Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Pecunia non olet

 czyli co dalej z Młynem Szancera

Zgoła nie zimowa aura, w jakiej przyszło nam spędzać tegoroczne Święta zachęciła wielu tarnowian do wręcz wiosennych spacerów. Ci, którzy trafili w okolice Wątoku z niejakim zdziwieniem oglądali trwałą, bo już pięcioletnią, ruinę dawnego Młyna Szancera, jako żywo przypominającą plan filmowy jakiegoś horroru... Przypomnijmy, że ten jeden z ostatnich "elementów architektury przemysłowej" naszego regionu został podpalony, co ustaliła ponad wszelką wątpliwość prokuratura, w nocy z 4 na 5 kwietnia 2015 roku i błyskawicznie spłonął. Biegły doliczył się co najmniej pięciu miejsc, w których podłożono ogień. - Posłużyła do tego łatwopalna ciecz, najprawdopodobniej z rodziny ropopochodnych - mówił wówczas Arkadiusz Bara, zastępca prokuratora rejonowego w Tarnowie. Pożar, który wybuchł w noc poprzedzającą Wielkanoc błyskawicznie się rozprzestrzeniał trawiąc całkowicie dach na sąsiadujących ze sobą pomieszczeniach młyna, kaszarni i spichlerza oraz drewniane stropy na kilku kondygnacjach. Stało sie to wkrótce po tym, jak jego właścicielem został Piotr Kudelski, znany tarnowski przedsiębiorca. Po kilkumiesięcznym śledztwie, w  wyniku którego nie udało się ustalić, złapać i osądzić sprawców oraz ich ewentualnych zleceniodawców, sprawę umorzono i wypłacono stosowne odszkodowanie. Po czym zapadła wokół tej zagadkowej sprawy kompletna medialna i administracyjna cisza, o zerowej aktywności właścicieli "obiektu" nie wspominając. I stan taki trwa już 5 lat więc może warto przypomnieć niezwykłą historię Młyna Szancera i publicznie zapytać, co dalej? Tym bardziej, że działka wraz z tym, co ocalało z pożogi, znajduje się blisko historycznego centrum miasta przy ruchliwej ulicy i absolutnie jest jego antyreklamą.  

Szancerowie wywodzą swój ród z Andrychowa. Protoplasta Szancerów Józef, pochodził ponoć z Sącza, na co wskazuje nazwisko, które po żydowsku, od nazwy miasta, znaczy Szanc. W dziewiętnastym wieku potomkowie Józefa rozeszli się po całej Europie i wszędzie zaznaczyli swoją obecność wielkością umysłów i godnością piastowanych stanowisk. Byli ministrami rządów, doradcami prezydentów, naukowcami i artystami. Kierowali wielkimi przedsiębiorstwami, zarządzali majątkami jaśnie panujących i wykładali na uniwersytetach. Tworzyli sztukę i historię. Jednocześnie byli wśród nich hazardziści, trwoniący całe majątki w Monte Carlo, samobójcy i desperaci. Kochali dobre jedzenie i niekończące się zabawy. W połowie dziewiętnastego wieku jeden z Szancerów zakochał się tak nieszczęśliwie, że protestującemu ojcu dziewczyny wypalił z pistoletu w głowę i skazał tym samym rodzinę na banicję. Przenosiny, a właściwie ucieczka, nastąpiła w przeciągu kilku godzin. Szancerowie pozostawili cały majątek nieruchomy przyjaciołom, a sami w popłochu wyjechali do austriackiej Galicji, do Żabna, gdzie bardzo szybko nabyli kilka majątków ziemskich – Odporyszów, Breń, Czarna Niwa. W Żabnie urodził się Artur Szancer, późniejszy współwłaściciel młynów w Tarnowie. Jego żona Karolina Buber, kuzynka wielkiego żydowskiego filozofa Martina Bubera, nazwana była w rodzinie „królową matką”. Była tak dystyngowaną damą, że nawet hitlerowcy uszanowali jej pozycję i kazali w 1942 roku, odwieźć ją na miejsce egzekucji dorożką.

Leon – jeden z synów Józefa – będąc dzierżawcą dóbr wielkiego klucza żywieckiego w majątku arcyksięcia Habsburga dorobił się wielkiej fortuny i niejako z przymusu otaczających go towarzyskich sfer zarzucił tradycję żydowską, stając się typowym człowiekiem oświecenia. Ubierał się z pańska i brylował na ziemiańskich salonach. Zmarł w młodym wieku na skutek, jak mówi legenda rodowa, złamania religijnego przykazania, które nakazywało ścisły post w żydowskie święto Sądnego Dnia. Wdowa przeniosła się do rodzinnych posiadłości na Śląsku Pruskim i rodzina Szancerów powoli na przestrzeni kilkudziesięciu lat stawała się ziemianinami. Gospodarowanie na roli nobilitowało Szancerów do bycia szlachtą, więc większość z nich przeszła na chrześcijaństwo i poprzez związki małżeńskie dopisała do swoich rodowodów pochodzenie herbowe.
  
W 1859 roku, po przeniesieniu do Tarnowa, senior rodu Henryk wybudował przy ulicy Kołłątaja młyn parowy i zapoczątkował nowy rozdział w historii rodziny. Przedsiębiorstwo Tarnowskie Młyny Parowe prosperowało znakomicie, a po kilku latach od założenia płaciło kilkakrotnie większe podatki niż wszystkie młyny na Górnym Śląsku razem wzięte. Na terenach biednej i zacofanej Galicji zaczęła królować para, a bliska odległość do zachodniej Ukrainy i dobre połączenia komunikacyjne sprawiły, że interes kwitł znakomicie.

        

Na początku dwudziestego wieku młynami wstrząsnęło kilka kryzysów, ale dzięki niemalejącej koniunkturze Szancerowie wyszli na prostą i nawet otworzyli kilka następnych przedsiębiorstw w Galicji. Dopiero w latach dwudziestych, po niefortunnych inwestycjach, sytuacja pogorszyła się znacznie i zaczął się powolny upadek imperium. Rozłożenie udziałów na kilku właścicieli i różne zależności rodzinne sprawiły, iż młyny zarządzane były w sposób niewłaściwy i powodujący wielkie straty. Synowie Artura Szancera, Karol i Bronisław, postanowili związać przedsiębiorstwo w ręku rodziny i wykupili 1/3 udziałów od wspólników. Na ten cel zaciągnęli wielką pożyczkę w banku, co doprowadziło po kilku latach niemal do bankructwa młynów. Gdy w 1929 roku wybuchł wielki światowy kryzys, bank zażądał zwrotu pożyczki i zagroził Szancerom licytacją. Bronisław popadł w depresję i zabezpieczywszy odpowiednio swoje życie, popełnił samobójstwo. Jego żona i dwie córki mogły żyć dostatnio z pieniędzy wypłaconych przez ubezpieczycieli. Do Tarnowa coraz częściej przyjeżdżali ze świata członkowie rodziny i… umierali, bo, jak sami twierdzili, Szancerowie żyją w całej Europie, ale umierają tylko w Tarnowie.
  
Młynem zajął się Karol i pomimo kryzysu i żądań banku wyprowadził interes na prostą. Zaprzestał kupować zboże, a cała produkcja młynu przesunęła się na typowe usługi i mełła ziarno powierzone. W ten sposób uchronił firmę przed rozwiązaniem i licytacją. Niebagatelną rolę w tych ciężkich latach odegrała żona Karola, córka lwowskiego rabina, Waleria Blumenfeld. Bank zgodził się na spłaty odsetek, pozostając jednak w procesie sądowym z Szancerami o odebranie majątku zastawionego pod kredyt. Stan ten trwał, aż do roku 1939 i można śmiało powiedzieć, że był to początek końca.

Pierwszy upadek nastąpił w sierpniu 1939 roku. Bank wygrał proces i wystawił młyny na licytację, co doprowadziło Karola do ciężkiej choroby serca, ale zadowoliło część rodziny, która z ulgą przyjęła koniec stuletniej historii młynów. Sprzedaż nie doczekała się jednak finału. Zanim uprawomocniła się licytacja wybuchła II wojna światowa. Na teren przedsiębiorstwa weszli okupanci i kontynuowali produkcję do 1945 roku.
  
W czasie wojny Szancerowie ukrywali się przed nazistami, ginęli w komorach gazowych, byli rozstrzeliwani. Część z nich zawędrowała na daleką Syberię, a inni zdołali zbiec poza granice hitleryzmu. Karol Szancer, za przyzwoleniem Niemców, prowadził jakiś czas młyny, ale na wieść o masowych mordach na tarnowskim cmentarzu uciekł do Warszawy, gdzie ukrywał się do końca powstania warszawskiego. Po wojnie powrócił do Tarnowa. Zastał młyny pod zarządem państwowego przedsiębiorstwa i ciężko zachorował. Po kilku dniach zmarł, a jego ostatnim słowem było „ja jestem już szmelc”. Był to drugi upadek stuletniej historii tarnowskich młynów Szancera.

   

Państwowe młyny pracowały przez wiele lat pod zarządami nowej władzy. Po upadku PRL młyny stanęły i pozostał pusty i niszczejący budynek w centrum miasta. Były różne pomysły na zagospodarowanie tej zabytkowej budowli. Centrum sztuki i miejsce na liczne wystawy i artystyczne spotkania wydawał się najrozsądniejszy, ponieważ dawał szansę na przetrwanie historycznej nazwy.

  

Ale jako, że w takich miastach jak Tarnów nic nie może wyrastać ponad mentalne dachy magistratu, projekt nie doczekał się pełnej realizacji. Nieruchomość popadała w ruinę, a jedynym konsekwentnym człowiekiem przechadzającym się po gruzach był wynajęty przez miasto stróż, który nie wpuszczał na teren nawet okolicznych szczurów. 

      
    

Kilka lat temu nastąpił trzeci i definitywny upadek byłych młynów Szancera. Historia stu lat Tarnowa została sprzedana na przetargu w 70 rocznicę pierwszego upadku. Nieruchomość zakupił Piotr Kudelski, przedstawiciel znanych w Tarnowie cukierników. Czy wielopokoleniowy interes Kudelskich przejmie znicz tradycji rodzinnych przedsiębiorstw po Szancerach i stworzy coś równie imponującego? Czy historię zaleje beton? Bóg raczy wiedzieć. Wszak pecunia non olet.

/za Roman Szydłowski – Wojna zaczęła się w Tarnowie oraz Jerzy Reuter/
Ryszard Zaprzałka