Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Klisze pamięci

Wczoraj, 27 stycznia, obchodziliśmy uroczyście 75. rocznicę wyzwolenia nazistowskiego obozu zagłady KL Auschwitz-Birkenau. Były delegacje z całego świata, koronowane głowy, prezydenci i premierzy, ale najważniejsza była ponad 200. osobowa grupa ocalałych z zagłady więźniów. To oni zajęli najbardziej eksponowane, honorowe miejsca w specjalnym namiocie-kaplicy. To ich przejmujące świadectwa były prawdziwym katharsis, po którym jeno wielka cisza, wielka modlitwa i niemy krzyk NIGDY WIĘCEJ! . To dobra okazja aby przypomnieć, coraz bardziej zapominany fakt, że to właśnie z Tarnowa wyruszył 14 czerwca 1940 roku pierwszy transport więźniów do Oświęcimia. I, o czym mało kto wie, że wśród 728 jego uczestników był m.in. Marian Kołodziej – artysta plastyk i scenograf, jeden z największych współczesnych polskich artystów. To on stał w pobliżu św. Maksymiliana Kolbe podczas pamiętnego apelu w 1941 roku, podczas którego zgłosił się na śmierć za innego więźnia. Fakt ten odcisnął się na całym późniejszym życiu Mariana Kołodzieja.

 

 

Kołodziej, numer 432, przeżył obóz, aby po kilkudziesięciu latach milczenia na ten temat, stworzyć niezwykłą, genialną artystycznie ekspozycję plastyczną opisującą piekło, które ludzie potrafili tutaj, na ziemi zgotować innym ludziom. W swej pracy kierował się słowami Herberta: „Ocalałeś nie po to, aby żyć – masz mało czasu – trzeba dać świadectwo”. Stała wystawa „Klisze pamięci – Labirynty Mariana Kołodzieja” nie przypadkowo znajduje się właśnie w Harmężach, gdzie w okresie okupacji zlokalizowany był niemieckiej podobóz KL Auschwitz. Harmense były gospodarstwem hodowli drobiu i ryb. Na okolicznych polach oraz na wałach stawów rozsypywano popioły z ciał spalonych w obozowym krematorium. A wszystko odbywało się przy pomocy niewolniczej pracy więźniów. Jednym z nich był Marian Kołodziej.

 

Marian Kołodziej po prawie 50-letnim milczeniu wrócił do swych przeżyć, tworząc wstrząsającą plastyczną opowieść o sobie i tych, którzy nie ocaleli z „fabryki śmierci”. Zmobilizowała go do tego choroba, w 1992 r. mieszkający w Gdańsku artysta doznał udaru mózgu i wylewu oraz częściowego paraliżu. W ramach rehabilitacji zaczął rysować. Rysowanie było dla Kołodzieja – jak sam wspominał – pewną formą autoterapii. Mało kto wie, że w pierwszej fazie wychodzenia z afazji ruchowej, kiedy miał paraliż dłoni, jego żona przywiązywała mu ołówek do sztywnych palców i tak powstawały pierwsze jego rysunki.

 

 

Pracę nad „Kliszami Pamięci” rozpoczął w 1993 r., a zakończył w maju 2009 roku, kilka miesięcy przed śmiercią. W przeciągu szesnastu lat stworzył 374 kompozycji rysunkowych i plastycznych (rzeźby) różnej wielkości. 14 sierpnia 1998 roku nastąpiło otwarcie wystawy „Klisze Pamięci. Labirynty”. Od tego dnia znalazła ona swoje stałe miejsce w Centrum św. Maksymiliana w Harmężach. Dlaczego właśnie tutaj, mimo że Marian Kołodziej miał propozycje eksponowania swoich prac w Stanach Zjednoczonych czy w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu? Bo, jak powiedział w jednym z wywiadów: „Z Ojcem Kolbe stałem na jednym apelu”. Ten gest bezinteresownej miłości św. Maksymiliana do nieznanego mu męża i ojca rodziny (Franciszka Gajowniczka), który podczas pamiętnego apelu w lipcu 1941 r. oddał życie za współwięźnia Franciszka Gajowniczka, zrobił tak wielkie wrażenie na Marianie Kołodzieju, że zaczął w Ojcu Kolbe dopatrywać się drugiego Chrystusa. Św. Maksymilian – numer obozowy 16670, obok autora „Labiryntów”, obok numeru 432 – stał się drugim głównym bohaterem ekspozycji.

 

 

Ta niezwykła i przerażająca zarazem opowieść została ukazana za pomocą najprostszych środków plastycznych. Rysowane ołówkiem prace, rzadko wzbogacone kolorem, zapełniły ściany, a rekwizyty obozowej codzienności dopełniły kompozycji. Drobne detale – kamienie i potłuczone szyby – spotęgowały niezwykle sugestywne wrażenie. Atmosferę pogłębia panująca tutaj cisza. Aż do maja 2009 roku wystawa była systematycznie uzupełniana nowymi, kolejnymi pracami. Marian Kołodziej w swoim opowiadaniu posłużył się symbolem. Nie zobaczymy – wbrew oczekiwaniom wielu – munduru żołnierza niemieckiego, a jedynie dwa ścierające się ze sobą światy: dobra przedstawionego w postaciach ludzkich i zła – w postaciach bestii. Czas wojny, czas obozów to świat nienormalny, dlatego u Kołodzieja został oddany w biało-czarnych barwach, nie licząc odcieni. Natomiast wspomnienia autora sprzed 1939 roku i jego marzenia oraz nawiązania do dnia wyzwolenia zostały odmalowane w pełnej gamie kolorów – jako normalne czasy.

 

Swoją wystawą Autor zaświadczył, do czego prowadzi odrzucenie dekalogu i porzucenie wartości chrześcijańskich w życiu, a równocześnie na przykładzie św. Maksymiliana udowodnił, że nawet w nieludzkich warunkach, jakie zgotowano w obozach, można było zachować ludzką godność i odnieść moralne zwycięstwo. Dużo emocji wśród zwiedzających wywołują popękane szyby przed wejściem na ekspozycję. Jednak to nie wynik działalności wandali, a jedynie dana przez autora odpowiedź na pytanie: „jaka jest osobowość człowieka, który trafił do obozu, po blisko sześćdziesięciu latach od wyzwolenia?” – stłuczona, popękana!

 

 

 

Kołodziej, rok przed śmiercią, tak podsumował swoje tego świata widzenie: Patrząc z góry na ten nasz XX wiek poprzez schyłek mojego życia, widzę, że po Oświęcimiu na tej ziemi nie tylko nic się nie zmieniło – a miało – lecz jest jeszcze gorzej. Światem dalej rządzą prawa lagru. Fabryka śmierci – unowocześniona, skomputeryzowana. Spotworniała Apokalipsa z moich rysunków – trwa.

 

Marian Kołodziej był plastykiem i scenografem. Jako młody człowiek po wybuchu II wojny próbował przedostać się do polskiego wojska we Francji. Został aresztowany przez gestapo. 14 czerwca 1940 r. Niemcy deportowali go do Auschwitz w pamiętnym pierwszym transporcie polskich więźniów, który wyruszył z Tarnowa. Do 1945 r. był więziony także w Gross-Rosen, Buchenwaldzie, Sachsenhausen i Mauthausen-Gusen.

 

Po wojnie ukończył wydział scenografii krakowskiej ASP. Współpracował z teatrami w Gdańsku i Warszawie. Stworzył dekoracje m.in. do "Tragedii o bogaczu i łazarzu" Anonima Gdańskiego (1968 i 1971), "Sztukmistrza z Lublina" Isaaca Singera (1988), wielu inscenizacji Adama Hanuszkiewicza, Kazimierza Kutza, Stanisława Różewicza oraz ok. 40 filmów fabularnych, m.in. "Westerplatte", "Krzyż Walecznych", "Ludzie z pociągu", "Miejsce na ziemi", "Wolne miasto". Był twórcą ołtarzy w Gdańsku podczas pielgrzymek papieża Jana Pawła II w latach 1987 i 1999.

 

 

W historii współczesnej sztuki polskiej, w niezbyt licznym gronie artystów naprawdę wielkich, niewielu jest takich, którzy mając talent prawdziwy, nie rozmienili go na drobne życiem paskudnym, komunistycznym odurzeniem czy wręcz podłą zdradą wiary swych ojców i Ojczyzny samej. Mariana Kołodzieja możemy spokojnie wymienić obok takich twórców prawdziwie europejskiej kultury jak Dürer, Bosch, Grünewald, Memling. Nie tylko dlatego, że jego malarski, graficzny warsztat nie ustępuje tym mistrzom, ale również dlatego, że jego twórczość wyrasta z dogłębnej wiedzy o piekle.

 

Prof. Kołodziej przed śmiercią ofiarował dzieło franciszkańskiemu Centrum św. Maksymiliana. Zostało umieszczone w podziemiach tamtejszego kościoła. Artysta zmarł w 2009 r. Jego prochy spoczęły w krypcie w Centrum. To chyba jedyny w Polsce przypadek aby prochy artysty złożono wśród jego dzieł.

 

Centrum św. Maksymiliana jest ośrodkiem pamięci i modlitwy, a zarazem wotum wdzięczności za życie, dzieło oraz ofiarę Maksymiliana Marii Kolbego. Prowadzą je franciszkanie oraz Misjonarki Niepokalanej Ojca Kolbego.

 

 

Uporządkujmy przestrzeń naszych rozważań. Auschwitz to nie synonim Oświęcimia tylko zniemczona polska nazwa tej miejscowości. Polski piastowski i królewski gród Oświęcim, posadowiony ponad 800 lat temu na terenie Królestwa Polskiego, nie ma nic wspólnego z Konzentrationslager (obozem koncentracyjnym) zbudowanym, jako oficjalna instytucja państwa niemieckiego na ziemiach administracyjnie włączonych w październiku 1939 r. do Deutsches Reich (Rzeszy Niemieckiej).

 

Porządkujmy dalej. „Niemiecką fabrykę śmierci” rozpoczęto budować wiosną 1940 r. z myślą o eksterminacji Polaków. Nazwa „fabryka” ma swoje uzasadnienie, gdyż mordowani tam ludzie byli niejako „przy okazji” wykorzystywani do pracy przymusowej na rzecz niemieckiej gospodarki. Pierwszy masowy transport polskich tzw. więźniów politycznych przybył do Auschwitz 14 czerwca z Tarnowa. Potem były kolejne transporty. Rok później, po rozpoczęciu przez Niemcy wojny ze swym dotychczasowym sojusznikiem, do obozu zaczęły przybywać również transporty wojennych jeńców sowieckich.

 

 

No i ostatni z porządkujących akapitów. Żydzi w polskim Oświęcimiu mieszkali od XVI wieku. Przed wybuchem II wojny ich populacja dochodziła do 50% mieszkańców miasta. Mieli swój niezależny kahał (gminę) i dwie synagogi. Od 1941 r. byli przez Niemców osiedlani w zamkniętych gettach w Chrzanowie, Będzinie i Sosnowcu, skąd - w efekcie niemieckiego planu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” (Endlösung) ze stycznia 1942 r. - przewieziono ich do zespołu obozów koncentracyjnych Auschwitz. Potem były kolejne i kolejne transporty osób pochodzenia żydowskiego, już ze wszystkich okupowanych przez niemiecką III Rzeszę państw Europy.

 

Ryszard Zaprzałka