Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Nymphaea "Inka"

Właśnie mija 72 lata od męczeńskiej śmierci Danuty Siedzikówny (3 IX 1928 Guszczewina koło Narewki – 28 VIII 1946 Gdańsk), bohaterki głośnych spektakli Teatru Nie Teraz.

Tak nazywa się odmiana lilii wodnej, nazwanej na cześć Danusi Siedzikówny ps. Inka – legendarnej sanitariuszki 4. Szwadronu  5 Wileńskiej Brygady AK, zamordowanej w gdańskiej katowni UB 28 sierpnia 1946 r. Miejsce pochówku 18-letniej bohaterki do 2014 roku było nieznane. Wtedy to wrześniu zespół IPN ds. poszukiwań nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, pod chodnikiem Cmentarza Garnizonowego w Gdańsku odnalazł nieoznaczony grób, w którym spoczywały szczątki Danuty Siedzikówny oraz rozstrzelanego wraz z nią Feliksa Selmanowicza ps. Zagończyk. W odniesieniu do Inki informacja ta została ostatecznie potwierdzona 1 marca 2015 roku i od razu rozpoczęto przygotowania do jej godnego pochówku, który planowano na 3 września br. w rocznicę jej urodzin. Ostatecznie pochowano ją 28 sierpnia 2016 roku w 70. rocznicę jej rozstrzelania. Inka oprócz róży ma już kilka pomników i tablic, m.in. w Gdańsku i Sopocie, gdzie jej imię nosi jeden z parków i rondo w Ciechanowie, patronuje wielu szkołom i drużynom harcerskim, nakręcono o niej kilka dokumentów,  trafiła na murale i estrady oraz do teatru. To o niej powstał w 2000 r. słynny spektakl tarnowskiego Teatru Nie Teraz pt. „Na etapie”, a dzisiaj opowieść o losach całego pokolenia żołnierzy niezłomnych, TNT kontunuuje w granym z sukcesami w całej Polsce przedstawieniu pt. „Wyklęci”. Ten właśnie spektakl TNT pokaże w sobotę 25 sierpnia nieopodal wsi Królowe koło Głubczyc na opolszczyźnie w starym młynie, gdzie ukrywał się mjr Zygmunt Szendzielarz - legendarny Łupaszka. Dowódca rozstrzelanego wraz z Inką Feliksa Selmanowicza – Zagończyka. A  trzy dni później 28.  zaprezentuje "Wykletych" w Gdańsku, miejscu męczeństwa Inki. Taką symboliczną klamrą zespół Tomasza A. Żaka artystycznie przywraca pamięć skazanym na zapomnienie bohaterom. 

Choć była tylko skromną sanitariuszką w oddziale poakowskiej, antykomunistycznej konspiracji niepodległościowej, przeszła do historii i jest dziś znana w całej Polsce. Złożyła Ojczyźnie najwyższą ofiarę i uczyniła to – jak wynika z akt sprawy przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Gdańsku – w sposób w pełni świadomy, mimo bardzo młodego wieku. Świadczy o tym m.in. pożegnalny gryps z więzienia: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”…
Jej postać nieustannie nas wzrusza i nie pozwala zapomnieć o tych, „których zdradzono o świcie”, o „wyprostowanych wśród tych, co na kolanach, wśród odwróconych plecami”, o pokrzywdzonych. To wzruszenie wynika ze świadomości, jak młodo i jak świadomie oddała życie za wolną Polskę. Wynika z historii jej rodziny, która jawi się nam jak żywa alegoria krzywd wyrządzonych Polakom przez „czerwoną zarazę” i „czarną śmierć”. Wynika wreszcie ze zrozumienia, że w dziejach „Inki” i jej rodziny są dzieje wielu naszych rodzin. „Inka” jest po prostu w nas.

Wychowała się w rodzinie o ugruntowanej tradycji patriotycznej. Ojciec Wacław Siedzik pochodził ze szlachty podlaskiej, zaangażowanej w Powstaniu Styczniowym. Jako student Politechniki w Petersburgu został w 1913 r. zesłany na Sybir, do Kraju Krasnojarskiego, za udział w polskiej organizacji niepodległościowej. Miał wówczas 19 lat. Wrócił do Polski dopiero w roku 1926. Był leśniczym w Olchówce koło Narewki. Po wybuchu wojny został deportowany przez NKWD pamiętnego 10 lutego 1940 r. w głąb Sowietów. Pracował w kopalni złota, w 1941 r., po umowie Sikorski – Majski, półżywy dotarł do formującej się armii polskiej gen. Władysława Andersa. Nieludzkie warunki życia i pracy na „nieludzkiej ziemi” podkopały zdrowie niemłodego już człowieka umarł na żołnierskim szlaku, został pochowany na cmentarzu polskim w Teheranie.

Matka Eugenia z Tymińskich – spokrewniona z rodziną Piotra Orzeszki, męża pisarki Elizy – po deportacji męża została wraz z córkami usunięta z leśniczówki. Złożyła przysięgę AK i należała do siatki terenowej. Aresztowana przez gestapo w listopadzie 1942 r., po ciężkim śledztwie w białostockim więzieniu została zamordowana we wrześniu 1943 r. i pogrzebana w nieznanym miejscu.

 

Danusia uczyła się w Szkole Powszechnej w Olchówce, a w czasie wojny w szkole Sióstr Salezjanek w Różanymstoku koło Grodna.
Po zamordowaniu matki razem z siostrą Wiesławą złożyła przysięgę AK w grudniu 1943 r. lub na początku 1944 roku. Nie miała jeszcze 16 lat! Przeszła szkolenie sanitarne. Po przejściu frontu podjęła pracę w kancelarii nadleśnictwa Hajnówka. Tam została aresztowana w czerwcu 1945 r., wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa, przez NKWD-UB – za współpracę z antykomunistycznym podziemiem niepodległościowym.
W trakcie konwojowania aresztantów przez las pod Narewką została uwolniona przez patrol poakowski Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Została sanitariuszką w oddziale „Konusa”, potem w szwadronach por. Jana Mazura „Piasta” i por. Mariana Plucińskiego „Mścisława” z legendarnej 5. Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”. Przez krótki czas jej dowódcą w tym okresie był por. Leon Beynar „Nowina”, zastępca mjr. „Łupaszki”, znany później wybitny pisarz historyczny Paweł Jasienica.

Przybrała pseudonim „Inka” na pamiątkę szkolnej przyjaźni. Na przełomie lat 1945-1946, zaopatrzona w fałszywe dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, pracowała w nadleśnictwie Miłomłyn. Ważniejsza jednak była dla niej służba dla Polski, mimo ekstremalnych zagrożeń. Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki” – ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”. Czuła się moralnie zobowiązana do uczestnictwa w walce o niepodległy byt Polski – nie tylko z wdzięczności za uwolnienie z ubeckiego konwoju, ale także przez pamięć rodziców, którzy oddali życie za Polskę. Porzuciła bezpieczną posadę w nadleśnictwie. Do lipca 1946 r. służyła w szwadronie „Żelaznego” jako sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD, UB i ich konfidentom.

Po śmierci „Żelaznego”, zabitego podczas obławy UB w czerwcu 1946 r. pod Sztumem, została wysłana przez jego następcę ppor. Olgierda Christę „Leszka” do Gdańska po zaopatrzenie medyczne dla szwadronu. Tam została aresztowana przez UB rankiem 20 lipca 1946 r. w lokalu konspiracyjnym, mieszkaniu sióstr Mikołajewskich. Została umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako specjalny więzień polityczny. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. skazana przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku na karę śmierci. Postawiono jej nieprawdziwy zarzut nakłaniania do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu w Tulicach pod Sztumem. W rzeczywistości sanitariuszka nie miała wpływu na takie decyzje. Zidentyfikowanych funkcjonariuszy NKWD i UB żołnierze mjr. „Łupaszki” rozstrzeliwali na podstawie rozkazu wydanego przez ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”, bezpośredniego zwierzchnika mjr. „Łupaszki”. Traktowani byli bowiem jako przedstawiciele policji politycznej obcego państwa, zniewalającego Polskę.

Z zeznań milicjanta Mieczysława Mazura przed sądem w Gdańsku (1946) oraz z relacji Olgierda Christy wynika, że „Inka” opatrywała w razie potrzeby po walce także przeciwników. Wyrok śmierci na sanitariuszkę był więc raczej aktem zemsty i przejawem bezradności UB, od którego realnie zależał wyrok dyktowany „sędziom” wobec niemożności rozbicia pomorskich szwadronów mjr. „Łupaszki”. Szwadron „Żelaznego” był szczególnie znienawidzony przez UB z powodu licznych udanych akcji na placówki bezpieki i milicji, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 maja 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta.

 

„Inka” nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała się pod pismem do „prezydenta KRN” Bolesława Bieruta o ułaskawienie. Pismo pisane w pierwszej osobie („Ja, Danuta Siedzikówna”…) podpisał obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski, mimo iż jego córka była rówieśnicą Danki…
Została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r. o godzinie 6.15 strzałem w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego Franciszka Sawickiego z KBW, ponieważ egzekucja z udziałem 10 żołnierzy KBW się nie udała. Żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków do niej i do jej współtowarzysza niedoli Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, żołnierza mjr. „Łupaszki”. Przebieg tej haniebnej egzekucji znany jest ze szczegółowych relacji złożonych w oddziale gdańskim IPN przez żyjących wówczas (2001) świadków: ks. Mariana Prusaka (więziennego spowiednika Danki przed egzekucją) i Alojzego Nowickiego (w roku 1946 zastępcy naczelnika więzienia w Gdańsku). Według tych relacji, przed egzekucją Danka krzyknęła „Niech żyje Polska!”, a po nieudanej salwie plutonu, przed strzałem kończącym jej życie, zawołała jeszcze raz: „Niech żyje major ’Łupaszko’!”. Umierała na sześć dni przed 18. urodzinami…

Poniżej publikujemy wstrząsającą relację ks. Prusaka - świadka ostatnich chwil życia dziewczyny, obecnego do końca przy egzekucji "Inki"…”

Była to moja jedyna posługa przy egzekucji. Kiedy znalazłem się w więzieniu na Kurkowej, siedziałem może godzinę w odosobnieniu. Potem po mnie przyszli - cały czas przeżywałem to, co za chwilę miało się wydarzyć. Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do pana Feliksa Selmanowicza „Zagończyka” (żołnierza majora Z. Szendzielorza „Łupaszki”).  Kiedy wszedłem do celi, widziałem przeraźliwy smutek w jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi się do mnie zwrócił, brzmiały: - No tak, jednak nie skorzystano z prawa łaski... - Wyspowiadałem go. Był spokojny. Może tylko taił zdenerwowanie, ale na zewnątrz nie było tego widać. Przez cały czas dokuczała mi świadomość, że mogą nas obserwować przez wizjer.
Potem przeprowadzono mnie (nie wiem jak, gdyż byłem zbyt oszołomiony) do celi, w której na śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna Danka Siedzikówna w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie, wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o śmierci powiadomić jej siostrę. Mówiła to ciągle tak, jakby się nadal spowiadała. Czuliśmy, że możemy być obserwowani. Podała mi adres w Gdańsku Wrzeszczu, przy Politechnice, ulica Własna Strzecha. Nie mogłem nic zapisać, starałem się zapamiętać ten adres. Jednocześnie powiedziała mi, że wysłała kartkę z zawiadomieniem, ale nie wie, czy ona dojdzie. Nie mówiła nic więcej, na nic się nie skarżyła.
Twarz dziewczyny pamiętam jak przez mgłę; twarz mężczyzny zapamiętałem dobrze. Był taki zamknięty w sobie, napięty, głęboko przeżywał zbliżającą się śmierć. "Inka" nic nie mówiła. Może gdybym był lepiej przygotowany i zapytał o coś... Ale dla mnie to było zupełnie nowe doświadczenie; nie wiedziałem, jak się zachować... Później sprowadzili mnie na dół, tam gdzie byłem poprzednio. Znowu czekałem, może z godzinę? Człowiek w takich sytuacjach nie ma poczucia czasu. Była noc. (Gdy siedziałem w więzieniu, mówiono mi, że wyroki wykonywano w nocy, nie rano). W końcu poprowadzono mnie schodami, jakby do piwnicy (zejście było dosyć ciasne).


Oni już tam byli. Zdaje się, że w kajdankach albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak że było dosyć ciasno. Był wojskowy prokurator  i pełno jakichś młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod słupkami. W rogu był stolik, gdzie prokurator odczytywał uzasadnienie wyroku i sąd dał rozkaz wykonania egzekucji. Była taka jakby wnęka, chyba czerwona nieotynkowana cegła, były słupki do połowy człowieka. Postawiono ich przy nich, nie pamiętam, czy ich przywiązano. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!". W tym momencie skazani krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: "Niech żyje Polska!". Potem salwa i osunęli się na ziemię. Strzelało dwóch lub trzech żołnierzy, chyba z pepesz, z bliskiej odległości - 3-4 metrów. Pamiętam, że posadzka była czerwona, jakby z kafli, środkiem biegł rowek, chyba żeby krew spływała. ["Inka" i "Zagończyk"] osunęli się. Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje jeszcze żyli. Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę. Nie wiem, kto to był. To było dla mnie nie do zniesienia. Pamiętam tylko, że padło nazwisko chyba Suchocki, i że ten człowiek był w mundurze. Zdaje się, że to był prokurator, który odczytywał wyrok(2). Byłem w tłumie stojących trochę zasłonięty. Nawet nie wiedziałem, że obok był lekarz. Później musiałem podpisać protokół o wykonaniu wyroku śmierci. Zaraz potem wyprowadzili mnie. Nie pamiętam, jak się znalazłem w samochodzie; nie wiem, czy jechałem z tymi, którzy mnie przywieźli. W samochodzie nic do mnie nie mówili.
Z informacją o śmierci nie poszedłem do siostry "Inki" od razu. Przez cały tydzień żyłem w oszołomieniu. W końcu zebrałem się i po cywilnemu, w godzinach popołudniowych, zapukałem do mieszkania. Otworzono mi, było tam może z 10 osób. Młodzi ludzie. Zwróciłem się do nich, że chciałbym rozmawiać z panią tego domu. Wystąpiła pani starsza od nich i jej przekazałem wiadomość. Ona odpowiedziała: - My wiemy o tym, kartka przyszła... Na tym się skończyło, wróciłem do domu. Kiedy mnie potem aresztowano, przypomniano mi tę wizytę w śledztwie. Byłem więc cały czas obserwowany.
 Mało z kim dzieliłem się tymi wspomnieniami. Nawet rodzinie nic nie powiedziałem. Zachowałem to w sobie. Śmierć "Inki" i "Zagończyka" przeżyłem jak śmierć kogoś bliskiego. Cieszę się, że teraz mogłem o tym opowiedzieć, i że pamięć o tych ludziach nie zaginie.

ks. Marian Prusak

Opracowano na podstawie:
Biuletyn IPN Nr 6 - 07.2001 r.
Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944-1956. Słownik biograficzny. Tom I, wyd. IPN 2000
eMBe/Podziemiezbrojne.blox.pl
Źródło:  Fronda.pl  oraz strony internetowe TNT 
(Życiorys Inki na podstawie: Piotr Szubarczyk - Nasz Dziennik)


Ryszard Zaprzałka