Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

"Gorączkujący" Dagarama

Na fasadzie budynku głównegoo Muzeum Okręgowego w Tarnowie przy Rynku 20-2, pojawił się nietypowy pomnik, przy którym można się…  ogrzać. To wytłoczona w mosiądzu płyta poświęcona pamięci tarnowskiego architekta-wizjonera, Jana Głuszaka “Dagaramy”.  Wygląda niepozornie, jednak gdy jej dotkniemy, okazuje się, że wydziela przyjemne ciepło. Płyta dzięki zainstalowanej wewnątrz grzałce utrzymuje stałą temperaturę 37.5 stopnia, czyli odwzorowuje stan podgorączkowy, co ma nawiązywać do rozgorączkowanej wyobraźni cierpiącego na schizofrenię genialnego tarnowskiego wizjonera. Autorem koncepcji tej oryginalnej tablicy upamiętniającej „Dagaramę” jest krakowski malarz i grafik Rafał Bujnowski. Płyta została zrealizowana już dziesięć lat temu przez Biuro Wystaw Artystycznych w Tarnowie w ramach projektu „Tarnów. 1000 lat nowoczesności”.  Dotąd jednak była niedostępna z powodu remontu muzealnych kamienic, teraz po ich zakończeniu znów cieszy ciepłem. Co szczególne ważne podczas obecnych styczniowych mrozów. Warto przy tej okazji przypomnieć niezwykłą postać tego twórcy, wpisującego się w tajemniczy krąg tarnowskich artystów "przeklętych",    

Żyjący w latach 1937-2000 Jan Głuszak „Dagarama” był jednym z najwybitniejszych twórców polskiej architektury futurologicznej – ostatniego płodnego nurtu modernizmu. Od początku lat 60. XX w. tworzył fantastyczne wizje architektoniczne i urbanistyczne. Projektował gmachy o kilkukilometrowej wysokości, miasta pływające na oceanie czy – w późniejszym okresie – architekturę nomadyczną. Dedykował je m.in. miastu Nowy Jork, Moskwie, Tokio czy Humanopolis – idealnemu miastu według własnej koncepcji. Konsekwentnie rozwijał swoje teorie urbanistyczne w traktacie architektoniczno-filozoficznym zatytułowanym „De Labore Solis” (Z trudu Słońca). Tworzył tylko przez dwadzieścia lat, nękany chorobą psychiczną, przez którą musiał przerwać studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej.

     

- Co jeszcze chcesz wiedzieć. Nie jesteś pewien czy ja to wszystko mówię poważnie, co było kamuflażem, co wykrętem? Czy zmieniam poglądy jak żongler? Stary, many face of life And work, wiele twarzy życia i pracy. Tak jest, stworzyłem te pojęcie na własne potrzeby, żeby się tłumaczyć takim jak ty. Tak jest, przed sobą nie muszę się tłumaczyć. Stary, mogę ci jeszcze powiedzieć, że umiem się śmiać z samego siebie. Nie powiesz, żeby było to takie częste. Zresztą osądź to wszystko jak chcesz.

  

Powyższy cytat pochodzi z długiego monologu, wygłoszonego przez Jana Głuszaka dla swojego przyjaciela Stanisława Potępy, który mozolnie spisał i uporządkował chaotyczne słowa i opublikował w artykule pt. „Urzędnik Federacji Kosmicznej” w Tygodniku Temi -  grudzień 1978 roku. Spowiedź – wywiad, zbiegł się z wyborem Karola Wojtyły na Ojca Świętego i miał niebagatelny wpływ na ocenę enigmatycznej i nie do końca zrozumiałej postaci - wizjonera architektury z Tarnowa Jana Głuszaka.

Urodził się 12 marca 1937 roku w Tarnowie. Po zdaniu matury w I Liceum – 1955 rok – podjął pierwszą, nieudaną próbę dostania się na studia. Po roku intensywnej nauki podjął następną próbę i po akceptacji lekarzy – był chory na schizofrenię – rozpoczął studia na wydziale architektury Krakowskiej Politechniki. Nie należał do wybitnych studentów, a wpisy do jego indeksu pokazują oceny dostateczne i dobre. Studiów nie ukończył, nie zdążył do mety w wyścigu z chorobą, która zdominowała całe jego późniejsze życie. Po trzecim roku nastąpił gwałtowny nawrót schizofrenii, co zapoczątkowało nieustający ciąg cyklicznych pobytów w szpitalach, nieszczęść i aktów samozniszczenia.

Będąc na studiach, Głuszak poznaje prace architektów wizjonerów, twórców futuryzmu w Europie, czyta ich manifesty i jednocześnie umacnia w sobie przekonanie o wielkości własnych wizji. W późniejszych rysunkach i tekstach Głuszaka można doszukać się koncepcji Antonio Sant`Elie, Yakova Chernikhova, Richarda B. Furrela, a w obracających się wokół własnej osi wieżowcach Fischera, źródło do koncepcji domów, wędrujących w kierunku słońca.

W trakcie studiów bierze udział w wystawach, konkursach i wchodzi w dyskurs o architekturze z polskimi wizjonerami przyszłości. Pierwszy poważny sukces Głuszaka, to na pewno wystawa we Wrocławskim Muzeum Architektury, gdzie został zauważony i doceniony – po latach, w 1969 roku, wrocławskie muzeum zakupiło wszystkie prace Głuszaka i zaprezentowało na wielkiej wystawie „Jan Głuszak – architekt przyszłości”. W 1965 roku, na łamach „Projektu” ukazał się obszerny artykuł Jerzego Hryniewieckiego o Janie Głuszaku i to zapoczątkowało – jak twierdził Głuszak – budowanie jego legendy. Posypały się propozycje, często absurdalne, ale dodające kolejne mity do historii tarnowskiego wizjonera.

W rozmowie ze Stanisławem Potępą, Jan Głuszak tak opowiedział o własnej mitologii:
„Stary to są legendy, zresztą ja ich nie dementuję, one mi robią dobrą robotę, tworzą wokół mnie mity/…/No, właśnie. Domalewski napisał w „Dzienniku” o trzech biznesmenach, którzy przyjechali do Tarnowa z Arizony aby szukać Domu Kultury według mojego projektu, a Pyrczak w „Panoramie” zrobił z nich Amerykanów z Chicago. Poza tym chciałem ci Stary powiedzieć, że sam tę legendę wypuściłem. Szedłem kiedyś wieczorem do domu i jacyś Amerykanie pytali o drogę do Rzeszowa. W tym samym dniu jeszcze puściłem pogłoskę, że byli u mnie Amerykanie i pytali o mój dom kultury, którego projekt widzieli na wystawie we Wrocławiu/…/Efektem całej mojej publicity, systematycznie i starannie wklejanej do specjalnych ksiąg, były nie tylko zlecenia prac naukowych. He, He! Dostawałem też sporo listów, szczególnie od kobiet.”

        

Mało kto wiedział, że Głuszak jest bardzo chory, że jego wizje są częściej objawami, niż przebłyskami geniuszu. Pisał do siebie listy od wyimaginowanych kochanek, pisał oferty na  projekty monumentalnych budowli, na nieistniejące nigdy, umiejscawiane w dalekim świecie gmachy, mosty, osiedla. Bawił się swoją legendą, która wbrew logice powstała już za życia, nazywając siebie komikiem i dobrym aktorem. Można zadawać pytania o to, co było szczere i prawdziwe, a co zwykłą kokieterią artysty, albo doszukiwać się chorobliwej megalomanii, można. tylko, że w konfrontacji z dziełami wszelkie domysły stają się pustą narracją, a artystyczna wizja dominuje i upraszcza dociekania do jednego stwierdzenia – Jan Głuszak był artystą, który dotknął fizycznie swojego posłannictwa i nazwał je „boskim”.

Antoni Wolak, wieloletni przyjaciel Głuszaka wspomina: „Swego czasu pracował w pracowni architektonicznej w Myślenicach… i tam to się stało, po powrocie do (w miarę) „normalnego” zdrowia… Tam też rozszedł się z Olgą i zaraz potem spalił sobie rękę (obok dworca w Myślenicach była budowa), w takim piecu - blaszaku służącym robotnikom do grzania. I wtedy doświadczył  „mistycznych wizji”, jak zwykł mówić i zaczęła się jego wielka gehenna... Kiedy przyjechała policja, przemawiając na peronie (wspomnianego dworca) do przypadkowych podróżnych, wyjął spod płaszcza częściowo zwęgloną rękę - wyobrażam sobie jak ona musiała wyglądać. Został zawieziony prosto do szpitala, bo jak mówił Jasiu, nie było mowy o założeniu  kajdanek i aresztowaniu. Podobno jedna kobieta uklękła przed nim i ucałowała poły jego płaszcza, wzywając Boga na świadka i tym podobne, robiąc słowne zaklęcia.”

Po powrocie, już na stałe, do Tarnowa pracował w Spółdzielni Inwalidów, a potem w Tarnowskim Muzeum, gdzie był portierem. Tarnowska bohema przyjęła Głuszka - Dagaramę z otwartymi ramionami i zaprosiła do swojego towarzyskiego anturażu, promując jego wizjonerstwo i tajemniczość. Stanisław Potępa, Jan Rybowicz, Andrzej Lenartowicz, Antoni Wolak, Adam Bartosz i inni, zauroczeni nadrealizmem Głuszaka, skutecznie spopularyzowali dokonania miejscowego futurysty i wizjonera, a jego mały dom za wiaduktem kolejowym, przy ulicy Lwowskiej, stał się miejscem spotkań tarnowskich intelektualistów i wyjściem do powstawania nowych idei artystycznych.

Opisany na wstępie związek Głuszaka z Janem Pawłem II jest zapisany w tytule dzieła – manifestu Dagaramy, „De Labore Solis”. Jak pisał autor, nazwa pochodzi ze średniowiecznej przepowiedni świętego Malachiasza, który w krótkich sentencjach łacińskich nazwał i opisał wszystkich przyszłych papieży, po dzień dzisiejszy. Interpretatorzy przepowiedni przypisują „De Labore Solis” papieżowi Janowi Pawłowi II, który za życia wykazał wielki trud – Labore – w swoim pontyfikacie, a słońce – Solis – związane było poprzez daty zaćmień słońca z narodzinami i pogrzebem Ojca Świętego. Jan Głuszak, jeszcze w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, napisał bardzo znamienne proroctwo, w którym podał rok swojej śmierci, jako początek życia swoich wizji i urzeczywistnienie myśli architektury przyszłości, podając jednocześnie konkretną dekadę, która odnowi jego historię. O dziwo, jego proroctwo i śmierć, zbiegają się z rocznicą śmierci papieża. Po wielu latach milczenia i zapomnienia o Janie Głuszaku, jego historia wypłynęła w 2005 roku, roku śmierci papieża Jana Pawła II. 

"Był na tyle szalony, że proboszczowi z Rzędzina wyznał  w sekrecie (chcąc poznać jego reakcje), że miał stosunek seksualny na torach z Matka Boską i temu podobne harce słowne, że układał fraszki, że pisał (od czasu do czasu) wiersze i czytał je nam, (jeden nawet był publikowany w miesięczniku „Poezja”), układał teksty piosenek, które miały na celu obrazić jego matkę, będącą osobą w podeszłym wieku. Matka z trudem znosiła jego wyskoki, a poza tym  nie rozumiała go do końca. Jego ojciec, można powiedzieć, był  ziemianinem, a tam gdzie teraz stoją bloki, od kościoła na Rzędzinie  w górę, aż do kolejnego kościoła na nowym osiedlu, od Spadzistej do Grabówki i w kierunku Klikowej, było jego rodziców. Przed wojną jego ojciec był stajennym księcia Sanguszki.” – dopowiada Antoni Wolak.

Jan Głuszak zmarł śmiercią własną, wychodząc przez okno drugiego piętra szpitala psychiatrycznego w Straszęcinie pod Dębicą… w roku 2000.

Za: Jerzy Reuter  (Gazeta Krakowska)
R.Z.