Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

"Wielki wkurw" M. Poświatowskiego

czyli Matrix 2.0.

„Nadeszła godzina wielkiej próby. Próbie tej musimy wszyscy sprostać...” - Zenek słuchał orędzia prezydenta Andrzeja Dudy i wydawało mu się, że już raz w życiu słyszał te słowa. Sięgnął po pilota by zmienić kanał w telewizorze z goebelsowskiej stacji reżimowej, na załganą stację antyrządową, ale tam leciało to samo. -No cóż, poczekam na komentarze tych łajdaków – pomyślał i charchnął soczyście, dający tym samym wyraz stosunkowi większości Polaków do zawodu dziennikarza, pikującego pod względem społecznego zaufania do poziomu nadzwyczajnej kasty, czyli gdzieś między złodziejem, politykiem a szambonurkiem. Z całym szacunkiem dla tego ostatniego. W całym kraju działy się bowiem ciekawe rzeczy. Niedługo po tym, jak rząd tryumfalnie ogłosił tarczę antykryzysową, równie użyteczną co listek figowy bardziej pokazujący, że król jest nagi, niż osłaniający cokolwiek – taki, którym nawet nie można sobie obolałej d...py podetrzeć – zaraz po ogłoszeniu tej „tarczy”, bankrutować zaczęły tysiące polskich przedsiębiorstw, a banki skwapliwie przejmowały ich majątek. Setki tysięcy pracowników, zwykle bez większych oszczędności, za to z kredytami, szły na dobrowolno – przymusowe bezpłatne urlopy, albo otrzymywało wypowiedzenia. Również i tu banki zacierały ręce – szykował się okres żniw i przejmowania majątków rodzin. Kto miał kredyt hipoteczny, rwał włosy z głowy, niektórzy popełniali samobójstwa, nie mogąc patrzeć, jak przepada ich dorobek.

„„Erozja” - utrata zaufania społecznego we wszelkich dziedzinach życia, do wszystkich instytucji i niegdysiejszych autorytetów. Skutek utraty wiarygodności tychże oraz niemożności weryfikacji dostarczanych informacji. Erozja prowadzi do kontestacji wszelkich prawd, prawideł, zasad w świecie, w którym te prawdziwe oraz te fałszywe pozostają nierozróżnialne i posiadają ten sam status wiarygodności. Tak rozumiana erozja jest skutkiem ubocznym najbardziej rozwiniętych cywilizacji, tuż pomiędzy szczytem ich rozwoju, a krawędzią upadku. Przy czym im wyższy jest poziom rozwoju, w szczególności technologicznego, tym większa erozja i większy upadek. Zanikają punkty odniesienia także w dziedzinie kultury, sztuki, stosunków społecznych. Jednostka staje się atomem niesionym wiatrem chaotycznych wydarzeń. Erozja jest zwiastunem upadku państw oraz cywilizacji.” (Z encyklopedii Zionu, Matrix 2.0.)

W Tarnowie wyjątek stanowiły Zakłady Azotowe i „Mechaniczne”. - Panowie i Panie – prezes „Azotów” przemówił do załogi, w duchu politycznej poprawności zaczynając od Panów, by nie urazić Pań seksistowską hierarchią kulturową. Ale o innych płciach zapomniał. -Mam dwie wiadomości. Pierwsza to taka, że mamy duże zamówienie z MON, musimy tylko przestawić się na nieco inną produkcję. Druga to taka, że rozmawiałem z panią z Sanepidu i od dziś mamy kwarantannę. Oznacza to, że nikt stąd nie wyjdzie przez czternaście dni. A skoro już mamy spędzić razem najbliższe dwa tygodnie – tu prezes mimowolnie uśmiechnął się chytrze – to może zwiększylibyśmy produkcję?
W tym samym czasie do załogi przemawiał prezes Zakładów Mechanicznych. - Panowie i Panie! Mam dwie wiadomości. Pierwsza to taka, że mamy duże zamówienie z Policji na środki do tłumienia demonstracji wichrzycieli i wewnętrznych wrogów państwa polskiego. Druga to taka, że rozmawiałem z panią z Sanepidu i mam pomysł, jak uchronić nas wszystkich przed koronawirusem! Ogłaszam, że od dziś izolujemy się od świata zewnętrznego na czternaście dni. Od wewnątrz zakładu porozwieszamy ostrzeżenia z napisem „Kwarantanna”, ostrzegające przed kwarantanną na zewnątrz. A tu będzie nasz azyl. A skoro już mamy spędzić razem najbliższe dwa tygodnie – tu prezes mimowolnie uśmiechnął się chytrze – to może zwiększylibyśmy produkcję?

Reszta mieszkańców Tarnowa nie miała tak dobrze, jak pracownicy „Azotów” i „Mechanicznych”. Szczególnie niewesołą minę miał prezydent Roman Ciepiela. Budynek magistratu tonął bowiem w śmieciach, odkąd mieszkańcy Tarnowa zaczęli masowo przywozić tu worki z odpadami – w geście protestu przeciw planowanym podwyżkom cen za wywóz odpadów, o niemal sto procent. Oznaczałoby to, że przeciętna tarnowska rodzina płaciłaby za śmieci więcej, niż za dostarczany prąd. Dziadziejących z dnia na dzień Tarnowian ogarniał powoli wielki wkurw, porównywalny do tego z czasów Rabacji Galicyjskiej. Ciepiela gorączkowo próbował dodzwonić się do Tauronu, żeby ten podniósł ceny prądu, żeby opłata za wywóz śmieci była mniejsza od tej za energię elektryczną, a tym samym by tam właśnie zogniskował się gniew ludu. Ale tłum zebrany pod magistratem, w którym zabarykadował się Ciepiela, coraz gwałtowniej domagał się wywiezienia prezydenta na wysypisko śmieci. Śmieciarka stała już przygotowana, odkąd do protestujących przyłączyli się pracownicy zajęci utrzymaniem czystości w mieście, domagający się przy okazji podwyżek, bo i im mniej oficjalne źródła dochodów zaczynały wysychać.

Tymczasem w skali kraju wpływy do budżetu państwa dramatycznie spadały – i za chwilę miało braknąć nie tylko na 500 plus, ale i na inne świadczenia. Stąd też w zaciszu rządowych gabinetów, by przychylić ludziom nieba, PiS przymierzał się do ręcznej regulacji cen, czy nawet wprowadzenia kartek na żywność i bonów. Nieliczni zdawali sobie sprawę, że nawet gdy wróci „normalność”, miną miesiące, albo nawet lata, zanim gospodarka „wstanie”. Mimo to o czasowym zawieszeniu ZUS i innych danin, tak z „automatu”, a nie „po uważaniu” urzędnika i wypełnieniu sterty papierów za kilka lat wstecz, w oczekiwaniu aż nadejdzie „wsparcie”, po czasie przydatne nieistniejącej już firmie jak umarłemu kadzidło – o tym nie myślał nikt. Podczas tajnej narady, naczelnik Kaczyński wyraźnie podkreślił, że prędzej zdusi gospodarkę, niż zrezygnuje ze swojej wizji państwa polskiego. „Wszystko w państwie nic bez państwa nic przeciw państwu” - streścił swoją doktrynę naczelnik, słowami wielkiego faszysty Benito Mussoliniego. Narzędzia represji były stopniowo tworzone, ukryte pod płaszczem walki z koronawirusem. Stan wojenny praktycznie funkcjonował – i to bez jego ogłaszania. Po ulicach jeździły szczekaczki, wzywające do pozostania w domach, pojedynczych przechodniów kontrolowały mieszane patrole policji, Żandarmerii Wojskowej i WOT, zatrzymywano autobusy i samochody osobowe. Ale teraz najważniejsze były wybory! I cyniczna gra ich terminem wobec opozycji, która nie wiedziała, czy już ładować pieniądze w kampanię, czy poczekać – no i jak ją prowadzić w tych warunkach? Prezydent Duda nie miał takich dylematów...
Zastanawiano się tylko, czy członków komisji wyborczych, którzy ze strachu przed zarażeniem, masowo odmawiali udziały w przygotowaniu wyborów, doprowadzić na miejsce pod przymusem, czy może tak znowelizować prawo, by w komisjach wyborczych mogli siedzieć karni mundurowi – żołnierze, policjanci, pracownicy służby więziennej itp.

Jednak z biegiem czasu, gdy miliony Kowalskich nie miały za co regulować rachunków, w społeczeństwie narastał wielki wkurw. Orędzie Dudy łatwo można było sobie wytłumaczyć widokiem jakichś 1,5 miliona aut, blokujących w akcie protestu całą Warszawę. Żadne policyjne blokady nie były w stanie powstrzymać tej rzeki „zlotu gwiaździstego”. Trąbiły klaksony, przekazy reżimówki mówiły coś o „warchołach”, najważniejszych gmachów rządowych pilnowały czołgi i ogólnie pachniało linczem i jakąś rewolucją. Nikt nikogo nie pytał, czy jest z PiS czy PO. Liczył się sam fakt przynależności partyjnej, do którejś ze wspólnot rozbójniczo-okupacyjnych, zmieniających się naprzemiennie władzą pod różnymi szyldami od 1989 roku. Stronnictwa były dwa: prusko-ruskie i żydowsko-amerykańskie. Polskiego – Polacy jeszcze się nie dorobili. Tak więc zjazd gwiaździsty na Warszawę trwał, a ci, którym nie udało się dotrzeć do stolicy, odwetu szukali pośród lokalnych radnych i samorządowców.

Opozycja próbowała wykorzystać sytuację do przejęcia władzy, strojąc się w piórka obrońców demokracji, ale lud wciąż miał świeżo w pamięci i jej wyczyny. Nie zwalcza się dżumy cholerą! Napięcie sięgnęło zenitu, gdy sędzia Gerlsdorf, razem z Rzeplińskim i innymi członkami nadzwyczajnej kasty, przy wsparciu Platformy Obywatelskiej, zwrócili się do organów Unii Europejskiej o zastosowanie paragrafów mówiący o udzieleniu „bratniej pomocy”...

Tymczasem gdy po Europie i świece szalał wirus, Parlament Europejski właśnie zdalnie obradował nad problemem praworządności na Węgrzech, a posłanka Spurek, najpełniej chyba oddająca istotę tego organu, pochylała się nad losem „osobo-krów”, których cycki były molestowane podczas procesu dojenia mleka, domagając się dodatkowego opodatkowania mięsa i przymuszenia społeczeństw do przejścia na dietę wegańską – na początek poprzez wprowadzenie jednego bezmięsnego dnia w tygodniu. Mimo tych palących spraw, organy UE znalazły czas by przychylić się do apeli polskich renegatów i zachodnią granicę Polski przekroczyła Bundeswehra, zmierzając w stronę linii Wisły... Jednocześnie samorządy, w których władzę sprawowali politycy Koalicji Obywatelskiej, ogłosiły niepodległość i wystosowały wobec Niemców delegacje powitalne, posyłając dzieci z kwiatami, słowem robiąc to wszystko, co byli w stanie przypomnieć sobie ich dziadkowie, co to podpisali Volkslistę.

Tymczasem w Warszawie zawiązał się spisek, mający na celu zawiązanie Rządu Jedności Narodowej, czego pierwszym etapem było powstanie samozwańczej Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, do której ochoczo garnęły się wszystkie WSI-oki i agentura wszelakiej maści, plus garść pożytecznych idiotów, wskrzeszając tym samym tradycje Magdalenki i Okrągłego Stołu. Celebryci słali wiernopoddańcze listy, „Gazeta Wyborcza” piała o braterstwie broni i europejskiej solidarności; nawet skarb narodowy, Lechu „Kukuniek” Wałęsa zaoferował się na przywódcę i zbawcę narodu.

Jednakże siły pokojowe Bundeswehry, co to czołgami pokojowo miały zaprowadzić praworządność i demokrację, rychło musiały się wycofać. Powodem tego stanu rzeczy był z jednej strony fatalny stan techniczny niemieckiej armii, której trudno było skompletować wystarczającą ilość w pełni sprawnych czołgów i innego sprzętu, który nie rozleciałby się pokonując trasę dłuższą niż ta, niezbędna do przeprowadzenia defilady (co przypominało sprzęt radziecki) - a z drugiej strony powodem wstydliwej rejterady były wezwania islamskich, miłujących pokój imamów do stworzenia Europejskiego Kalifatu i rozpoczęcia świętej wojny z niewiernymi. Ulice Berlina i innych miast spłynęły krwią, a najgorszy los spotkał sodomitów i gomorytki, z udziałem których zorganizowano specjalne igrzyska.

Wezwania posłuchała również miłująca pokój społeczność muzułmańska w innych krajach, w tym także ta jej część, która dotąd jedynie biernie na internetowych forach wyrażała radość po kolejnych zamachach terrorystycznych. Wojna cywilizacji rozlała się na Francję, Anglię i kraje skandynawskie i nikt już nie panował nad niczym. Tylko Parlament Europejski zdalnie i niewzruszenie debatował nad rezolucją "wiosennej" posłanki Sylwii Spurek...

Zamieszanie wykorzystał Erdogan i Turcja wkroczyła do Grecji, pod pretekstem obrony praw muzułmańskich imigrantów.
W Polsce, równolegle z bratnią pomocą Niemiec, od wschodu wkroczyła Rosja, również w imię pomocy bratniemu narodowi słowiańskiego oraz w celu ochrony rosyjskiej mniejszości. Oczywiście, kierując się w stronę linii Wisły. I wtedy stał się kolejny cud – po pierwsze, za sprawą typowego rosyjskiego „bardaku” w Kaliningradzie coś potężnie pierdyknęło, a po drugie, swoją pieczeń przy ogniu z tej okazji chciały upiec również Chiny, zajmując wschodnią część rosyjskiego zadupia. Oczywiście, w celu niesienia pomocy oraz ochrony swojej mniejszości narodowej, coraz skuteczniej wypierającej w niektórych regionach rosyjską siłę roboczą, coraz mniej liczną wobec kryzysu demograficznego.
Teraz przyszła kolej na ruch Stanów Zjednoczonych, a wrzało już niemal w każdym zakątku świata. Pandemia była doskonałą okazją do sięgnięcia po władzę niemal despotyczną, do ograniczania swobód obywatelskich, do zmiany stosunków własnościowych – no i do przemodelowania układu sił na świecie.

 Ale na polskim podwórku było nie mniej wesoło. Teraz to wiernopoddańcze gesty opozycji rozwścieczyły Polaków i rozpoczęły się prawdziwe polowania na polskojęzycznych Targowiczan. W tym na znienawidzoną „nadzwyczajną kastę”. Płonęła niesławna „Gdańska Apelacja”. Ku uciesze gawiedzi, złodziei i niektórych przestępców w togach... Płonęły gmachy warszawskich sądów ku uciesze reprywatyzacyjnej mafii... Rzepliński, Tuleja i reszta ferajny zamknęli się od wewnątrz w zaprzyjaźnionym zakładzie karnym, spędzając czas na wykładach wygłaszanych do więźniów na temat Konstytucji. Morawiecki też siedział, jak na depozyt przystało – zamknął się w skarbcu zaprzyjaźnionego banku... Nikt nie wiedział gdzie jest Gerlsdorf, ostatni raz widziano ją, jak uciekała zaplątana w togę. Kaczyńskiego widziano podobno jak robił skrytkę dla kota....

 I gdy tak kotłowało się to wszystko, a Zenek oglądał najnowsze orędzie prezydenta Dudy przynajmniej do momentu, w którym wyłączyli prąd - przygotowania do wprowadzenia NWO – Nowego, Światowego Porządku, Nowego, Wspaniałego Świata – globalnego, totalitarnego ustroju, jakiego świat nie widział – wkraczały w decydującą fazę. Z wystraszonymi ludźmi bowiem można zrobić wszystko. - No to zaczynamy – w jakimś bunkrze – rezydencji dał się słyszeć głos jakiegoś mężczyzny i połączenie telekonferencyjne zostało zakończone. -  Rachela – mężczyzna uśmiechnął się do żony. - Szykuje się niezły geszeft!

Bóg jednak miał inne plany. Spoglądał z góry zniesmaczony. - Synu – powiedział. - Dajmy sobie z tym spokój. Znajdź mi dziesięciu sprawiedliwych i sprowadź ich tu. Kończymy ten projekt. Jedyne, co mi się podobało z tego co zrobili, to ten film, „Matrix”. I wiesz ty co? Mam pomysł! Zrobimy wersję 2.0!

Mirosław Poświatowski