Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Dziadek to nie starzec

ale mężczyzna na kolejnym etapie męskości.

Współczesne utyskiwanie z powodu zanikającej męskości jest jak najbardziej uzasadnione, okolicznościowo dywaguje Tomasz A. Żak - reżyser i publicysta, twórca i dyrektor Teatru Nie Teraz, a od niedawna także dziadek. Tej okropnej dla cywilizacji tendencji nie można jednak opisywać jedynie w kontekście relacji uczuciowych czy nawet seksualnych pomiędzy ludźmi, szczególnie młodymi. Tak naprawdę rzecz dotyczy tego, jak może już za chwilę wyglądać nasza Ojczyzna i jak już dzisiaj wygląda nasze państwo. Aliści na początku każdy mężczyzna jest dzieckiem... 

Dzień dziecka

Najpierw przyszły mężczyzna jest malcem i tylko wówczas określa się go niejako bezpłciowo: to dziecko. W normalnym świecie, już  na tym etapie każdy wiedział z kim ma do czynienia. Użyłem tutaj czasu przeszłego – „wiedział”, bo dzisiaj ta wiedza, ta świadomość tak oczywista przez stulecia, jest zacierana, tracona. W naszej kulturze ten czas dziecięctwa małego chłopca był świadomie wpisany w bliskie relacje z matką. To było oczywiste emocjonalnie, aby w młodym człowieku zbudować tzw. miękkie uczucia, jakże potrzebne w dorosłej przyszłości. Potrzebne i do relacji z niewiastą i do założenia rodziny. Konieczne również wtedy, gdy człowiek musi znaleźć w sobie miejsce na empatię czy w ogóle szacunek dla słabszego. Niemniej nikt nie proponował męskiemu maluchowi zabawy lalkami, ani nie przebierał go w sukienki. Z „niemęskich” atrybutów pozostawały jedynie długie włosy, których przycięcie, czyli tradycyjne polskie postrzyżyny, był to moment przejścia do „kolejnej klasy” w szkole męskości.

Dzisiejsze zniewieścienie płci męskiej i równoległe feminizowanie, czyli odbieranie kobiecości płci żeńskiej, to tylko zewnętrzne znamię pożerającej świat rewolucji. Dużo ważniejszym zdaje mi się być ogólne zdziecinnienie wszystkich wokoło. Może warto wiedzieć, że bycie dzieckiem przez stulecia było czymś naturalnym i wpisanym w rytm życia rodziny i szerzej społeczeństwa (o czym było wyżej). Podlizywanie się polityków demokratycznych do tzw. dziecięcości, to całkiem młody zabieg socjotechniczny. Dzieci na propagandowy piedestał wywindował w ramach „obozu socjalistycznego” sowiecki komunizm, a niewiele potem inicjatywę przejęła Organizacja Narodów Zjednoczonych, kiedy to w roku 1954 ustanowiła Międzynarodowy Dzień Dziecka.

Dzień chłopaka vel chłopca

Chłopiec po postrzyżynach jeszcze nie był mężczyzną, ale rzec by można, stawał się czynnym adeptem w szkole męskości. Odtąd jego bezpośrednim opiekunem stawał się ojciec. Zmieniał się też istotnie jego plan dnia. To już nie był jedynie czas zabawy, ale czas odpowiedzialności za różne męskie zadania (oczywiście na miarę możliwości wiekowych). Przede wszystkim była to pomoc w różnych zajęciach, za które odpowiadali mężczyźni. Historycznie rzecz ujmując pierwszym z tych zajęć była nauka strzelania czy fechtunku, czyli przysposobienie fizyczne i psychiczne młodego chłopca do ewentualnej konieczności bycia żołnierzem. Zresztą to bycie żołnierzem przez całe wieki konstytuowało męskość jako taką. Jeszcze te kilkadziesiąt lat temu regułą było traktowanie służby obowiązkowej w wojsku, jako szkoły męskości.

Niejako drugą nogą tego wchodzenia w dorosłość było przyuczanie chłopca do różnych męskich zajęć domowych. Ich zakres wynikał z tego, w jakiej rodzinie się to działo. Jeżeli wiejskiej, to oczywistym były wszystkie zajęcia polowe czy te związane z oporządzeniem zwierząt gospodarczych. Jeżeli było to w mieście, to było związane z zawodem, który uprawiał ojciec. Sprawy te w naturalny sposób łączono ze szkołą. Po lekcjach najpierw była pomoc w zajęciach przy domu, a ewentualna zabawa dopiero po wypełnieniu tych obowiązków.

Wszystko to (nawet szkoła aż do XX wieku) odbywało się w ramach rozdzielności płciowej – tak obowiązki, jak i zabawa. Charakterystyka mężczyzny formowała się wśród mężczyzn i przy męskich zajęciach. Ciekawym było to, że to formowanie wiązało się również z duchowością, a to w ten sposób, że młody mężczyzna z reguły zostawał też ministrantem w swoim kościele parafialnym.

Wspomniane udziecinnianie społeczeństwa wkroczyło również w ten etap rozwoju mężczyzny, zamieniając go na chłopaka lub chłopca. W efekcie chłopcem może być dzisiaj nawet 30-latek, a kobieta zamiast męża ma chłopaka.

Taki dzień również istnieje w kalendarzu globalnej dekonstrukcji świata. Mamy więc dzień mężczyzny, tak jak  mamy dzień kobiety. Oba te „święta” są międzynarodowe i – co nie jest przypadkiem – tak naprawdę nie honorują w kobiecie kobiecości, a w mężczyźnie męskości. To, co powinno definiować obie te płci przez cały rok, zostało sprowadzone tymi dniami do formy zabawowej, powierzchownej, najczęściej kojarzonej z flirtem, a więc wszystko daleko od odpowiedzialności za siebie i drugiego człowieka. A właśnie ta cecha – odpowiedzialność, powinna być fundamentalna dla wieku męskiego i to ona powinny być promowana przy każdej okazji.

I właśnie wtedy zaczyna się dorosłość. Wcześniejsze uniesienia i emocje – czy te wojskowe, czy te erotyczne porządkują się, gdy mężczyzna staje przed kobietą na tzw. ślubnym kobiercu. To niegdyś dziecko zapatrzone w swego tatę zaczyna coś rozumieć. Ten chłopiec, jeszcze parę miesięcy temu, do końca nieświadomie naśladujący ojca podczas pracy, a nawet jego zachowania towarzyskie, teraz jak prawdziwy mężczyzna podaje rękę wybranej przez siebie kobiecie. A niewiele czasu potem staje się coś jeszcze ważniejszego, jeszcze bardziej męskiego – oto mężczyzna zostaje ojcem.

Nie trudno zauważyć, że ta naturalna i jednocześnie skojarzona z prawem Bożym droga do dorosłości – męskości, została doszczętnie zrujnowana różnymi „izmami”, takimi jak: ateizm, modernizm, feminizm, genderyzm. Nie dziwi więc, że tak łatwo dzisiaj zatrzymać człowieka na etapie emocjonalności dziecka, któremu wystarczą zabawki i zabawa. Nawet, kiedy zabawką będzie drugi człowiek, a jedną wielką balangą całe jego życie.

Dzień dziadka

Całkiem niedawno temu zrozumiałem, że dorosłość i męskość nie kończą się na etapie bycia mężem i ojcem. Zrozumiałem, co to znaczy mądrość dojrzałego człowieka,  który uzyskuje perspektywę widzenia świata poprzez pryzmat kolejnego pokolenia będącego biologicznym przedłużeniem jego samego. Narodziny są cudem prawdziwym, największym darem Boga dla człowieka. Narodziny dziecka własnego dziecka to cud jeszcze inny. Zaczynamy dopiero teraz rozumieć sens łańcucha pokoleń. Zaczynamy rozumieć siłę tradycji i narodowej kultury, która jest ukryta w tej małej istotce przed którą całe życie i… droga do dorosłości.

Dziadek to nie starzec, ale mężczyzna na kolejnym etapie męskości. To przedstawiciel tej „rady starszych”, który może już nie wejdzie na wysokie drzewo, ale wie lepiej od innych jak soki płyną od korzeni do tych najmniejszych gałązek. I to właśnie dziadek jest tym najpotrzebniejszym, innym niż rodzice nauczycielem dla wnuczki czy wnuka.

Lekceważenie starszych, co widzimy dzisiaj wyraźnie, wzbudzanie do nich niechęci pod byle pozorem, skutkuje izolowaniem ich od młodszych, a finalnie zamykaniem w tzw. umieralniach” (na Zachodzie to norma). Eutanazja to etap kolejny likwidowania niewygodnej formacji, która osiągnęła pełnię męskości, dzięki czemu mogłaby być wyjątkowo potrzebna nie tylko własnej rodzinie, ale i własnemu krajowi. I teraz już nie dziwi ta nienawiść współczesnego świata do dziadków (mężczyzn i kobiet, żeby było jasne). Ich wiedza, pamięć i dorosłość są największymi zagrożeniami dla każdej manipulacji, każdego kłamstwa. Dziadkowie są dowodem na to, że świat nie zaczął się wczoraj, a nowoczesny nie znaczy lepszy.

Tomasz A. Żak  /www.pch24.pl/