Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Imago mundi - obraz świata

czyli
Poziom telewizji, zwanej niegdyś publiczną, sięgnął bruku.

Wojciech Wencel (ur. 16 lutego 1972 w Gdańsku) – polski poeta, felietonista, eseista i krytyk literacki. Absolwent III Liceum Ogólnokształcącego im. Bohaterów Westerplatte w Gdańsku (popularnej „Topolówki”) oraz polonistyki Uniwersytetu Gdańskiego. Stały felietonista tygodników „Nowe Państwo” (1999–2004), „Ozon” (2005–2006), „Wprost” (2006–2008), „Gość Niedzielny” (od 2006), „Gazeta Polska” (2011–2013), „wSieci” (od 2014). Wiersze publikował m.in. w „Brulionie”, „Zeszytach Literackich” i „Tygodniku Powszechnym”. Był członkiem redakcji kwartalnika „Fronda” (1997–2007) oraz współzałożycielem i członkiem redakcji magazynu „44 / Czterdzieści i Cztery” (2007–2011). Od 1998 jest stałym współpracownikiem dwumiesięcznika „Arcana”. W 2010 wszedł w skład Trójmiejskiego Społecznego Komitetu Poparcia Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta RP. Jest autorem manifestu stowarzyszenia Solidarni 2010. W 2011 był inicjatorem listu otwartego poetów wyrażającego solidarność z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, pozwanym przez spółkę Agora. W 2011 otrzymał Nagrodę Literacką im. Józefa Mackiewicza za tom poezji „De profundis”. W 2014 jego „Oda na dzień św. Cecylii” zajęła czwarte miejsce w plebiscycie Programu Drugiego Polskiego Radia „25 książek na 25-lecie”. Słuchacze radiowej Dwójki uznali ją za najważniejszy tom poezji napisany w języku polskim w ostatnim ćwierćwieczu. W lutym 2017 Wojciech Wencel został laureatem nagrody „Zasłużony dla Polszczyzny” przyznawanej przez Prezydenta RP. Warto przypomnieć, że w latach 1998–2002 był członkiem, a następnie wiceprzewodniczącym Rady Programowej TVP SA. Tym bardziej wiarygodnie brzmią jego dywagacje na temat obecnego stanu TVP, zawarte w tekście pt. "Przemysł żenady" opublikowanym w najnowszym numerze "Gościa Niedzielnego.

Przyśnił mi się Jacek Kurski. Patrzył na mnie w skupieniu z ekranu telewizora i mówił przez głośniki: „Wiecie, co robi ta telewizja? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest telewizja na skalę naszych możliwości, otwierająca oczy niedowiarkom. I nikt nie ma prawa się przyczepić”.

Obudziłem się zlany zimnym potem, ze świadomością, że prezes już wie. A kiedy zdałem sobie sprawę z dwuznaczności tego sformułowania, w rozpaczy nakryłem twarz poduszką. Pół biedy, jeśli wie tylko prezes TVP, ale jeżeli informacja dotarła już do... Nie, tej myśli nie chciałem do siebie dopuścić. Z drugiej strony, skoro prezes już wie, to właściwie wszystko mi jedno. Mogę otwarcie stwierdzić to, co dotąd sugerowałem jedynie w telewizyjnych polecankach i odradzankach: poziom telewizji, zwanej niegdyś publiczną, sięgnął bruku.

Miało być pięknie: telewizja narodowa, jednocząca Polaków wokół wartości, wrażliwa na kulturę i historię, prezentująca zjawiska dotychczas przemilczane, emitująca nowe dokumenty i filmowe arcydzieła, stanowiąca prawdziwą alternatywę dla przemysłu pogardy. A wyszło jak zwykle.

Znam ludzi, którzy uważają, że na ten temat „nie trzeba głośno mówić”, ale ja mam już serdecznie dość programów informacyjnych budowanych wokół paru pojęć jak cepy: „totalna opozycja”, „współczesna targowica”, „nadzwyczajna kasta sędziowska”. Nie twierdzę, że są to pojęcia wyssane z palca, ale taktyka powtarzania ich co dwie minuty w celu wtłoczenia do głów słuchaczy wydaje mi się barbarzyństwem. Sądzę, że Danuta Holecka byłaby znacznie lepszą rzeczniczką PiS-u niż Beata Mazurek, lecz nie jestem w stanie zrozumieć, co robi w dziennikarskim studiu. Nie nadążam za młodym reporterem, który w Sejmie ugania się za posłami opozycji z tą samą intencją, z jaką jego odpowiednik z TVN24 ściga posłów partii rządzącej. Wszędobylski kombatant Adam Borowski, dyżurny ekspert Kazimierz Kik i stały publicysta Cezary Krysztopa, komentujący wszystko jak leci – od wydarzeń politycznych po wysyp jagód na Zamojszczyźnie – też dawno mi się znudzili. Program „W tyle wizji”, czyli przaśna kopia głupiutkiego „Szkła kontaktowego”, razi mnie swoim infantylnym tytułem, a toczone w nim dyskusje kojarzą mi się z pogawędkami starszych panów na działce (wyjątkiem bywają dialogi Magdaleny Ogórek z Krzysztofem Feusette). Kiedy na ekranie pojawia się Marcin Wolski, by wygłosić wierszyk na dobranoc, natychmiast zatykam uszy. Kilka razy nie zdążyłem i potem miałem koszmary. Jana Pietrzaka szanuję za pieśń „Żeby Polska była Polską” i szczery patriotyzm, ale jego monologi „kabaretowe” wprawiają mnie w zakłopotanie. Program „Studio Polska” przypomina mi Dworzec Centralny: ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, połowa podróżnych nosi czapki... Nic dziwnego, że co druga wypowiedź jest „od czapy”. Nie bawią mnie „Sylwester w Zakopanem”, „Roztańczony Narodowy” i kabarety skompromitowane w III RP. Sławomir, Norbi i Zenek Martyniuk nie są bohaterami z mojej bajki. Peerelowskie seriale obejrzałem już w dzieciństwie – nie chcę oglądać ich znowu. Praktyka wznawiania programów z czasów szczęśliwie minionych to, moim zdaniem, błąd w sztuce. Oferta TVP Kultura, niezmienna od czasów Katarzyny Janowskiej, nudzi mnie albo obraża. Serial „Drogi wolności”, który po pierwszym odcinku polecałem ze względu na wyszukaną scenografię, dziś uznaję za kostiumową wersję paradokumentu „Trudne sprawy”. Nie wzruszam się, kiedy Jacek Kurski informuje widzów o rosnącej oglądalności, i nie płaczę razem z nim nad krzywdą wyrządzaną TVP przez firmy telemetryczne. A gdy słyszę z ust prezesa frazesy o telewizji misyjnej, dostarczającej Polakom doznań kulturalnych i godziwej rozrywki, parskam szyderczym śmiechem. Co to ma wspólnego z obecną praktyką TVP? Czy chodzi o kilkanaście archiwalnych dokumentów, które przetrwały na kanale TVP Historia, i parę spektakli teatralnych w Jedynce?

Polityczna czujność, wiejska zabawa i sentyment do epoki PRL... Telewizja zwana niegdyś publiczną jest jak PiS – partia przejściowa, która naruszyła postkomunistyczny układ interesów, ale nie zdoła odbudować kultury narodowej, bo korzeniami tkwi w dawnej epoce. Oddzielanie informacji od komentarza, poszerzanie oferty kulturalnej czy dbałość o atrakcyjne formy przekazu to jednak standardy, których mamy prawo oczekiwać od TVP już teraz.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z istnienia w Polsce przemysłu pogardy. Telewizje komercyjne wciąż prowokują swoich widzów do szydzenia z polityków PiS, tradycyjnych patriotów czy katolików. Ale czy to oznacza, że TVP musi rozwijać przemysł żenady?•

Wojciech Wencel - www.gość.pl (48/2018)