mnie nie wpuszczą, trochę czekałem aż żołnierze i ich dowódca wrócą z manewrów w lesie. Podejmowało mnie wtedy kilku pułkowników i dwóch majorów. Nawet chętnie opowiadali, jak tu żyją. A istniał jeszcze wtedy Układ Warszawski i Związek Radziecki jako jednolite państwo. Tu poznałem Alika Mahmudowa, był moim tłumaczem. Kiedy odjeżdżali, Alik zdezerterował, miał osobliwe przygody, 13 lat czekał na polskie obywatelstwo. Ukrywał się, był poszukiwany przez nasze służby i przez KGB. Nasi zatrzymali go w końcu i odstawili na granicę w Medyce. Ale Ukraińcy cofnęli go na naszą stronę. ”On nie nasz, on ma paszport Związku Radzieckiego, a takiego państwa nie ma”. Poszedł do proboszcza, że chce przejść na chrześcijaństwo i wziąć katolicki ślub. Proboszcz musiał wyjechać, przekazał posługę wikaremu, nie mówiąc o kogo chodzi. Nastrój oczekiwania w kościele na chrzest przedłużał się, w końcu wikary pyta: ” no dobrze, a gdzie dziecko do chrztu?”. – to ja, proszę księdza, jestem tym „dzieckiem”.

Z: ale w dziennikarskie szczęście w dniu odjazdu żołnierzy nikt nie chciał uwierzyć?

Sz. Bo to było coś nieprawdopodobnego, najbardziej niezwykły zbieg okoliczności jaki mi się przytrafił. Przyjechałem na rampę kolejową, gdzie stał gotowy do odjazdu eszelon. Żołnierze w szyku, oczekiwanie na generała Tracza. który w końcu przyleciał na pożegnanie z Legnicy. Sto metrów od tego miejsca w kościele odbywała się msza żałobna. i dokładnie wtedy kiedy generał powiedział: ”sjewodnia my praszczajem Palszu- dziś opuszczamy Polskę- usłyszeliśmy z megafonów głos księdza odprawiającego msze żałobną: ”na wiek wieeeków”. Mój ówczesny naczelny, kiedy wplotłem tę scenę do reportażu stwierdził, że sobie to wymyśliłem. Otrzeźwiał kiedy zaproponowałem mu zakład o skrzynkę wódki, dodając że przegra, bo mam tę scenę zarejestrowaną na kamerze video…

Z. no i ta próba kupienia popiersia Lenina, które stało u wejścia do bazy..

Sz.: Wykonał je z betonu jakiś uzdolniony żołnierz. Zapragnąłem je mieć na pamiątkę, podarowałem dowódcy, pułkownikowi Kułbasowowi butelkę żytniej i spytałem czy mogę popiersie kupić. „A weźcie je sobie, tylko się w tej waszej redakcji z naszego Lenina nie nabijajcie”.

Z. jakieś pamiątki z tej bazy?

Sz. Mieli tam taki mały sklepik z osobliwościami. Kupiłem kurtkę wojskową z naszywkami ” us army” i… ”kalendarz kobiety radzieckiej na 1993 rok”. Ścienny, ze zrywanymi kartkami. Pod datą 1 września informacja, że to Międzynarodowy Dzień Pokoju, a pod 17 września wydrukowali wiersz jakiejś radzieckiej poetki pt. ”Nadeszła noc”. Wymowne…

Z.: Kupa gnoju też może być tematem na reportaż…

Sz.: Ale jaka! Rzecz wydarzyła się w latach 80-tych we wsi Dąbrówka Morska nad Wisłą. Niejacy Kozakowie wybudowali tam dom, zbyt blisko posesji niejakiej pani Wandy. Zemściła się za to srodze, wyrzucając gnój pod okno gościnnego pokoju. Kozakowie protestowali, bo w pokoju gościnnym latały muchy prosto z tego gnoju no i cuchnęło niesamowicie, a mieli córkę na wydaniu i żaden kawaler nie chciał do niej przychodzić. Pisali do gminy, do Radiokomitetu, do I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka ( Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej- przyp. Z. Sz.), no to pani Wanda też pod te same adresy. Przyjeżdżały komisje, badały, spisywały protokoły. Po upadku Gierka obie strony skarżyły się na swój los do „Solidarności”. I znowu komisje, ale kupa gnoju nie dawała się i leżała wprost pod oknem Kozaków. Był to bodaj najbardziej malowniczy spór o miedzę.

Z.: czasami dziennikarz naraża się swoim pisaniem na proces. Tak było z bandytą „Piąchą”.

Sz.: Miał za sobą 15 wyroków i połowę życia za kratkami. Będąc na warunkowej przerwie w odbywaniu kary, jakiej z niewiadomych bliżej powodów udzielił mu sędzia penitencjarny, zabił w okrutny sposób byłego kolegę spod celi, który nie chciał się przyłączyć do buntu jaki „Piącha” wywołał w więzieniu. Zabił go na melinie, bijąc taboretem i podtapiając. Nazwałem go w reportażu „bandytą”, choć nie było jeszcze wyroku w sprawie. I wytoczył mi proces o… zniesławienie! Napisałem wcześniej, że „sędziemu penitencjarnemu zaszeleściły „zielone”( tak się mówiło o dolarach) i dlatego zgodził się na przerwę w odbywaniu kary bandycie. Ów sędzia zaprosił mnie do gabinetu na miłą pogawędkę, a potem był uprzejmy odwieźć do domu. I w samochodzie wytłumaczył, żebym dał sobie spokój z drążeniem tematu, bo on mógłby mi , chociaż nie chce, wytoczyć proces o te „zielone”. Sugerował, że on może mnie zgnoić, nawet jeśli proces odbywałby się poza Tarnowem, bo środowisko sędziowskie jest solidarne w takich procesach. Sprawa stała się głośna w całym kraju, pisały o tym ogólnopolskie gazety, bo rzadko zdarza się, żeby bandyta wytaczał dziennikarzowi proces o zniesławienie. A ja ten przypadek zapamiętałem na zawsze, także z powodu osobliwej postawy sędziego….

Za: Ilustrowany Kurier Codzienny (www.Tarnow.ikc.pl)

R.Z.