Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

77 lat temu...

To nie był obłęd ’44, ale miłość i ofiara, abyśmy byli wolni.
To jedna z najważniejszych lekcji patriotyzmu.

1 sierpnia 1944 r. o godz.17, w tzw. godzinie "W", na mocy rozkazu komendanta głównego Armii Krajowej, gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora” rozpoczęło się Powstanie Warszawskie. Zryw miał na celu wyzwolenie stolicy spod niemieckiej okupacji przed wkroczeniem do niej Armii Czerwonej. W akcji „Burza” na ziemi tarnowskiej został zmobilizowany do działań bojowo - dywersyjnych 16 Pułk Piechoty Ziemi Tarnowskiej AK I Batalion „Barbara” pod dowództwem kpt. dypl. Eugeniusza Borowskiego ps. „Leliwa”. Jednym z uczestników powstania był mgr inż. Henryk Ziemnicki – żołnierz AK, pseudonim „Olbromski”, dowódca kompanii, a po wojnie organizator tarnowskiego NOT i wieloletni prezes oddziału SEP. Powstanie planowane na kilka dni, ostatecznie upadło 3 października, po 63 dniach walki. W jego wyniku zginęło około 18 tys. żołnierzy AK i do 180 tys. cywilów. Po kapitulacji Warszawa została doszczętnie zniszczona przez Niemców. Zachwyt nad odwagą i męstwem warszawskich powstańców łączy wszystkich Polaków. Dzieli z kolei refleksja nad konsekwencjami i zasadnością tamtego zrywu. A jak na wydarzenia z lata i jesieni roku 1944 powinien patrzyć katolik? Głusi na ostrzeżenia, przekonani o własnej wielkości ludzie z trudem akceptują prawdę o Bogu „Sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza a za złe karze”. Dlatego wielu z nas sugestia, że straszliwa hekatomba stolicy Polski, w której na 64 istniejące wówczas kościoły w stolicy ocalało tylko 9, mogła być karą za grzechy przedwojennych mieszkańców Stolicy, może wydać się wręcz bluźnierstwem. I że kara za te grzechy była zapowiadana ... "Krew będzie płynęła rynsztokami”. W hołdzie bohaterom tamtych dni w całym kraju, także w Tarnowie, o godz. 17 zawyją syreny, będzie msza św., zapłoną znicze, złożone zostaną wieńce i kwiaty. Jak co roku...

Natychmiastowe, bezpośrednie skutki powstania znamy. Doszczętne zniszczenie stolicy Polski. Śmierć setek tysięcy Polaków, elity narodu. Faktyczna zagłada Armii Krajowej. To były skutki nieodwołalne. Warszawę odbudowano, ale na modłę warszawskiej starówki – samą formę, bez esencji, bez duszy. Na miejscu starej, wtłoczono nową duszę, ukształtowaną w toksycznej atmosferze komunistycznej propagandy. Nie lepiej było z nowymi elitami. Nic dziwnego więc że dzisiaj, gdy nareszcie wolno nam swobodnie rozmawiać o naszej przeszłości, tak wielu zadaje pytania o sens i wartość powstania.

W sensie militarnym powstanie zakończyło się klęską, jednak pod względem politycznym jego znaczenie było ogromne. Jak pisał po wojnie Jan Nowak-Jeziorański, legendarny „kurier z Warszawy”, „walka nie była daremna”, a powstanie warszawskie sprawiło, że „państwo polskie, chociaż zniewolone i wasalne, zachowało swoją odrębność, przetrwało Stalina, który w swych zamysłach prawdopodobnie chciał z niego z czasem uczynić część ZSRR”.

Jeżeli w Polsce używa się słowa "powstanie" bez przymiotnika, to wiadomo, że chodzi nie o Powstanie Listopadowe, Styczniowe, Wielkopolskie czy Kościuszkowskie, ale o Powstanie Warszawskie. Pierwsza decyzja o jego wybuchu zapadła 21 lipca 1944 r., a ostateczna 31 lipca, kiedy generał Tadeusz Bór-Komorowski wydał rozkaz o godzinie "W". Chociaż powstanie w sensie militarnym nie objęło całej stolicy, to jednak w sensie geopolitycznym jego znaczenie było dużo większe. Dotyczyło mianowicie nie tylko przyszłych losów Polski jako takiej, ale w znaczącym stopniu losów Europy po II wojnie światowej.

Bezpośrednio przed wybuchem powstania następują wydarzenia o ogromnym znaczeniu: 6 czerwca 1944 r. na plażach Normandii lądują wojska amerykańskie i uderzają na Niemcy. 20 lipca w kwaterze polowej Hitlera na Mazurach niedaleko Kętrzyna dokonuje się zamach na wodza III Rzeszy. 22 lipca w Lublinie ujawnia się marionetkowy komunistyczny PKWN, podległy bezpośrednio Stalinowi, który osobiście decyduje o składzie personalnym tego "rządu polskiego". Na całym ogromnym froncie wschodnim Niemcy cofają się wszędzie pod naporem wielomilionowej Armii Czerwonej, której korpusy pancerne w ostatnich dniach lipca 1944 r. dochodzą pod Warszawę.

Zdemoralizowane i pobite oddziały niemieckie w popłochu przeciągają przez Warszawę. Na niebie panuje całkowicie lotnictwo sowieckie, a marszałkowie i generałowie Stalina z całą determinacją atakują Niemców, planując szybkie zakończenie wojny.
Sytuacja zmienia się niemal natychmiast po rozpoczęciu powstania w Warszawie. Na osobisty rozkaz Stalina gigantyczna ofensywa sowiecka zostaje całkowicie zatrzymana, a dokładniej zostaje zatrzymana wzdłuż środkowego odcinka Wisły.

Stało się coś niewyobrażalnego, coś, czego do dzisiaj niektórzy historycy-ignoranci nie chcą zauważyć. Oto w sierpniu 1944 r., w szczytowym okresie II wojny światowej, Hitler i Stalin z nienawiści do Polski ponownie zawarli ze sobą układ. Układ oczywiście nieformalny, bo formalnym był ten z 23 sierpnia 1939 roku. Wehrmacht i Armia Czerwona zawarły nigdy niepodpisany układ o zawieszeniu broni nad środkową Wisłą. Układ niepodpisany, ale realnie istniejący. Na północ i południe od Warszawy ustały wszelkie działania bojowe pomiędzy Niemcami i Rosjanami. Na całym ogromnym froncie od Bałtyku po Morze Czarne toczyły się zażarte walki, ginęły w nich każdego dnia tysiące żołnierzy sowieckich i niemieckich. Tylko nad Wisłą dwaj ludobójcy - Stalin i Hitler - jakoby podawali sobie ręce!

Żołnierze niemieccy i rosyjscy przestali do siebie strzelać. Przyczyną było Powstanie Warszawskie, a dokładniej ogólnopolska akcja "Burza" Armii Krajowej. Dlatego w tym jednym Niemcy i Rosjanie się zgadzali: Polaków należy zniszczyć, ich stolicę zburzyć, elity wytępić tak, aby zlikwidować dążenia niepodległościowe. Był to wspólny interes polityczny Hitlera i Stalina.

Sowiecki marszałek Wasilij Czujkow, słynny dowódca m.in. obrony Stalingradu, w swych odfałszowanych pamiętnikach wydanych już w latach 90., po upadku Związku Sowieckiego, pisze wprost: "Wojnę można było zakończyć pół roku wcześniej - nie w maju 1945, ale do grudnia 1944, gdyby nie decyzja Stalina wstrzymująca I Front Białoruski w sierpniu 1944. (...) Moglibyśmy dojść dalej na Zachód, nie do Berlina i nad Łabę, ale aż do Renu. Los wojny potoczyłby się inaczej. (...) Ileż milionów istnień ludzkich udałoby się ocalić, iluż żołnierzy mniej by poległo".

Ale latem 1944 r. wydawało się, że z zasadniczych względów strategicznych Rosjanie nie mogą zrezygnować z okazji przekroczenia linii Wisły, co dawałoby im wyprzedzenie w ofensywie na Niemcy w porównaniu z aliantami. Stalin uznał wszelako, że skuteczne unicestwienie AK i sił niepodległościowych Polski jest więcej warte niż zajęcie Niemiec nawet po linię Renu. Dał w ten sposób ogromną szansę aliantom, którzy po inwazji na kontynent europejski w Normandii 6 czerwca 1944 r. posuwali się w głąb Francji i Niemiec. Zatrzymanie przez Stalina pochodu wojsk sowieckich na Zachód dało Niemcom szansę skutecznego rozbicia Powstania Warszawskiego. Było oczywiste, że powstanie musi w końcu skapitulować. Niemal żadna pomoc z zewnątrz nie nadchodziła; alianci co prawda zrzucali broń i wyposażenie dla AK, ale musieli wykonywać loty z baz we Włoszech i z powrotem. Stalin nie zgodził się bowiem na lądowanie na terenie zajętym przez armię sowiecką. Niemcy zdobyli kolejno bohatersko broniące się dzielnice Warszawy; przełomem było zdobycie Starego i Nowego Miasta, których załogi w znacznej części zdołały ewakuować się kanałami do Śródmieścia. W tym okresie wojska sowieckie nie udzielały walczącej Warszawie pomocy, chociaż nawet tylko stałe loty nad Warszawą jednego myśliwskiego dywizjonu sowieckiego mogły wymieść znad stolicy hitlerowskie eskadry bezkarnie niszczące bombami dzielnice mieszkalne i oddziały AK. Mogli Rosjanie łatwo zniszczyć atakami lotniczymi stanowiska niemieckiej najcięższej artylerii; nie podjęli w tym zakresie najmniejszej próby. Stało się jasne, że dowództwo sowieckie stawia otwarcie na unicestwienie Warszawy. W połowie września 1944 r. było oczywiste, że po 6 tygodniach walki opór Warszawy może się załamać - zanim miasto zostanie całkowicie zniszczone.

Już po zakończeniu wojny w oficjalnym przemówieniu na Kremlu w czerwcu 1945 r., tuż przed udaniem się na konferencję Wielkiej Trójki do Poczdamu, Stalin chełpił się i powiedział wprost do swoich marszałków i generałów: "To nie Niemcy, ale Polska jest naszą największą zdobyczą wojenną". Być może to zdanie sowieckiego dyktatora-ludobójcy stanowi klucz do zrozumienia sprawy polskiej w latach 1939-1945, w tym także Powstania Warszawskiego.

Za: Prof. Jerzy Szaniawski (Nasz Dziennik)
R.Z.