Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Ks. Sylwester Zych

czyli kronika zapowiedzianej śmierci

W przeddzień ostatnich wyborów prezydenckich, w dniu Narodowego Dnia Pamięci ukraińskiego ludobójstwo na Wołyniu i szerzej na Kresach, niejako w ich cieniu, minęła 31 rocznica śmierci jednego z kapłanów niezłomnych czasów ostatecznego(?) obalenia komunizmu. 11 lipca 1989 r., nieco ponad miesiąc po częściowo wolnych wyborach, w Krynicy Morskiej odnaleziono ciało ks. Sylwestra Zycha, duszpasterza młodzieży, kapelana Konfederacji Polski Niepodległej. Jego śmierć wciąż owiana jest tajemnicą, a wiele wskazuje na to, że przyczynili się do niej tzw. nieznani sprawcy. - Tak naprawdę zginął za ojczyznę, zginął za wiarę - mówił w programie Doroty Kani "Koniec systemu" historyk Tadeusz Płużański.

Biografowie ks. Zycha kwitują jego dzieciństwo w Ostrówku kilkoma zdaniami: troje rodzeństwa, kochająca rodzina, wczesna śmierć ojca. Rzeczywiście, urodzony 70 lat temu Sylwester Zych pierwsze kilkanaście lat spędzi między Wołominem (technikum), Lipianka, gdzie Zychowie wreszcie się pobudowali, a Zielonką.  Dopiero po maturze, w roku 1970, trafi do Warszawy, do seminarium. Wyświęcony przez prymasa Stefana Wyszyńskiego będzie się obracać w kręgu prowincjonalnych parafii: Czerniewice, Stanisławów, znajomy z dzieciństwa Tłuszcz, gdzie po raz pierwszy będzie namawiać dzieci do wieszania krzyży w szkołach. Pierwsza „stabilizacja” jako duchownego to parafia św. Anny w Grodzisku Mazowieckim, gdzie jesienią 1980 r. został wikarym. I właśnie tam zastał go solidarnościowy karnawał. Jak wielu, nie ukrywał rozpaczy i oburzenia po wprowadzeniu stanu wojennego.

W lipcu 1989 roku ksiądz Zych udał się do Braniewa, gdzie proboszczem katedry był jego dobry znajomy, ksiądz Tadeusz Brandys. 10 lipca, po spożytym wspólnie śniadaniu, księdza Sylwestra odwieziono na przystań we Fromborku. Tam widziano go po raz ostatni...Gdy znaleziono i zidentyfikowano zwłoki księdza Zycha, sprawy w swoje ręce wziął Jerzy Urban, pełniący wówczas obowiązki prezesa Komitetu ds. Radia i Telewizji. Jeden telefon do TVP w Gdańsku wystarczył, by Witold Gołębiowski nakręcił usłużny reportaż o zapijającym się na śmierć duchownym.

Było to kilka miesięcy po zakończeniu rozmów "okrągłego stołu".Nowe światło na sprawę mogłaby rzucić lektura zawartości teczki księdza, jednak została ona zniszczona w grudniu 1989 roku. Historycy mają nikłą nadzieję, że być może w teczkach spraw i osób "pobocznych" zachowały się jakieś ślady inwigilacji księdza Zycha bądź przygotowań do jego zabójstwa.

Niestety, nigdy nie przesłuchano mężczyzny, który towarzyszył rzekomo w klubie zamordowanemu duchownemu - a który mógł być w rzeczywistości figurantem bądź współuczestnikiem zabójstwa. Jest on dziś znanym dolnośląskim biznesmenem, który dorobił się na interesach w branży ochroniarskiej. Jego rola w zabójstwie i późniejszy charakter działalności gospodarczej wskazywałyby na powiązanie z SB - niestety, nazwiska tej osoby możemy się tylko domyślać, gdyż zostało ono utajnione. Wszystko wskazuje więc na to, że nigdy nie poznamy dokładnego powodu, dla którego władza zdecydowała się zgładzić księdza Sylwestra Zycha.

Dziennikarzom, którzy starali się wyjaśnić okoliczności jego śmierci, próbowano zgotować podobny los. "Nieznani sprawcy" podpalili mieszkanie Jerzego Jachowicza z "Gazety Wyborczej", który zajmował się sprawą księdza - w pożarze zginęła żona dziennikarza, Maria. Niewiele brakowało, by równie tragicznie skończył się napad na autora książki Tajemnica śmierci księdza Zycha - Zbigniewa Branacha - pobitego do nieprzytomności we Wrocławiu w lutym 1991 roku.

"Sąd WOW skazuje Sylwestra Zycha na cztery lata pozbawienia wolności za rzekomą przynależność do organizacji zbrojnej, a Sąd Najwyższy podwyższa wyrok do sześciu lat (sic!). „Nigdy nie uważałam i nie uważam ks. Zycha za współodpowiedzialnego za śmierć mojego stryja i ojca chrzestnego” – pisze w liście otwartym bratanica milicjanta. Kiszczak, wbrew stanowi faktycznemu, pomawia kapłana o pomoc w zabójstwie milicjanta. Klawisze pokazują księdzu wywiad z ministrem w gazecie:Widzisz, oni tego Karosa ci nie darują. Jak wyjdziesz, załatwią cię, chłopie, jak amen w pacierzu. Wychodzi na wolność po czterech latach i siedmiu miesiącach. W 1987 r. sporządza testament: „Czuję, że zbliża się mój dzień – czas spotkania z Panem, który uczynił mnie swoim kapłanem... Dziękuję wszystkim, a zwłaszcza tym, którzy podali mi rękę, gdy byłem w więzieniu. Do nikogo nie czuję nienawiści, dla wszystkich chcę być bratem i kapłanem. Solidarnym sercem jestem ze wszystkimi, którzy jeszcze walczą, którzy dążą do Polski wolnej i niepodległej...

W nocy z 10 na 11 lipca 1989 roku dwie koleżanki udając się ze znajomym na kwaterę przy ul. Świerczewskiego w Krynicy Morskiej, ok. godziny 2.00 zobaczyły przed dworcem PKS samotnego pijanego mężczyznę. Chwile później młodzi turyści zauważyli przy bocznej (niewidocznej od głównej ulicy) ścianie budynku dworca PKS nieruchome ciało, ni to siedzącego, ni to leżącego mężczyznę w wieku ok. 40 lat. Wyglądał tak, jakby osunął się wzdłuż ściany na betonowy chodnik. Lewę rękę miał uniesioną do góry i opartą na występie muru. Żadnych obrażeń zewnętrznych w postaci siniaków, zadrapań, otarć lub zabrudzeń, krwi nie było. Na ustach miał pianę. Wezwano pogotowie, ale lekarce, mimo podjętej akcji reanimacyjnej, nie udało się uratować pacjenta.

Okazało się, że zmarłym był ksiądz Sylwester Zych, kapłan skazany na 6 lat więzienia za działalność antypaństwową w stanie wojennym. Żył zaledwie 39 lat..Zarzucono mu, iż chronił osoby, które zastrzeliły w autobusie milicjanta Zdzisława Karosa podczas próby odebrania mu broni służbowej. W 1983 roku odbył się tendencyjny proces ks. Sylwestra Zycha, który - jak twierdzą obserwatorzy - był elementem walki grupy generałów z WRON z Kościołem Katolickim. Jako skazany przebywał w najcięższych wiezieniach w Polsce. Traktowano go jako zbrodniarza. On sam zaś czuł się tam jak zaszczute zwierze. Po wyjściu na wolność przez cały czas był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Niejednokrotnie otrzymywał również pogróżki, anonimowe listy i telefony. Nie czuł się bezpiecznie. Bezustannie żył w poczuciu zagrożenia. Aż do dnia śmierci.

Po zidentyfikowaniu zwłok znalezionych w Krynicy rozpoczęto śledztwo w celu wyjaśnienia okoliczności związanych ze śmiercią kapłana. Od początku było sterowanie odgórnie i zmierzało w kierunku zdyskredytowania postaci kapłana w oczach opinii publicznej. Ni mniej, ni więcej - z księdza Zycha próbowano uczynić pijaka i utracjusza. W toku dochodzenia, prowadzący je zastępca prokuratora rejonowego w Elblągu Wojciech Mazurek popełnił cały szereg nieodwracalnych błędów, jak choćby odłożenie w czasie sekcji zwłok, czy identyfikacja zmarłego przez świadków na podstawie zdjęć i filmu, a nie na podstawie ciała. Wszystko to nasunęło wniosek, iż śledztwo prowadzone jest tendencyjnie i - podobnie jak w kilku innych przypadkach tego typu - nie doprowadzi do wyjaśnienia i pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności.

A pytania mnożyły się. Z biegiem czasu niejasności pojawiało się coraz więcej. W jaki sposób chory na astmę, serce i nerki zdołał wypić ponad litr wódki? To przekraczało możliwości organizmu, który powinien zacząć się bronić już po przyjęciu znacznie mniejszej dawki alkoholu. Ale jeśli nawet ks. Zych zdołałby się uporać z taką ilością drinków, to w jaki sposób w niecałą godzinę po wyjściu z lokalu byłby już całkowicie zimny? Tamta noc była wyjątkowo upalna. Temperatura dochodziła nawet do 27 stopni C. Jak wiadomo ciało zmarłego stygnie 1 stopień na godzinę. A może w "Riwierze" był tylko ktoś podobny do zmarłego kapłana? Prokurator Mazurek posiłkując się opinią prof. dr. hab. Stefana Raszeji z Akademii Medycznej w Gdańsku próbował wmówić dziennikarzom, że lekarka tylko odniosła wrażenie, że skóra była chłodna i było to wrażenie subiektywne. Co zaś do temperatury powietrza, to wątpił, czy w tamtejszym klimacie jest ona możliwa, ale obiecał, że w najbliższym czasie zwróci się o sprawdzenie tych faktów do jednej z placówek meteorologicznych. Na próżno. Obietnicy nie dotrzymał.

Od Leszka Moczulskiego, szefa KPN, zapalonego żeglarza, z którym ksiądz Zych często rozmawiał podczas pobytu w jednej celi w warszawskim wiezieniu na ul. Rakowieckiej - wiedział on, jakie są możliwości, warunki i koszty żeglowania. Ks. Zych nie posiadał żadnych uprawnień, nie umiał nawet pływać. Znajomi twierdzą, że nie lubił specjalnie wody. Skąd więc wzięła się w nim uporczywa myśl o wynajęciu jachtu na kilka dni? Co zadecydowało, że niezbyt zamożny i oszczędny kapłan zaczął nagle w dyskotece fundować alkohol w wielkich ilościach, a chciał nawet porwać się na wyasygnowanie olbrzymiej kwoty za wynajęcie jachtu? A może takie zachowanie było tylko sposobem zwrócenia na siebie uwagi barmanów? Czyżby więc ktoś w dyskotece udawał, że jest ks. Zychem? Oprócz pytań szczegółowych pozostaje jeszcze wciąż niewyjaśnione to najważniejsze - co ks. Zych robił po przyjeździe do Fromborka? Do dziś nikt tego nie ujawnił.

Licznie podnoszone krytyczne uwagi o brakach i błędach, jakie popełniono w toku śledztwa w sprawie śmierci ks. Sylwestra Zycha odniosły pożądany skutek. Po chwilowym przestoju, w połowie września 1989 r. rozpoczął się jakby drugi, nowy etap dochodzenia. Niezależnie od tego Prokuratura Rejonowa ustaliła nareszcie porządny scenariusz śledztwa. Wstęp stanowiły dotychczasowe ustalenia. Zgodnie z nimi prokurator przyjął za możliwe trzy wersje gwałtownego zgonu ks. S. Zycha. Pierwsza zakładała, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych (np. niewydolność serca), druga. że mógł on nastąpić wskutek działania osób trzecich (np. zabójstwa), a trzecia, ze nastąpił on na skutek zatrucia alkoholem. Powracano też do pytań, na które odpowiedzi nie zdołano dotychczas ustalić, a więc - co robił, z kim się spotykał i z kim przebywał ks. S. Zych w dniu 10 lipca 1989 r. w godz. od 10.00 do 22.00? Kim był mężczyzna towarzyszący jakoby księdzu w barze "Riwiera"? Co się stało z dokumentami, pieniędzmi i torbą ks. Zycha? To i wiele innych pytań pozostało do dziś bez odpowiedzi.

Śledztwo, mimo pozorów, wciąż tkwiło w martwym punkcie. W późniejszym okresie zgłosiło się kilku świadków, którzy jednak nie wnieśli do sprawy nic nowego. Nie mając dostępu do akt operacyjnych SB, trudno ocenię, na ile były to działania inspirowane przez te służby dla zaciemnienia obrazu śledztwa, a na ile pożywka dla gawiedzi. Większość zadanych w śledztwie pytań pozostało bez odpowiedzi do dziś i chyba nigdy nie dowiemy się jak było naprawdę, ponieważ IPN jak mi wiadomo nie będzie badał sprawy ks. Zycha.. ?

Za  Marzanna Łabaczuk (FB)