Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Tomasz A. Żak: Elita poza siecią

Porozmawiajmy o uczeniu. Tak – o uczeniu, a nie nauczaniu. Wiem, oczywiście, że w czasach, w których wszystko ma być „zdalne”, a więc związane z wymuszoną rezygnacją z prawdziwego życia, również nauka zmieniła się  w owo przymiotnikowe nauczanie. Niemniej, chcąc poważnie myśleć o tym, co będzie pojutrze, musimy znaleźć sposób na to, jak teraz uczyć poza szkołą, a nie nauczać z wykorzystaniem zarzuconych na uczniów „sieci”.  Czegóż można nauczyć na odległość? W starych dobrych czasach powiedziano by, że odległość uczy tęsknoty. Globalny świat zredukował niemal do minut odległość jednego punktu na mapie od drugiego, ale jakoś zaskakująco oddalił nas od siebie.

No a teraz jeszcze ta zadana nam „zdalność” kontaktów, która spowodowała, że obcość i brak empatii stały się czymś nierozerwalnie związanym z każdą tzw. podstawą programową nowoczesnego nauczania. Tak, można w ten sposób wtłamsić w oświecanego ucznia wiedzę – nazwiska, wzory, daty, i co tam jeszcze, ale to nie uczyni człowieka ani mądrzejszym, ani tym bardziej mądrym. Ewentualnie i raczej jednostkowo pozwoli zaliczyć taki czy inny test, byle nie był stresujący, bo wtedy mielibyśmy do czynienia z zamachem na dobrostan ucznia. Tak to jest dzisiaj skonstruowane, że tego, którego się uczy już nie wolno oceniać, bo się zdenerwuje. No i jeszcze jedno, chyba najważniejsze - w ten sposób na pewno nie da się wychowywać, co przez pokolenia była immanentną częścią każdego nauczania. Efektem zdalnej antyedukacji jest apatia i depresja, a u tych bardziej odpornych na wiedzę (napiszmy szczerze - głupszych), uczucie nienawiści do… kogo tam wskażą w mediach społecznościowych albo w ogóle do wszystkiego.

     

Ustawodawstwo europejskie (czytaj: unijne) kolejnymi dyrektywami skutecznie odepchnęło dzieci od rodziców. Obecnie młody człowiek, a nawet bardzo młody „jest świadom swoich praw” (o obowiązkach ani słowa), a najważniejszym jest prawo do samostanowienia i z tym związane prawo do osobistego komfortu, który może być naruszony choćby przypomnieniem o wymyciu zębów. I nawet to, jak wiemy, może skutkować odebraniem praw rodzicielskich. Tak nowi marksiści dochowali się nowego Pawki Morozowa. Ale, aby się to udało, najpierw małżeństwa (także konkubinaty) musiały zamerykanizować swoje życie zawodowe (sukces! sukces! sukces!), oddalając się od i siebie i od własnych dzieci, jeżeli jeszcze udało się je mieć, o co wcale nie jest łatwo. Nie jest łatwo, bo – o czym krzyczą reklamy i do czego przekonują celebryci – dziecko jest przeszkodą w karierze, a na dodatek odbiera szansę na wakacje, no i jeszcze psuje paniom figurę. W efekcie target dla przemysłu aborcyjnego został przygotowany perfekcyjnie.

Jak byśmy tego nie tłumaczyli, to i tak przysłowiowa kura była przed jajkiem, czyli to rodzice pierwsi zdradzili rodzinę. Nie dziwmy się więc, że mniej lub bardziej tego świadome dzieci biorą dzisiaj odwet. A jeżeli do tego dodamy posoborową globalną porażkę Kościoła katolickiego jako duchowego stabilizatora wszelkich rewolucji, a jednocześnie gwaranta zachowań dekalogowych (tutaj przede wszystkim pierwsze i czwarte) oraz najważniejszego sojusznika rodziny, to mamy to, co mamy. W tym kontekście jakże nieudanym okazał się być projekt przywrócenia lekcji religii do szkół i to tak dalece nieudanym, że w rezultacie tylko przyspieszył odchodzenie młodych ludzi od wiary, co oddaje ich w łapy tych, którzy zarządzają innymi od duchowych namiętnościami – tymi materialnymi i cielesnymi.    

Dobrze pamiętam swoje szkolne czasy, kiedy to największą karą dla młodego człowieka był zakaz wychodzenia z domu (oczywiście wychodzenia w czasie  „poszkolnym”). Wychodzenie było związane z zabawą z rówieśnikami – dziewczyny miały swoje sprawy, a chłopaki swoje. Mnie najbardziej ciągnęło do gry w piłkę albo chodzenia nad rzekę latem, a zimą ma sanki albo budowanie śnieżnych fortec. Zagrożenie odebraniem tych najważniejszych życiowych przyjemności było wystarczającym stymulatorem, by nie stworzyć ku temu pretekstu np. przez złe oceny w szkole, ale także przez złe zachowanie w domu. Wszystko się z sobą zazębiało, łącznie z lekcjami religii, które odbywały się poza szkołą i poza rozkładem zajęć szkolnych. Religia była wtedy taką swoistą tajemnicą i w naturalny sposób rozbudzała duchowość.

 

To odwołanie się do własnego dzieciństwa nie jest li tylko sentymentalną podróżą w przeszłość. Chodzi o uświadomienie sobie – niejako na nowo, że możliwym jest w tzw. procesie wychowawczym bezkolizyjne połączenie czasu wolnego z czasem przeznaczonym na obowiązki. (W tym miejscu konieczna dygresja: „proces wychowawczy” był przez wieki tak właśnie rozumiany – nie oddzielano w tym określeniu uczenia się od reszty życia.) Komentując dalej moje wspominki warto również zwrócić uwagę na to, że w nominalnie wolnym dla siebie czasie (nie szkolnym i nie tym związanym z obowiązkami domowymi), młody człowiek sam szukał dla siebie impulsów i inspiracji do osobistego rozwoju, co było tzw. samokształceniem. „Chodzenie na religię”, choć mieści się w tej formule, było jednak częścią narodowej obyczajowości, tradycji, która nie zanikała nawet w rodzinach związanych z ateistycznymi strukturami władzy komunistycznej. To osobiste douczanie się nie można porównywać z obecnym przemysłem douczania w ramach tzw. korków, ale można zobrazować na przykład czytaniem książek, a to wówczas mocno było powiązane z odwiedzaniem biblioteki. Ta biblioteka sprzed lat to przeciwny biegun do bierności konsumentów internetu (wręcz bezmyślności) i ich patologicznej zależności od „sieci”. Niegdysiejszy „szlaban” na wychodzenie z domu – jakby na to nie patrzeć – był wychowawczym stymulatorem. W epoce „społeczności komórkowej” (w epoce jednokomórkowców) wychodzenie z domu nie jest już atrakcyjne, a próba odebrania czy ograniczenia kontaktu z przedmiotem - bożkiem skazana na porażkę. Elektroniczny gadżet stał się przedłużeniem człowieka, wrósł w niego po prostu i nie jest już możliwym „oszlabanowanie” tego czegoś. Nawet jeżeli mamy nie tylko setne przykłady ale i dowody naukowe na to, że owa „komórka” nie tylko ogłupia, ale również odczłowiecza. Pozbawiony tej części siebie osobnik gotowy byłby zabić, jak narkoman na głodzie.

  

Wróćmy do zdalnej szkoły, czyli do zastosowania w obecnej praktyce oświatowej znanej XIX-wiecznej formuły: „Pójdź dziecię! Ja cię uczyć każę!”. Wtedy, śladem wiersza Marii Konopnickiej, chodziło o danie dzieciom szansy na naukę, z której nie mogli korzystać ze  względu na zwykłą  biedą czy brak szkoły/nauczyciela w najbliższej okolicy. Praktyka, o której piszę jest taka, że uczeń ma dzisiaj nauczyciela/szkołę z „dostawą do domu”, co pozwala niektórym komentatorom zachłystywać się tą zdobyczą nowoczesności. A ja myślę, że te wszystkie mniej czy bardziej oficjalne oraz hybrydowe „lockdowny”, które wystymulowały ten oświatowy nowy porządek, to naprawdę spaliły ostatni most iluzji sensowności systemu obowiązkowego szkolnictwa, który łączył tych, co uczą z tymi, którzy są uczeni. System był chory od dawna i kolejne tzw. reformy nie były już w stanie uczynić go „młodym i pięknym”, czyli po prostu zdrowym. A zdrowy to ten, w którym ukończenie takiej czy innej szkoły lub uczelni w naszej Ojczyźnie może czynić cię najpierw dobrym człowiekiem, zaraz potem dobrym Polakiem, a przy okazji dobrym i godnym zaufania fachowcem. I dokładnie o to chodziło Konopnickiej. I właśnie to sedno edukacyjne zetatyzowana i zideologizowana szkoła zgubiła gdzieś na drogach socjalizmu, pozostawiając tylko prawny przymus „oświecania".

Gdyby nie ta internetowa zdalna smycz, to można by rzec, że ten spalony most daje wielką szansę na uwolnienie dobra w uczniach i studentach (również w nauczycielach). Daje tym młodym szansę na dotknięcie autentycznych narodowych emocji i potrzeb, a od tego już prosta droga do zawodu, który może być potrzebny, a dobrze wykonywany da satysfakcję i środki do życia. Gdyby nie ta smycz… Nie bądźmy jednak utopistami – samo samokształcenie cudu tej przemiany nie spowoduje. W uczeniu potrzebny jest mistrz, a w wychowywaniu personalny przykład. I jedno i drugie potrzebuje bezpośredniego kontaktu, bo liczą się nie tylko definicje i formułki, ale sposób ich przekazania – tembr głosu, spojrzenie, uśmiech, a nawet milczenie. A zaraz potem liczy się również reakcja grupy uczniów na siebie, inspiracja skojarzona z ambicją. No i ten mistrz nie ulepiony z byle czego. 

Zgodzimy się pewnie z tym znanym powiedzeniem, że  „najważniejszy jest człowiek”, ale aby to było prawdziwe, powinniśmy dodać, że tylko człowiek wolny. I właśnie tę daną nam przez Stwórcę cechę powinna rozwijać w nas wszelka edukacja. A co zrobić, kiedy tej wolności już w systemie zabrakło? Polskie doświadczenia z nauczaniem poza systemowym są liczne i pouczające – od „latającego uniwersytetu”, poprzez konspiracyjne szkolnictwo, aż do  nauczania domowego. Na pewno warto przyjrzeć się w tym kontekście zaczątkom skautingu na ziemiach polskich, bo być może nadszedł czas, w którym należy rozważyć jakąś formułę „zajęć pozalekcyjnych”, która zagwarantuje kreację autentycznej polskiej elity, którą nie da się zdalnie sterować.

Tomasz A. Żak /www.pch24.pl/