Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Powrót do Kabotynowa (4) - Zemsta Mauzoleum

Niniejsza satyra (?) powstała pierwotnie jako koncept serialu filmowego w odcinkach, który (póki co) nie doczekał się realizacji. Do pewnego stopnia jest kontynuacją tworzonego przez kilka osób cyklu „Tajemnice Kabotynowa”, przed laty zamieszczanego w formie pisanej i audio na portalu inTARnet. Opisywaliśmy w nim losy najważniejszych osobistości mitycznego Kabotynowa – miasteczka położonego nigdzie, czyli wszędzie! Teraz sprawdzamy, czy pióro nie zardzewiało. Synonim już od rana intensywnie pracował. Na biurku, obok stosu papierów, spoczywała misterna konstrukcja złożona z klocków, a rezydent Kabotynowa, z należytym pietyzmem celebrował właśnie chwilę, w której („aha!”) położony zostanie jej ostatni element. Celebracja była uzasadniona, w końcu nie każdy miał szczęście urodzić się Bobem Budowniczym... Tak oto wreszcie nadeszła pełna napięcia chwila, w której ręka Synonima majestatycznie zawisła w powietrzu, by zwieńczyć dzieło, gdy nagle…

...gdy nagle coś huknęło, rymsnęło i zawibrowało; zabrzęczały szyby w oknach i drżeć zaczęła porcelana na biurku; wszystkie klocki kolejny raz rozsypały się, a z szafy obok wypadł nawet słynny żel, którego znów zapomniał zabrać Robert Rdzawała. Synonim w pierwszej chwili pomyślał, że to trzęsienie ziemi, bo cały budynek magistratu zdawał się drżeć w posadach. A potem przestał myśleć, gdy do gabinetu wpadł zdyszany asystent, od progu krzycząc: „panie rezydencie, panie rezydencie, dyrektor Mauzoleum Odkrywkowego Jędrzej Szpuntar wypowiedział nam wojnę, w odwecie za ten remont kabotynowskiego rynku, od którego mu zbytkowa porcelana się w gablotach tłucze! Machnął mi przed twarzą jakimś pismem z ministerstwa, że niby dostał zgodę i teraz zamierza pod naszym magistratem prowadzić prace wykopaliskowe z użyciem ciężkiego sprzętu!”

Synonim wyjrzał przez okno. Rzeczywiście, Szpuntar stał w dole, w asyście zbrojnych hufców złożonych z buldożerów i rozmaitych maszyn budowlanych. W ręku trzymał najukochańszą siekierkę kultury przeworskiej i dziarsko nią wywijał, niby hetman buławą.
- Przybyłem, zobaczyłem, zdobyłem! – krzyknął dyrektor buńczucznie. I dla podkreślenia wagi swoich słów dodał po łacinie: „Kości zostały rzucone!” - Wyjdź na ubitą ziemię – zawezwał Szpuntar rezydenta do pojedynku, wskazując siekierką świeżo ubitą ziemię.

Synonim odetchnął z ulgą. W pierwszej chwili bał się, że dyrektor, biegły w niuansach historii, zaserwuje mu jakąś przeróbkę słynnego listu atamana kozackiego do sułtana tureckiego („(...) Jaki z ciebie do diabła rycerz, jeśli nie umiesz gołą dupą jeża zabić (...)” – a tu tymczasem zanosiło się na pojedynek na łacińskie sentencje. Na szczęście na najwyższej półce w jego gabinecie spoczywała podarowana mu kiedyś książka z takimi właśnie różnymi mądrymi farmazonami. - Urzędnicy są jak książki – mruczał pod nosem Synonim wspinając się po półkach. - Im wyżej który postawiony, tym rzadziej do czegokolwiek użyteczny – stare porzekadło przyszło mu do głowy nie wiadomo skąd i wzbudziło niepokój.

- Wyłaź! – wołał tymczasem Szpuntar. - Zapłacisz mi za tę dewastację!
- Cudze winy mamy na oku, własne za plecami – odgryzł się Seneką Młodszym rezydent Kabotynowa, tym perfidnym sztychem sugerując, że wie coś, o czym nie wie nikt.

- Pies, który się boi, gwałtowniej ujada niż gryzie – dźgnął Szpuntar, cedząc słowa Lindą, choć to oczywiście ani nie Linda, ani nie Psy były.
- A tak poza tym to kto ci dał zgodę na wykopaliska pod moją twierdzą – próbował zmienić pole bitwy  Synonim.
- Jak to kto, Szujnia Jewropejska. Napisałem projekt, Działanie jeden dwa coś tam, poddziałanie dwa zero i tak dalej i dostałem dotację na projekt „Neutralizacja palenisk neolitycznych jako sposób na walkę z globcio” Nawet Szpurek, ta euroskaptowana, wiesz, ta od gwałconych krów, mi to pochwaliła. I teraz będę tych palenisk szukał. Pod magistratem! – krzyknął dyrektor.
- Ale my tu już niczego nie palimy. Nawet dokumentów – odparł Synonim, wspominając głośny pożar sprzed lat, który miał miejsce w kabotynowskim magistracie.

- Nie chcesz po dobroci, to pogadamy inaczej – zawołał Szpuntar i jął wydawać rozkazy. I zdało się rezydentowi, że to Jagiełło pod Grunwaldem przed nim stoi, albo jaki hetman i strach go nagły za gardło chwycił, i żałość i zazdrość okrutna, boć nawet w gumiakach, to jednak więcej było w Szpuntarze majestatu; bo jakąś taką ufność i sympatię przy tym wzbudzał, jakiej wzbudzić nie mogła nawet najdłuższa Jego samego, rezydenta Kabotynowa, przedwyborcza przejażdżka na miejskim rowerze, by raz w roku po gospodarsku przyjrzeć się poddanym i „wyjść do ludzi”. Synonim bowiem nie lubił, gdy ludzie przychodzili do niego, zwłaszcza podczas sesji, które w takich sytuacjach chętnie opuszczał. Bardzo za to chciał być lubiany i szanowany. A tu jakoś nie wychodziło, ani jedno, ani drugie...

- Chorągiew Koziolska, Sękowska – do mnie – Szpuntar, jak na filmowej wiktorii grunwaldzkiej, królewskim tonem wydawał podwładnym rozkazy i oto z wykopów, w bojowym szyku żwawo ciągnęli, a to inwentaryzator, a to specjalista, a nawet pani Małgosia, zbrojni w broń wszelaką: jakieś samopały, szpadle, trzy spinacze biurowe i jeden korkociąg; słowem - co tam udało się dla pospolitego ruszenia znaleźć. Karność tych szeregów i morale było pierwszej wody: do marszu naprzód motywowały ich świetlane wizje podwyżek, a od tyłu popychały ich odbezpieczone pistolety redukcji etatów.
I jak Zawisza dosiadłszy swego rumaka, spiąwszy do galopu, kędy kopyta skry z kamienia krzeszą, a pod ciężarem miecza co się w bramę wbija, karki trzaskają i hełmy – i jak w szalonym pędzie ziemia łomocze, że zda się nic pótym na niej wyrosnąć nie może, tak dzielny Szpuntar, pan na Mauzoleum Odkrywkowym, maszynę straszliwą, „stopą” zwaną dosiadłszy, nie bacząc na wiek swój emerytalny, całą naprzód ku magistratowi ruszył...
- Natychmiast przestań! – wrzasnął Synonim. - Jak nie przestaniesz, to jak będę trzeci raz płytę rynku po sobie naprawiał, to ci zrobię taką rekonstrukcję, że wchodząc do ratusza nogi sobie połamiecie!

- Tylko spróbuj! - wołał dyrektor. - Jak się odważysz, to po następnym turnieju przyjadę tu z Węgrami, i jeszcze z Szymonem Okrutnym, i zrobimy ci taką jesień średniowiecza, że kolejny koniec świata i najazd Grety to przy tym pikuś. A następną encyklofrenię Kabotynowa będziecie pisać sobie sami!
I znów w powietrzu zaczęły się krzyżować ataki i kontrataki, pchnięcia i zasłony; świst łacińskich sentencji niósł się daleko i szeroko; wszakże o ile Szpuntar wyprowadzał ciosy samodzielnie, o tyle Synonim posiłkował się podręcznym asystentem, który zerkał do stosownego słownika.
- Cura fugit multo diluiturque mero – Troska znika i rozpuszcza się w obfitym winie – Synonim prawie połamał sobie język, chcąc się zasłonić przed kolejnym morderczym ciosem Szpuntara i wyprowadzić kontrę, ale asystent potknął się na Owidiuszu i użył cytatu, który wydawał się nie pasować w ogóle do tej sytuacji. I wtedy stało się coś niespodziewanego.

- No, trzeba było tak od razu – Szpuntar odłożył siekierkę i dał rozkaz, żeby wyłączyć maszyny. - In vino veritas! Jako spirytus movens Towarzystwa Przyjaciół Węgier nie mogę odmówić. O winie porozmawiajmy przy winie. I tak wszystko zostanie w rodzinie – zakończył i puścił oko do kamery.
I tak oto zakończył się ostatni zajazd na Kabotynowie, co to nie doszedł do skutku. Zemsta Mauzoleum odkrywkowego za remont rynku, który zagrażał zabytkowej porcelanie – czyli prace archeologiczne pod kabotynowskim magistratem, z użyciem ciężkiego sprzętu – stały się kolejnym wydarzeniem, które nie miało miejsca. A szkoda...

Kamera. Wędruje znad kabotynowskiego magistratu, by zatrzymać się nad pozostawionym samemu sobie, rozgrzebanym pobojowiskiem będącym „rewitalizacją” kabotynowskiego rynku.
Iiii... cięcie!

Aha, wszelka zbieżność istniejących postaci i wydarzeń z wydarzeniami i postaciami przedstawionymi w niniejszej serii jest wypadkowa i niezmierzona.
              
CDN
Mirosław Poświatowski