Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Matka "Solidarności"


z cyklu: w poszukiwaniu Polski Szlachetnej

Dzisiaj mija 38 lat od rozpoczęcia historycznego strajku w Stoczni Gdańskiej oraz 89 rocznica urodzin Anny Alentynowicz, od której się wszystko zaczęło... Anna Walentynowicz, nieustraszona bohaterka polskiego sierpnia 80, z domu Lubczyk (ur. 15 sierpnia 1929 w Siennem, zm. 10 kwietnia 2010 w Smoleńsku) – urodzona w rodzinie ukraińskich protestantów, polska działaczka społeczna, opozycjonistka w PRL, działaczka Wolnych Związków Zawodowych, współzałożycielka NSZZ „Solidarność”. Dama Orderu Orła Białego. 8 sierpnia 1980, pięć miesięcy przed osiągnięciem wieku emerytalnego, Annę Walentynowicz dyscyplinarnie zwolniono z pracy. Decyzja dyrekcji wywołała 14 sierpnia strajk, w czasie którego powstał NSZZ „Solidarność”. Pierwszym postulatem protestujących robotników było przywrócenie Anny Walentynowicz do pracy. Władza uległa ich żądaniom i wkrótce przywróciła ją do pracy. Jej nazwisko weszło na trwałe do historii polskiego ruchu robotniczego. Swoją bezkompromisową, prostolinijną postawą, uczciwością i stale wyrażanym dążeniem do prawdy zaskarbiła sobie szacunek i wielką popularność wśród robotników, ściągając jednocześnie na siebie prześladowanie i nienawiść władz. 

Pani Ania zawsze zawstydzała mnie swoją niepożytą energią, ale przede wszystkim - umiłowaniem Polski i mocną, pokorną wiarą w Bożą sprawiedliwość. Jej wytrwałość i konsekwencja w działaniu pobudzała i dodawała sił. Promieniowała zwyczajną ludzką dobrocią, i choć sama przez całe życie borykała się z biedą, zawsze była gotowa pomagać potrzebującym. Ale była też porywcza i potrafiła podnosić głos. Tylko wtedy jednak, gdy czuła - a instynkt patriotyczny miała bezbłędny - że ktoś działa na szkodę Ojczyzny. Tego nie tolerowała. 

14 sierpnia 1980 r. Stocznia Gdańska staje. Młodzi stoczniowcy z wydziału K-5 rozpoczynają strajk, niosąc transparent z napisem: "Przywrócić Annę Walentynowicz do pracy. 1000 zł dodatku drożyźnianego". Te proste hasła wystarczyły. Po godzinie stanęła cała stocznia. Panią Anię tryumfalnie, dyrektorskim samochodem, przywieziono na teren stoczni. Tak wspominała te niezapomniane chwile: "Wjeżdżamy do stoczni. Serce podchodzi mi do gardła. Widzę nieprzebrane tłumy. Wdrapuję się na dach koparki. Ktoś podaje mi bukiet róż. Chcę coś powiedzieć, ale nie mogę. Kręci mi się w głowie". W pierwszych dniach strajku, jak świadczą o tym również raporty MSW, Anna Walentynowicz była niezwykle aktywna. Uczestniczyła w przygotowaniu rozszerzonej listy postulatów, do której dodano: przywrócenie do pracy Lecha Wałęsy i Andrzeja Kołodzieja, wzniesienie pomnika ofiar Grudnia 70, podwyżkę płac o 2 tys., zrównanie zasiłków rodzinnych do poziomu świadczeń dla rodzin milicyjnych oraz zagwarantowanie bezpieczeństwa dla strajkujących. Rozmowy były dla dyrekcji trudne. Walentynowicz oczywiście nie ograniczyła się do kwestii swojego zwolnienia i mówiła bez ogródek: "Nikt z pracownikiem nie rozmawia. Po prostu Rada Zakładowa, czyli związki zawodowe są przedłużonym ramieniem partii i administracji. Biorą składki, nikt się z tych składek nie rozlicza". Ostatecznie, gdy strajk ogarniał stopniowo całe Wybrzeże, 16 sierpnia dyrekcja uległa. Zgodzono się na niemal wszystkie żądania. Wałęsa zakończył strajk i zaintonował hymn narodowy. Nie wszyscy jednak chcieli go śpiewać.

Na Wybrzeżu strajkowało już ponad 60 tys. ludzi. Postulaty pracowników małych zakładów nie zostały w ogóle w porozumieniu uwzględnione. Gdyby stocznia zakończyła strajk w tym momencie, milicja i bezpieka łatwo by się z nimi rozprawiły. Sytuację uratowały wówczas dwie działaczki WZZ - Alina Pienkowska i Anna Walentynowicz. Pod bramami zakładu obie panie usiłowały zatrzymać wychodzących już do domu stoczniowców. Wzywały (p. Ania ze łzami w oczach) do strajku solidarnościowego. Do kobiet przyłączyli się Jan Borusewicz, Andrzej Gwiazda i Kazimierz Szołoch. Został też Lech Wałęsa. Na noc zostało ok. 2 tys. robotników. Strajk w stoczni uratowano. 

Jednak nieufność wobec próbujących zakończyć strajk na własną rękę stoczniowców z Lenina pozostała. I ciężko ją było przezwyciężyć. Pod bramę Stoczni Remontowej na wózkach akumulatorowych podjechali Wałęsa i Walentynowicz. Pierwszy przemówił Lech - odpowiedziano gwizdami. O tym, co stało się potem, tak opowiadał Krzysztof Wyszkowski: "Stałem obok wózka i patrzyłem na Annę, a po plecach przechodził mnie dreszcz i do oczu napływały łzy. Nigdy nie przeżyłem równie wstrząsającego wydarzenia i nigdy nie wyobrażałem sobie, że coś podobnego może się w ogóle wydarzyć. Na dachu wózka stała drobna kobieta przemieniona w potężną skoncentrowaną energię. Strach było wziąć na swoje sumienie odmowę wobec jej wezwania". Obraz ten dopełnia wspomnienie Andrzeja Gwiazdy: "Nie chcieli słuchać ani argumentów merytorycznych, ani ideowych i wtedy Ania w dramatycznym apelu odwołała się do solidarności. Widać było, że zrobiło to duże wrażenie i odniosło skutek. Solidarność stała się główną ideą strajku". Walentynowicz odwołała się do koleżeńskiej, robotniczej solidarności. I nie zawiodła się. Następnego dnia "Remontówka" dołączyła do "Lenina". Chociażby z tego jednego powodu pani Ani należy się przydomek "Anna Solidarność".

Następnego dnia, w niedzielę, po długich staraniach pani Ani udało się uzyskać zgodę władz i biskupa na odprawienie na terenie stoczni Mszy Świętej przez ks. Henryka Jankowskiego. Nastroje strajkujących wyraźnie się uspokoiły. Sama Walentynowicz była szalenie wzruszona: "Płakałam, bo jeszcze nigdy nie przeżywałam tak głęboko radości z uczestniczenia w nabożeństwie; cieszyłam się za tych wszystkich, którzy powrócili do Boga". Na głównej bramie stoczni wisiały obraz Matki Bożej Częstochowskiej i portrety Jana Pawła II. Na zewnątrz, tam, gdzie później stanąć miał pomnik, Tadeusz Szczudłowski ustawił wielki krzyż, pod którym modlili się wspierający strajk gdańszczanie. Codziennie na terenie stoczni prowadzone były też modlitwy. (Nie inaczej było w innych strajkujących zakładach pracy, m.in. w stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni, gdzie ks. Hilary Jastak, nikogo o zgodę nie pytając, odważnie przeszedł przez szpalery milicji, niosąc Najświętszy Sakrament, czy w Hucie Warszawa, gdzie Mszę Świętą odprawił nikomu wówczas nieznany ks. Jerzy Popiełuszko). Robotnicy pamiętali o Kościele także w swych postulatach, i to dzięki nim już wkrótce wierni w całym kraju mogli słuchać za pośrednictwem Polskiego Radia coniedzielnej Mszy Świętej transmitowanej z kościoła Świętego Krzyża w Warszawie.

W Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym Anna Walentynowicz bardzo stanowczo upominała się o przestrzeganie prawa, zwłaszcza prawa pracy i przedłużenia urlopów macierzyńskich. 31 sierpnia, gdy władze usiłowały grać na zwłokę, zabrała głos w sprawie aresztowanych członków WZZ, KOR, ROPCiO i RMP: "(-) ci ludzie, aresztowani obecnie, w 76 roku pomagali rodzinom robotników zwolnionych ze stoczni. Robotnicy to pamiętają nadal i dlatego występują w imieniu pracowników Stoczni Gdańskiej, i prosimy o natychmiastowe uwolnienie aresztowanych, zatrzymanych w związku ze strajkiem". Pani Ania działała na wielu frontach. To jej właśnie powierzono kasę powstającego związku i pieniądze zbierane na pomnik ofiar Grudnia 70. Jeździła często do strajkujących zakładów, tłumacząc, o co toczy się walka. Udzielała niekończących się wywiadów dla przedstawicieli zachodnich mediów, w czasie których świetnie dawała sobie radę z najtrudniejszymi pytaniami. W wolnych chwilach przygotowywała kanapki dla kolegów. Spała tylko po 3-4 godziny na dobę, najpierw na podłodze, a potem na fotelu. I stała się żywą ikoną strajku sierpniowego.

Gdy zwycięski, jedyny w swoim rodzaju strajk się kończy, pani Ania opuszcza stocznię ostatnia z nadzieją, że wreszcie odpocznie, jednak o żadnym odpoczynku mowy być nie mogło. Już 2 września, namówiona przez przyjaciół, została etatowym pracownikiem powstającego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego "Solidarność", w którym odpowiadała początkowo za finanse i dział interwencyjny. Odwiedzały ją, prosząc o radę i pomoc, tysiące ludzi z całej Polski. Była wówczas u szczytu popularności. Pracując dzień i noc, nie zdawała sobie sprawy z tego, że nad jej głową gromadzą się czarne chmury. Tym razem to nie MSW, choć donosów na jej temat nie brakowało, sprawiać jej miało największe przykrości, lecz dawny kolega z WZZ - Lech Wałęsa. 

Do otwartego konfliktu między nimi doszło przed odsłonięciem pomnika ofiar Grudnia 70. Anna Walentynowicz nie pozwoliła na uczynienie z monumentu symbolu rzekomego pojednania władzy z Narodem i umieszczenie na nim tablicy z nazwiskami zabitych milicjantów. 16 grudnia odsłonięto Pomnik Poległych Stoczniowców, nazwany tak, jak chciała. Lecz miejsca dla niej wśród zaproszonych gości zabrakło. Bardzo to przeżyła: "Znów nie mogłam złożyć kwiatów. Jeszcze przed rokiem uniemożliwiło mi to SB. Komu zawdzięczam to w roku 1980?".

Anna Walentynowicz, jak wielu innych związkowców, z oburzeniem przyjęła arbitralną decyzję o zaniechaniu strajku. Mówiła o tym w stoczni głośno, domagając się od Wałęsy wyjaśnień. Doprowadziło to do wystąpienia Komisji Zakładowej stoczni (bez poparcia jej macierzystego wydziału W-2) o odwołanie pani Ani z gdańskiego Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ "Solidarność" . Działania takie były niezgodne ze statutem związku. Sprawę, z udziałem zainteresowanej, omawiano podczas posiedzenia Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" 23 kwietnia 1981 roku. Po burzliwej dyskusji, w czasie której Walentynowicz bronili Andrzej Gwiazda i Jan Rulewski, doszło do wymuszonego pojednania. Nie zamknęło to, niestety, sprawy. Pani Ania będzie w sposób bezwzględny i złośliwy marginalizowana, choć nikt nigdy nie postawił jej żadnych konkretnych zarzutów. Bezkompromisowość Anny Walentynowicz doprowadza w październiku 1981 r. w Radomiu do próby jej otrucia (za pomocą Furosemidu). Chciano w ten sposób uniemożliwić jej spotkanie z robotnikami. Dokonać miała tego znajoma pani Ani Ewa Soból - od lat tajny agent bezpieki. (Prowadzone po latach przez IPN śledztwo w tej sprawie zostało ostatecznie umorzone).

Anna Walentynowicz dla wielu stała się niekwestionowanym autorytetem moralnym. W 2005 r. jej zasługi w walce o wolność docenił amerykański Kongres Fundacji Pamięci Ofiar Komunizmu, przyznając jej Medal Wolności Trumana - Reagana. Wreszcie, 3 maja 2006 r., dawny wykładowca z WZZ, a wówczas prezydent Polski Lech Kaczyński, odznacza ją i Andrzeja Gwiazdę Orderem Orła Białego. Nieustającą aktywność pani Ani w przywracaniu narodowej pamięci przerwała tragedia smoleńska.

Źródło: Janusz Kotański (Nasz Dziennik)