Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

#NangaParbat

Czyli od heroinisty do himalaisty

Pokonał uzależnienie od heroiny i ukończył terapię w Monarze. Wyruszył autostopem z Polski do Indii, by pomagać trędowatym. Nawrócił się wśród hinduskich dzieci w czasie Wielkiego Jubileuszu Roku 2000. Módlmy się za Niego i Jego Bliskich. Niestety, to już pewne: Tomasz Mackiewicz pozostanie pod NANGA PARBAT (8126 m p.p.m) na zawsze... Po zejściu ze szczytu na poziom 7200  był w stanie agonalnym (obrzęk mózgu?), miał poważne odmrożenia i ślepotę śnieżną. W tej sytuacji, towarzysząca mu francuska himalaistka Elizabeth Revol zabezpieczyła go w namiocie i ruszyła w dół po pomoc. Dotarli do niej Adam Bielecki i Denis Urubko nocą, z soboty na niedzielę (26/27.01.18)  i rano zostali wraz z pozostałą dwójką:  Piotrem Tomalą i Jarosławem Botorem zabrani śmigłowcem z wysokości 5850. Elizabeth  trafiła do szpitala w Islamabadzie, a potem bohaterska czwórka wróciła pod K2. Dalsze działania ratunkowe wobec załamania pogody (śnieżyce, - 60 C oraz wiatr około 100 km/godz) mogłyby zagrażać także ich życiu i wobec tego okazały się niemożliwe do wykonania. Dziękujemy naszym herosom za walkę, dzięki której udało się uratować Elizabeth, jednocześnie łączymy się w bólu z rodziną Tomka. Miejmy nadzieję, że smutek i wściekłość doprowadzą Adama i spółkę na szczyt K2. Zróbcie to dla Tomka! Poniżej poruszający tekst dziennikarza Gazety.pl Michała Gostkiewicza, jaki ukazał się na FB.

To jest po prostu nieprawdopodobne. Urubko i Bielecki dotarli do Eli Revol osiem godzin wcześniej niż szacowano. Musiała zejść sporo w dół, ALE:

Ponad KILOMETR w górę w CZTERY GODZINY z hakiem na 4,5-5,5 tys. metrów, gdzie normalny człowiek bez aklimatyzacji może się porzygać jak kot od choroby wysokościowej. Po trudnych ścianach Nanga Parbat, po skale i lodzie. Po czymś takim, jak na zdjęciach, Adam Bielecki i Denis Urubko wspięli się, biorąc pod uwagę warunki i ciemności nocy, z prędkością wręcz nieprawdopodobną. Morderczą. Dla większości ludzi - nadludzką. Większość ludzi jeśliby w ogóle znalazła się na tej ścianie, to po prostu zostałaby na niej na wieki wieków, ładując najpierw pieluchę ze strachu i wołając, że oni to jednak wolą na Morskie Oko.

A Adam i Denis - i nie zapominajmy o dwójce co czeka na dole, by pomóc - szli - nie, oni zapieprzali, w minus 50 stopniach odczuwalnej temperatury, wbijając czuby raków w twardy jak jasna cholera lód, wczepiając czekany - ostre, nożycowate przedłużenia rąk w lodową ścianę, przepinając karabinki po poręczówkach (jeśli jakieś tam są i mogą zostać wykorzystane - nie mam tej informacji, ale ta szybkość na to wskazuje) niczym lodowe pająki w jakimś fantastycznym świecie. Po to, żeby uratować dwójkę ludzi - doświadczoną himalaistkę i bożego szaleńca, który po wielu perturbacjach w swoim życiu, uparł się, że ten trudny ośmiotysięcznik stanie się drogą jego życia. Nie chodził po Tatrach czy Alpach, nie przeszedł, w przeciwieństwie do większości polskich wspinaczy, kilometrów treku i tysięcy metrów wspinu po skale i lodzie w niższych górach. Tomek nabrał doświadczenia zaczynając od razu od gór o wiele trudniejszych, siedmio- i ośmiotysięczników. Niejako "na skróty". Odważnie, ale ryzykownie. Próbował wejść na Nanga Parbat siedem razy. To jest triumf ducha.

Po zbyt niskich górach sam chodzę, żeby oceniać tutaj profesjonalizm i przygotowanie wyprawy Tomka Mackiewicza i Eli Revol. Na to przyjdzie czas później i niech to robią bardziej doświadczeni ode mnie. Trudno oczywiście porównywać wielką wyprawę na K2 i warunki tam panujące do mniejszej wyprawy za mniejszy hajs na Nangę. Ale ja nie o tym.

Ja o tym, że tam, na górze, niezależnie od wyniku akcji, pisze się właśnie jedna z najpiękniejszych, ale naprawdę najpiękniejszych i najbardziej dramatycznych historii polskiego i światowego himalaizmu. Historii, o której będzie się kiedyś kręcić filmy, a naukowcy będą badać, czy Bielecki i Urubko to tylko cyborgi, czy 100% androidy. Oby te filmy i badania miały szczęśliwe zakończenie. Ale niezależnie od zakończenia, w filmie takim będzie o dwóch wielkich marzeniach, którym na imię K2 i Nanga Parbat, o nietuzinkowym, dramatycznym życiorysie trudnego głównego bohatera i jego towarzyszki i jej strasznym wyborze. Wyborze takim: zostać przy chorym partnerze na pewną właściwie śmierć czy ratować swoje życie, zostawić go i schodzić w dół. Trzeciej opcji nie ma, nikt nie da rady w pojedynkę sprowadzić chorego i rannego partnera z 7,5 tysiąca metrów. I nikt, kto nie był tam, na granicy strefy śmierci, nie ma prawa jej decyzji oceniać. To będzie też film na przekór tym, co wygodnie w ciepełku na tej płaskiej jak deska i parszywie szarej polskiej nizinie gardłują że dlaczego z ich podatków, że co za egoiści, że ich problem, bo sami ryzykowali, że po co ten himalaizm, że wykorzystywanie miejscowych, himalaiści-kolonialiści (tak, taką bzdurę też słyszałem) itepe itede.

Jeśli nie rozumiesz, dlaczego Jurek Kukuczka po 14 ośmiotysięcznikach poszedł na ścianę Lhotse, na której znalazł śmierć, dlaczego Krzysiek Wielicki wszedł na ośmiotysięcznik w niecałą dobę, dlaczego Wojtek Kurtyka nie robił tego, co oni, tylko szedł własną drogą, dlaczego Artur Hajzer ratował Marciniaka, dlaczego Wanda Rutkiewicz była w kontaktach międzyludzkich nie do zniesienia, ale żelaznej woli zazdrościli jej wszyscy, nie czytaj dalej. Proszę. I nie chodź nigdy nawet nad Morskie Oko.

Bo będzie to też film o bezinteresownym poświęceniu grupy ludzi, którzy przygotowywali się od wielu miesięcy do spełnienia swojego marzenia, dokonania czegoś, czego nie dokonał jeszcze nikt, wydarcia szczytu K2, tej cholernej, morderczej góry, z łap zimy tylko dla siebie. Tak, dla siebie, bo w góry idzie się dla siebie, z najróżniejszych powodów, które to powody w pewnym momencie sprowadzają się do tych kilku sekund, gdy podnosisz głowę, widzisz szczyt i szczęście prawie rozsadza ci łeb i już wiesz, że nikt i nic ci tego szczytu nie odbierze i w tym momencie wiesz, że właśnie wygrałeś z całym pieprzonym światem, który próbuje ci na różne sposoby przeszkodzić w życiu.

I ci wszyscy żyjący tym marzeniem ludzie, gdy słyszą, że trzeba pomóc, i wiedzą, że jako jedyni rzeczywiście mogą pomóc, zostawiają to marzenie na później - na razie, bo jestem pewien, że zdobędą to K2 jeszcze tej zimy - zgłaszają się - wszyscy!!! - do tej pomocy, a teraz kilku z nich ryzykuje życiem i ciśnie w górę przez noc. Przeszli ścianę Kinshofera - sto metrów komina ze skały i lodu, cholernie trudny fragment, w nocy, bardzo, bardzo szybko. W zimnie i w rozrzedzonym powietrzu które to warunki naprawdę wypruwają z człowieka wszystkie siły. No, chyba, że tym żyjesz, że to kochasz, że od lat przygotowujesz swój organizm z myślą właśnie o tym celu, że jesteś świetnie wytrenowanym, silnym jak pieprzony czołg polskim himalaistą. Wtedy to się staje możliwe. Wtedy właśnie kreślisz w realu scenariusz filmu o tym, co w człowieku najlepsze.
 Niezależnie od jego zakończenia.

EDIT1: A teraz krótki strzał w pysk od rzeczywistości. Bo zakończenie może być ani dobre, ani złe. Brutalna prawda jest taka, że skoro będą schodzić z półprzytomną Eli, to kto pójdzie po Tomka...? Odpowiedź brzmi: Nikt. Po tym wspinie muszą odpocząć, i to długo, nawet 1-2 godziny. Nie mają namiotu. Potem zaczną schodzić. I to właśnie będzie najtrudniejsze - sprowadzenie osłabionej Eli w dół. To, że ją znaleźli, to dopiero połowa sukcesu. Jutro śmigło ma zabrać Elisabeth, jeśli pogoda pozwoli. Info od wspinaczy jest takie, że nie wiadomo, co z Tomkiem. Pracują nad tym. Ale muszą wrócić żywi.

EDIT2: I niestety. Krótki strzał w pysk numer dwa - nie pójdą po Tomka Mackiewicza. Po pierwsze dlatego, że muszą sprowadzić Eli, która ma na tyle silne odmrożenia, że sama iść nie może. Po drugie dlatego, że wobec nadchodzącej zmiany pogody i ekstremalnego wysiłku podczas tego wejścia próba dalszego parcia w górę oznaczałoby narażenie życia ratowników - zbyt duże, żeby zaryzykować. Skąd wiem, ze zbyt duże? Ja nic nie wiem. Oni, tam w górze, wiedzą. I ich szefowie na dole, co zęby na tych górach zjedli. I tylko oni mają prawo podjąć decyzję. A my obowiązek uszanować i zrozumieć, jak potwornie jest dla nich bolesna. I ta niepewność, która już zawsze będzie: a może on tam jeszcze żyje...?

EDIT3: Widzę już głosy, że "nasi" szli ratować "naszego", a nie "jakąś Francuzkę", i że to źle, że ją ratują, a po niego nie idą. Krótkie słowo wyjaśnienia: po pierwsze, w górach stosuje się tzw. odwrotny triaż - czyli ratuje się ludzi odwrotnie, niż w szpitalu. Czyli najpierw ratuje się tych najmniej poszkodowanych. Bo jest większa szansa, że przeżyją. Gdyby zacząć od tych w najgorszej sytuacji, efektem może być śmierć i tych ciężko, i tych lekko rannych. A po 2: wiecie, dlaczego detektory lawinowe nadają tylko, gdzie jest zasypany człowiek, a nie podają, kto to? To teraz wyobraźcie sobie: szukacie zasypanych w lawinie ludzi. Wiecie, że jedna osoba jest 4 metry pod śniegiem (zero szans),a druga metr (o wiele większa szansa). Sęk w tym, że wiecie, że ta, co leży 4 m pod śniegiem to wasz bliski. Kogo próbujecie wykopać? Wiecie, prawda? A wiecie jaki będzie efekt? Dwa trupy zamiast jednego. Rozumiecie już, dlaczego ratują Elisabeth? Bo ratuje się życie ludzkie, a nie Francuza lub Polaka. Ratuje się człowieka.

 CC Polski Związek Alpinizmu Polski Himalaizm Zimowy 2016-2020 im. Artura Hajzera Tatromaniak #K2dlaPolaków #LodowiWojownicy #Revol #Mackiewicz #Bielecki #Urubko #Tomala #Bator

Michał Gostkiewicz

 grow taller pills for adults