Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Galicja, fenomen odległej krainy

czyli powtórka z historii w sam raz na czas zarazy...

Czy Galicja to naprawdę daleki, obcy kraj? - zastanawia się na swoim autorskim blogu "Ewy zauważenia", znana i ceniona w Wiedniu i Tarnowie, skąd się wywodzi, koneserka dobrej sztuki i bywalczyni wiedeńskich salonów Ewa Steinhardt. Proponując interesującą podróż po Galicji jako miejscu już nieistniejącym, które zniknęło z mapy Europy wraz z rozpadem monarchii austro-węgierskiej w 1918 roku. Jednak Galicja jako terytorium nadal żyje w pamięci Polaków, Ukraińców, Austriaków, Żydów i Czechów, a także stanowi wciąż niewygasły mit historyczny, zwykle wiązany z Austrią i duchem monarchii Habsburgów. Galicja to niezwykłe, fenomenalne wprost miejsce przenikania się różnych kultur i religii, a zarazem miejsce kształtowania się nowych idei politycznych i budzenia się świadomości odrębności narodowej. Miejsce, gdzie mit zaginionego królestwa żywy jest do dziś.

Wyobraźnia a galicyjska rzeczywistość

W 1772 roku, na skutek pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej, monarchia habsburska zajęła obszar, który nigdy nie miał jednolitego charakteru. Galicja była tworem wymyślonym przez monarchów w Wiedniu, którzy nadali jej status kraju koronnego. Wiedeńska władza wytyczyła prawie osiemset kilometrów linii granicznych, a Maria Teresa i jej syn Józef II pociągnęli te granice tak daleko, jak tylko mogli. Na początku Habsburgowie sami nie wiedzieli, co zrobić z takim kolosem terytorialnym. Polskę traktowano jako mało oświecone państwo, wymagające reform. Określano nawet te tereny jako nową Azję.

Dlaczego Galicja wciąż zajmuje szczególne miejsce w naszych sercach? Jak interpretować wieczną nostalgię za niby „dobrym cesarzem”? Każdy punkt widzenia, czy to polski, czy żydowski, czy austriacki, jest zupełnie inny. Galicja miała przy tym ciekawą strukturę etniczną. Jej miasta zamieszkiwali Polacy, natomiast w wioskach dominowała ludność rusińska z osadami Hucułów i Łemków oraz cygańskimi taborami. Wszędzie też były żydowskie sztetle. Pozornie spokojny tygiel kulturowy nie był wcale taki pokojowy i sobie przyjazny.

Jaka była Galicja widziana oczami zaborców?
 
Królestwo Galicji i Lodomerii, złośliwie nazywane Golicją i Głodomerią, pozostało do końca zacofaną i biedną prowincją Cesarstwa Habsburgów. Największy kraj monarchii habsburskiej był jednocześnie jej biedną prowincją, gdzie 59 procent ludności stanowili analfabeci. Cesarza nie interesowały te tereny, na prowincjach dominowała nędza, aparat administracyjny praktycznie nie istniał, kolej była egzotyką. Złośliwa wiedeńska administracja plotkowała, że w Galicji je się na brudnych obrusach i że jest to kraj odpychający. Urzędnik cesarski wysłany do pracy na te tereny uważał to za karę za grzechy. Galicję uważano za swoistą „tabula rasa”, miejsce niezbadane geograficznie. Stąd dopiero podczas zaboru opracowano mapy.
 
Trzeźwo patrząc na Galicję, nie powinniśmy mieć do niej sentymentu. A jednak w wyobraźni mieszkańców Polski południowej ten okres to czas nostalgii, ale za czym? Za balami, których faktycznie nie było, za Krakowem jako matecznikiem polskości, chociaż to Lwów był ośrodkiem artystycznej cyganerii siedzącej w lwowskich kawiarniach? A może za przyjazdami cesarza do Krakowa? A był tylko raz. Dlaczego w domach galicyjskich wieszano portrety cesarza? Odpowiedź może być prosta – kryła się za tym zarówno aspiracja do życia w większym dobrobycie, jak i chęć dorównania bogatej szlachcie. Powiew nowoczesności ze strony dworu austriackiego przyczynił się do tego pozytywnego nastawienia. To cesarz doprowadził kolej do Tatr, do Zakopanego, przyczyniając się do powstania turystyki, która w Alpach już od dawna była rozwinięta. To cesarz przyczynił się do rozwoju wizerunku Krakowa. Zaczęto drukować pocztówki z architekturą Krakowa, rozwijało się też zainteresowanie kulturą regionalną i badaniami etnograficznymi.

     

„Austria Wiedźma”

Cesarz Franciszek Józef umiera w 1916 roku. Na terenie Galicji pojawiają się plakaty „Austria Wiedźma umarła na uwiąd starczy”. Pomimo jego odejścia, w galicyjskich domach długo jeszcze wiszą portrety cesarza. Także Uniwersytet Jagielloński zachowuje wizerunki Franciszka Józefa do roku 1918. Mimo że Austria jako ta „wiedźma” w okresie przeszło 100-letniej niewoli pozostawiła za sobą przykre wspomnienia. Przykładowo, okres I wojny światowej zostawił poległych po obu stronach, a historia nie wskazała do dnia dzisiejszego winowajcy słynnej rzezi galicyjskiej pod Lisią Górką, gdzie Austriacy płacili za obcinanie głów polskiej szlachcie. Niemiłe wspomnienia pozostawia po sobie rok 1846, kiedy władze austriackie wkroczyły na Wawel, i zbudowały tam koszary wojskowe, nie mówiąc już o rabunkowej gospodarce zaborcy. Przykładów okrutnych praktyk jest wiele. Galicja krajem śmierci głodowej, krajem niedźwiedzia, austriacka Syberia, galicyjski hrabia jako oszust. Ha!… A jednak kochano Galicję! To jednak w tym okresie tworzyła się nowoczesna polityka, narodziły się kwestie narodowe, swobodnie żyły obok siebie różne wyznania, działały prężnie towarzystwa gimnastyczne „Sokół”, rozwijała się literatura i teatr, a Habsburgowie na zamku w Żywcu czuli się prawie Polakami. Dobrze rozpropagowany wizerunek cesarza jako dobroczyńcy znajdował swoje odbicie w społeczeństwie.
 
Wraz ze śmiercią Franciszka Józefa umiera pewien system. „Wiedeń – umarł. Pozostało wielkie miasto, które przywłaszczyło sobie jego imię. Lecz ja noszę żałobę po zmarłym. Zachowałem w pamięci rozliczne drobne przedmioty, karnawały, barwę oczu i uśmiechy kobiet, jedną z promenad lasu Wiedeńskiego jesienią, kolację w Kobenzl, zapach piwa w zadymionych piwniczkach …” – tak Galicję przedstawiał pisarz Sándor Márai.Taka Galicja była nam znana, taka pozostała w wyobrażeniach.

Galicja współczesną marką

Uboga prowincja Austro-Węgier stała się marką, na której można zarobić. To jest fenomen okresu zaboru, tęsknota za prawie 100 lat temu pogrzebaną Galicją, dalekim i obcym krajem. Jej mitem karmią się pisarze, restauratorzy, filmowcy, handel, komercja. Pomiędzy Wiedniem a Galicją trwał nieustanny przepływ ludzi, towarów, języków, wiadomości, smaków, mody. To było bogactwem Galicji, potencjałem, z którego się korzysta do dzisiaj. Powstało wiele galicyjskich filmów, takich jak „Austeria”, „Marsz Radeckiego”, „Sanatorium pod klepsydrą”, „Wino truskawkowe”. Nazwa Galicja pojawia się w hotelarstwie (Hotel Galicya – Best Western, Kraków). W krakowskiej firmie „Krakowski Kredens” produkuje się flaczki galicyjskie, parzy kawę Boheme. Produkty galicyjskie, kremy i marmolady, sprzedaje firma „Miechów”. Odnosząc się do historii austro-węgierskiej tarnowski tygodnik „Temi” dumnie nazywa się Galicyjskim Tygodnikiem Informacyjnym. I tak dalej, i tak dalej…Galicja żyje w nazewnictwie, kulturze, ciesząc się swoim odrodzeniem. Ta Galicja ma się dobrze.

Ewa Steinhardt.
Urodzona w Tarnowie w 1955 r. W roku 1979 ukończyła studia magisterskie na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Członek Stowarzyszenia Autorów Polskich. Pracowała w Muzeum Okregowym w Tarnowie w latach 1980-1984 jako asystent muzealny, a w latach 1985-2005 w Teefachgeschäft Steinhardt w Wiedniu – działalność własna. Publikowała w „Temi” – Galicyjskim Tygodniku Informacyjnym w Tarnowie, „Intuicjach Przydrożnych” – Kwartalniku Kulturalnym w Tarnowie oraz w sieci www.wiadomosci24.pl. W ostatnich latach publikuje w „Polonice” – Piśmie Polonii Austriackiej. Zamieszkanie dzieli między Wiedniem i Tarnowem. Od lat śledzi wydarzenia kulturalne w stolicy Austrii, zwłaszcza w dziedzinie wystawiennictwa muzealnego.

Artykuł ukazał się m.in. w piśmie Polonika nr 242, marzec 2015 r.
Skróty pochodzą od redakcji tkk