Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

O elitach przed wyborami

Do przedstawiania rzeczywistości w jakiej żyjemy coraz częściej stosujemy skojarzenia z zarazą, pisze w swoim najnowszym felietonie Tomasz A. Żak znany reżyser, twórca Teatru Nie Teraz i ceniony publicysta. To nie tylko naturalne wobec medialnej i politycznej pandemii strachu przed „bezobjawowym wirusem”, ale bardzo pomocne w niezrelatywizowanej ocenie świata całego i każdej z naszych mniejszych ojczyzn. Najlepiej jednak ów kontekst zarazy pasuje do przedwyborczego opisania tzw. elit. Zawsze kiedy w mitycznych nocnych rozmowach Polaków nadchodzi moment narzekania na źle rządzących, to pojawia się argument/wyjaśnienie, że to wszystko efekt wymordowania polskich elit w czasie dwóch XX-wiecznych okupacji – niemieckiej (wojennej) i sowieckiej (wojennej i powojennej). Mijają kolejne dziesięciolecia, a ta narracja trwa. Im środowisko bardziej „nakręcone” patriotycznie, tym mocniej jest to podnoszone. 

Od dawna mam wrażenie bliskie pewności, że wypowiadający te słowa szukają w ten sposób alibi dla własnej inercji lub nieudolności, a niejednokrotnie również dla swego kunktatorstwa. Raz chcieliby bowiem dopieszczać swoje ego tzw. opozycyjnością, a innym razem nijak nie potrafią rozstać się z taką czy inną „małą stabilizacją”.  A to oznacza, że jakiekolwiek miejsce w życiu ogólnospołecznym zajmują tacy ludzie lub w jakiejkolwiek dyskusji czy debacie biorą udział, to są niczym korek w naczyniu zamykającym potrzebną nam Polskę. To są właśnie te prawdziwie fałszywe elity.

Łże elity

Stwierdzenie z ostatniego zdania powyżej to nie oksymoron. Kiedy piszę tutaj o elitach, to nie mam na myśli li tylko tych, których zostawił nam w spadku komunizm. Zdecydowanie nie chodzi tylko o „resortowe dzieci”; również nie o pogrobowców służb specjalnych totalitarnego systemu i jak najbardziej nie o importowaną z zachodu gospodarczo-bankową szarańczę. Faktycznie, ludzi tych jest legion i w efekcie zwycięskiego marszu nowych marksistów na instytucje, są prawie wszędzie. A na pewno są tam, gdzie wymyśla się mody i trendy pozwalające trwać tej łże-elicie. Na przykład w kulturze. Po tym wstępie najwyższy czas na konkretne przykłady. Najpierw z miasta Krakowa.

Wydawać by się mogło, że ktoś taki, jak aktorka Dorota Segda, znana z imitowania kopulacji na scenie, a nieco później wybrana rektorem Akademii Sztuk Teatralnych w królewskim grodzie Kraka, już niczym nas nie zaskoczy. A tymczasem, wykorzystując daną jej władzę, pani ta zajęła się ostatnio wykluczaniem osób myślących inaczej niż ona, a jednocześnie od niej zależnych. Na budynku publicznej uczelni, którą zarządza, wywiesiła flagę i to bynajmniej nie o barwach narodowych, tylko tęczową. Jeżeli w tej instytucji jest choć jeden pracownik lub choć jeden student, który nie akceptuje ideologii LGBT itd., to mamy do czynienia z oczywistym mobbingiem i to do kwadratu politycznym.  Działania te, jak zwykle w takich przypadkach, przyodziano w „humanistyczne” slogany o „bronieniu dyskryminowanych” i uzbrojono w sofistyczne hasło, że na tej uczelni „wszyscy jesteśmy u siebie”. Czyżby?

W czas kampanii wyborczej na urząd Prezydenta RP od polityki odżegnał się rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, rozsyłając do mediów oświadczenie, w którym czytamy: „Jeżeli w jakimś miejscu, w kościele lub budynku parafialnym, pojawia się przypadek agitacji wyborczej, należy uznać to za naganne i niezgodne z misją Kościoła, którą jest głoszenie Ewangelii każdemu człowiekowi, niezależnie od poglądów politycznych”. Jakaż to piękna bzdura, chciałoby się rzec. I pisze to rzecznik Kościoła katolickiego, którego wierni są obecnie najbardziej prześladowaną społecznością na świecie. Apolityczność głosi przedstawiciel kleru, który w ostatnich latach stał się w Polsce dla opcji lewackich klasycznym „chłopcem do bicia”, na którego „flekowaniu” zbija się polityczny kapitał. A przecież głoszenie Ewangelii od zawsze było polityczne, bo stało na przeszkodzie wszelkiej maści zła. Wiara, który ma „pasować” każdemu, to na pewno nie jest przesłanie Jezusa Chrystusa. Czy ksiądz rzecznik przypomni sobie jakąż to misję ewangelizacyjną wypełniali na ambonie choćby tacy polscy kapłani jak: Andrzej Bobola, Piotr Skarga, Stefan Wyszyński, Jerzy Popiełuszko czy Karol Wojtyła? Wątpię.

Elity fałszywe

Zdarzyło się, że miałem okazję obserwować „w sieci” wymianę zdań w grupie ludzi z jednej listy adresowej wybitnego polskiego artysty z tytułem profesorskim. Na liście są osoby tak z Polski, jak i od lat mieszkające poza jej granicami. Warto dodać, że są to ludzie o dość zaawansowanej średniej wieku. W każdym bądź razie mamy na pewno do czynienia z gronem osób, które nazwać by można elitą. No i na pewno większość tych ludzi tak o sobie myśli. A im mniej świat o nich wie czy słyszał, tym bardziej są utwierdzeni w tej „elitarności”, a przy okazji „opozycyjności” wobec głupiego świata, który ich nie docenił...

Takich grup, grupek i kanap jest w Polsce setki, jeżeli nie tysiące. I są to gremia jak najbardziej opiniotwórcze, no bo przecież są „elitą”. I raczej nie zdobędą się na refleksję, że ich „wyjątkowość” skrojona jest ledwie na wzór literackiego pana, wójta i plebana. Latami kultywują wzajemne kontakty, bez których nijak nie mogliby grać roli tych, którzy wiedzą i to wiedza lepiej niż inni. Latami rozmawiają na bezpieczne tematy, aż przychodzi kiedyś czas wyborów i uppps! To, co dalej, poprzedzę klasyczną na te okazje stosowaną frazą, że wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

Ktoś, nazwijmy go profesor Wojtek, rozesłał list-apel o poparcie konkretnego kandydata (wymieniony z imienia i nazwiska) w nadchodzących wyborach prezydenckich, co dobitnie uzasadnił: „najlepszy kandydat”, „sprosta politycznym i społecznym wyzwaniom”, „uspokoi nastroje”, skonsoliduje społeczeństwo” itp. No i otworzył – cytując jednego, jak najbardziej „elitarnego” pederastę – „skrzynkę z Pandorą”. Marek, Wacek i nawet Dorota „dostali piany” i natychmiast otrząsnęli się z możliwości kontaktu z takim przekazem pisząc, aby „nie przysyłać im spamu wyborczego”. Basia odcięła się krótko, notując, że ma „zupełnie inną orientację polityczną”, a popierająca ją koleżanka Renatka spróbowała być dowcipna, łaskawie dając prawo do emitowania takich anonsów, ale tylko wtedy, kiedy są one performancem artystycznym.  Dalej było już tylko gorzej, bo w internetowej przestrzeni zaczęły latać siekiery. Madzia postanowiła bronić zasuflowanego na wstępie kandydata poprzez dyskwalifikację moralną oponentów, obdarzając ich epitetem - „zdrajcy”. Teraz Basia odezwała się po raz wtóry i postanowiła „zaorać” Madzię nazywając ją ignorantką i dając krótki a zjadliwy wykład na temat tolerancji, a ostatecznie grożąc paragrafem o dyfamacji. Odzew dotkniętej „do żywego” Madzi to był już naprawdę gruby kaliber. Basia dowiedziała się, że ma przez propagandę sowiecką „wyprany mózg”, no i że bierze udział w „demolce naszego kraju”, na co oczywiście odpowiedziała, choć zaskakująco schematycznie, stygmatyzując Madzię jako „moherowy beret”…  Uff!

Czemu ja o tym inteligenckim maglu piszę?  Mógłbym tu „pojechać” prawie wieszczem i napisać, że „a to Polska właśnie”, ale przecież to właśnie nie jest Polska. To właśnie ten korek, szpunt, czop czy po prostu zaślepka, co nie daje szans na kontakt z Polską prawdziwą. To te przysłowiowe krakówki i warszawki, ale też pcimy, wąchocki i pacanowy – te wszystkie miejsca, w których zdrowy nurt płynący od źródła się zatrzymał, spienił, zamulił, pokrył rzęsą i jak to w takich miejscach brzydko tam pachnie jakąś zgnilizną. Najlepszą definicją dla tych narzuconych nam i dla tych samozwańczych elit, które uważają się za centrum wszechświata i okolic, zdaje się być charakterystyka naszego kraju autorstwa Józefa Piłsudskiego: „Polska jest jak obwarzanek. Wszystko, co dobre, jest na obrzeżach”.

Wnioski?

A nie uważacie Państwo, że wszystko jest jasne? Czy po to, aby opisać warunki brzegowe dla osoby, którą mamy wybierać (np. prezydenta RP), znów będziemy przywoływać etos rycerski i tysiąc lat chrześcijaństwa na polskich ziemiach? Komuś, kto chociaż trochę, przez jedną kadencję będzie decydować  o naszym otoczeniu i o nas samych, powinniśmy ufać, prawda? Raczej nie dlatego, że on na przykład dobrze kopał piłkę, a ona wygrała konkurs karaoke. Kogoś, kogo rady w tej kwestii mielibyśmy brać na poważnie, winniśmy oceniać po tym, co w życiu osiągnął, czyż nie? I na pewno nie chodzi tutaj o tytuł magistra ani o konto bankowe na Cyprze. I jakby na to wszystko nie patrzeć, wspólne granie w brydża przez wójta, plebana i pana nie czyni z nich elity. Nawet gdy grają z jakimś „dobrze umocowanym” dziadkiem.

Tomasz A. Żak (www.pch24.pl)