Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

Męczennicy z Wołynia

"Smert, smert,Lacham smert!..."

Taki złowieszczy okrzyk rozbrzmiewał podczas pamiętnej Krwawej Niedzieli na Wołyniu 11 lipca 1943 roku. Tego letniego dnia, 74 lata temu, Ukraińcy zaatakowali równocześnie co najmniej 99 miejscowości, w których zabili około 15 tys. Polaków. Dla współczesnych Polaków to data szczególna. Symbolizuje ona bowiem ludobójstwo dokonane przez Ukraińską Powstańczą Armię na ok. 100 tys. osób, które zamordowano tylko dlatego, że były Polakami. A historia wciąż milczy o Nich... . I czas najwyższy aby polski rząd zaczął wreszcie walczyć o pamięć o pomordowanych Polakach. I dobrze, że tegoroczne uroczystości są pierwszymi oficjalnymi obchodami Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Obywateli Polskich na Kresach II RP, co jest wynikiem przyjętej przez Sejm RP w lipcu ub.roku uchwały. Aliście nie dokońca. Oto bowiem Prezydent Rzczypospolitej Andrzej Duda odmówił objęcia oficjalnym patronatem honorowym ogólnopolskich obchodów Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa Obywateli Polskich na Kresach II RP anno domino 2017. No cóż, jak na razie o wołyńskim ludobójstwie pamiętają tylko zwykli obywatele, nierzadko świadkowie i potomkowie tamtych, także zwykłych Polaków. Także i u nas w Tarnowie odbędą się jeno skromne uroczystości zorganizowane, nie przez władze (wprawdzie wybory wygrał PiS ale miastem rządzi PO), tylko przez Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział w Tarnowie przy wsparciu Obywatelskiego Porozumienia Osób i Organizacji na rzecz Tradycji i Niepodległości. W tym kontekście nie dziwi, że znany w całej Polsce tarnowski Teatr Nie Teraz tegoroczne (pierwsze) obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczypospolitej Polskiej będzie świętował dwoma prezentacjami swojego słynnego spektaklu "Ballada o Wołyniu" w ... Warszawie, w dniach 11 i 12 lipca o godz. 18,00 (w ubiegłym roku były to Maciejowice). Obie prezentacje, na zaproszenie Instytutu Pamięci Narodowej, będą miały miejsce na Przystanku Historia w Centrum Edukacjnym IPN im. Janusza Kurtyki, ul. Marszałkowska 21/25.

Ballada o Wołyniu” to pierwszy w Polsce spektakl sceniczny, który opowiada o ludobójstwie na polskiej ludności Kresów Wschodnich w latach II wojny św., dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich. Ten niezwykle trudny temat, przez cale dziesięciolecia przemilczany, a obecnie niestety nadal zakłamywany, obchodzi jednak setki tysięcy Polaków: wciąż żyjących świadków tamtych wydarzeń, ich rodziny i ludzi zainteresowanych prawdą historyczną. Scenariusz spektaklu korzysta z wątków legendarnej książki wielkiego polskiego pisarza Włodzimierza Odojewskiego „Zasypie wszystko, zawieje” (za zgodą autora). Wykorzystywane są także oryginalne świadectwa osób, które przeżyły Zagładę Polaków na Kresach oraz stare pieśni, w tym starą melodię ukraińską ze współczesnymi słowami Bogny Lewtak-Baczyńskiej. Premiera twgo unikalnego spektaklu miała miejsce w Teatrze im. L. Solskiego w Tarnowie, 28 i 29 czerwca 2011 r. 23 i 24 maja 2011 roku w Muzeum Niepodległości w Warszawie.


Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo - Wschodnich Oddział w Tarnowie zaprasza na tarnowskie obchody upamiętniające apogeum mordów na ludności polskiej z KRESÓW WSCHODNICH dokonywanych przez   O U N i U P A  w 74. rocznicę  R Z E Z I  W O Ł Y Ń S K I E J  1943r.

Program obchodów:

· 11 lipca 2017r. (wtorek)
- godz. 15.30. Msza Święta w intencji ofiar ludobójstwa na Wołyniu i Kresach Wschodnich w kościele Matki Boskiej Szkaplerznej na Burku
- po mszy nastąpi przemarsz pod Kurhan Kresowy na Cmentarzu Starym
- hymn państwowy
- przywołanie faktów oraz wspomnienia świadków
- złożenie wiązanek i świateł pamięci
- wspólne odśpiewanie Roty.

W czasie trwania obchodów modlitwą i upamiętnieniem obejmujemy także polskich profesorów lwowskich uczelni zamordowanych przez Niemców 4 lipca 1941r. w 76 rocznicę tej zbrodni oraz poległych w akcji "Burza" we Lwowie, która została rozpoczęta przez A.K. 22.07.1944 r. w 73 rocznicę tego wydarzenia.

W wyniku "antypolskiej akcji" OUN UPA na Wołyniu i w Galicji Wschodniej  pomordowanych zostało od 130 do ponad 200 tysięcy niewinnych ludzi. W ostatnich latach z godnością udało się pochować szczątki  jedynie niewielkiej części tych ofiar. Z przestrzeni  przedwojennych Kresów południowo-wschodnich na zawsze i dosłownie zniknęło tysiące miejscowości i wszelkie dotychczasowe przejawy nie rzadko wielkich osiągnięć tworzonej tu przez wieki europejskiej kultury - wszystko , co o niej świadczyło, w tym kościoły, dwory, szkoły i inne budynki. Również w tym sensie, poza wymyślnymi, okrutnymi metodami zadawania śmierci,  Zagłada zgotowana przez faszystów ukraińskich, pozostaje ewenementem w skali świata. Bolesny jest fakt, że po 70 latach prawda o tej tragedii,  wciąż chowana jest przez rządzących Polską polityków w imię "strategicznych" stosunków  dyplomatycznych z niepodległą Ukrainą, a godne i pełne upamiętnienie  ofiar kresowych rzezi, odwlekane.

Zbrodnia ludobójstwa na Wpłyniu, to był swoisty festiwal okrucieństwa, mściwości i antypolskiego amoku, który przejawiał się w nienawiści do wszystkiego, co polskie. To było apogeum czasu zbijania i torturowania, przerażającego cierpienia i strachu. Dla nikogo nie było litości, członkowie UPA zabijali zarówno osoby starsze, jak i niemowlęta. Mordowali Polaków nie bacząc na ich wiek czy płeć. Gwałceni, spaleni, poprzecinani piłami, porąbani siekierami, szlachtowani jak bydło, rozrywani końmi... . Wszędzie wokół pożary, dymy, jakby cały świat się palił i walił... . Potem wszystko ucichło. Tylko głodne psy rozwłóczyły po polach fragmenty ciał. Gdzie jest mój grób Panie? Gdzie moi bliscy będą mogli zapłakać? Zapalić znicze? Nie zapalę Ci, mamo, tam zniczy/ Nie położę wiązanki na grobie/ Gdzie rodzinny był dom - cisza krzyczy/ A historia wciąż milczy o Tobie... .

Poniżej publikujemy fragment znakomitej książki Joanny Wieliczki-Szarkowej "Wołyń we krwi 1943".

Zgodnie z planem, w niedzielę, 11 lipca 1943 roku oddziały UPA zaatakowały Polaków w 85 miejscowościach powiatu włodzimierskiego i 11 powiatu horochowskiego. W powiecie włodzimierskim rzeź rozpoczęła się o godz. 2.30 rano od polskiej wsi Gurów, obejmując swoim zasięgiem: Gurów Wielki, Gurów Mały, Wygrankę, Żdżary, Zabłoćce, Sądową, Nowiny, Zagaję, Poryck, Oleń, Orzeszyn, Romanówkę, Lachów, Gucin i inne. W Gurowie z 480 Polaków ocalało tylko 70, w Porycku wymordowano prawie całą ludność polską - ponad 200 osób; w kolonii Orzeszyn z 340 mieszkańców zginęło 270 Polaków; we wsi Sądowa spośród 600 Polaków przeżyło tylko 20; w kolonii Zagaje z 350 Polaków życie ocaliło tylko kilkunastu. Wsie i osady polskie ograbiono i spalono. Tego dnia upowcy zaatakowali wiernych zebranych na mszach św. w kościołach (niedokończone msze wołyńskie): w Porycku, Orzeszynie, Krymnie, Chrynowie, Zabłoćcach, Kisielinie.

W Porycku, rodowym mieście Czackich, do XVIII-wiecznego kościoła pw. św. Trójcy i św. Michała Archanioła mieszącego grobowiec założyciela Liceum Krzemienieckiego, Tadeusza Czackiego, bandyci wtargnęli w czasie mszy św. o godzinie 11-tej. Jak zeznawał jeden ze sprawców napadu Iwan Hryń: „Było tak: do wsi Pawłow­ka [Poryck] przyjechała z lasu rejonu iwanickiego bandycka grupa licząca około 40 osób. Miejscowa bojówka, którą wtedy dowodził Oranśkyj S. U., liczyła do 12 osób. [Grupy te] zostały połączone. (...) W nocy przygotowaliśmy się, a nazajutrz cała band[ycka] grupa, w tym również i ja, dokonaliśmy napadu na polski kościół. W tym czasie w kościele odprawiane było nabożeństwo, w którym uczestniczyło do 200 obywateli narodowości polskiej - dwieście osób - starców oraz nieletnich. Kościół został okrążony i rozpoczęło się mordowanie obywateli. Z karabinu maszynowego strzelano w kierunku głównego wejścia i okien, w wyniku czego zginęło wielu dorosłych i dzieci. Tych, którym udało wydostać się [z kościoła], doganiano i zabijano w biegu”.

Proboszcz, ksiądz Bolesław Szawłowski został ostrzeżony o napadzie po mszy św. o godzinie 9-tej przez Ukraińca z sąsiedniej wsi i kazał ministrantom rozgłosić, aby ludzie nie przychodzili na sumę, ale niewielu posłuchało. Kapłan wyszedł do wiernych, modlił się z nimi i udzielał rozgrzeszenia, mimo postrzelenia, aż został trafiony drugi raz (zmarł później w zakrystii lub według innej wersji został wyniesiony z kościoła i dobity).

Dwóch Ukraińców przechodząc wzdłuż ławek wystrzelało siedzących w nich ludzi. Potem uśmiercali rannych. Niektórym udającym nieżywych udało się uratować: „W kościele byłam z siostrą [...]. Jak usłyszałam, że mordercy chodzą po kościele i mówią: ‘o toj jeszcze żywyj’, to szybko złapałam jakąś czapkę umoczoną w ciepłej lepkiej krwi i potarłam nią twarz sobie i siostrze, udawałyśmy zabitych. [...] Dym bardzo dusił, zatem ludzie próbowali uciekać z kościoła, ale serie z karabinu maszynowego przerywały ich cierpie­nia w drzwiach kościoła. [...] Ukraińcy krzyczeli ‘wychadi chto żywyj’, a wychodzących zabijali w drzwiach [...] usiłowano kościół wysadzić w powietrze, ale poczuliśmy tylko okropny wstrząs i wszystko ucichło”[2] – wspominała napad Jadwiga Krajewska. W Porycku zginęły 222 osoby, około sto z nich zostało pochowanych w wielkim dole wykopanym przy dzwonnicy. W 60. rocznicę mordu odsłonięto w miasteczku pomnik upamiętniający ofiary UPA.

Tej samej niedzieli, o tej samej porze co w Porycku, ukraińskie bojówki napadły kościół w Kisielinie, w powiecie horochowskim. „Dzień był pochmurny. Koło godziny 11 zaczął padać deszcz. Ludzie jak zwykle ciągnęli na sumę z okolicznych wiosek, ale nielicznie. W czasie mszy św. czasem szeptali, że coś się stanie, bo w pobliżu domów okalających kościół od zachodu i północy kręcą się uzbrojeni Ukraińcy. Po nabożeństwie chór, jak zawsze, zaśpiewał Żegnaj Królowo... i ludzie zaczęli wychodzić. Ze wszystkich stron nadbiegali upowcy” – wspominał Włodzimierz Sławosz Dębski, były mieszkaniec miasteczka.
Wierni cofnęli się do kościoła i zaczęli chować w bocznej kaplicy oraz na korytarzu plebanii połączonej z kościołem. Podczas gdy Ukraińcy weszli do głównej nawy, mężczyźni na piętrze plebanii zorganizowali obronę. Dębski wspominał: „Zbiegłem przerażony na korytarz I piętra i spostrzegłem teraz dopiero, że w rękach mam cegły. Pojawił się mój brat Jerzy, razem z nim zaczęliśmy tarasować drzwi klatki schodowej stojącymi kuframi, skrzyniami wyładowanymi wartościowymi przedmiotami i odzieżą, złożonymi tu na przechowanie przez znamienitszych obywateli. W najbliższych kilku minutach krzątało się już wielu”.

Tymczasem banderowcy wyprowadzili na dziedziniec kościelny, tych, którym nie udało się ukryć. „Szli za dzwonnicę, tą samą drogą, jak niegdyś chodzili w procesji. Była to ich ostatnia procesja. (…) Szedł Józwa [Pawłowski z Żurawca] z czapką w garści w jasnoszarej kurtce cajgowej, w juchtowych butach, na ugiętych nogach. (...) Jedna z dziewcząt w różowej bluzce, nieco przydługiej niebieskiej spódnicy (...) odeszła w bok i wtedy jeden z młodszych oprawców w cywilnym brązowym, jak na niego za dużym, ubraniu, strzelił jej w krzyż, następnie ściągnął z niej bluzkę i tanecznym krokiem podbiegł za prowadzoną grupą” – wspominał Dębski.

Po zamordowaniu wyprowadzonych ze świątyni, napastnicy przyszli szturmować plebanię. „Zaczęli rąbać u góry, gdzie drzwi nie były zatarasowane. Patrzyłem przerażony, jak ta zapora dająca tyle nadziei, rozsypuje się pod razami siekiery. Nagle z naszej strony stary Krupiński z wściekłością zaczął też rąbać i gdy się siekiery spotkały, bandyta przestał. Dziura była już znaczna. Podałem cegłę. Krupiński rzucił, potem szybko następną - usłyszeliśmy tupot nóg po schodach - uciekali” - Dębski zawiadomił lamentujące kobiety o odparciu ataku, co uspokoiło trochę sytuację.

Ukraińcy podpalili schody, ale ogień udało się zdusić (używając moczu) na tyle, że nie przedostał się za drzwi. „Bandyci strzelali z rzadka, bezładnie, strzelali przez okna. Ostrzał szedł również od ogrodu, od strony południowej, obijając górne partie ścian z tynku. Aby temu zaradzić, ksiądz proboszcz Witold Kowalski zaczął zasłaniać okno poduszką, jako że niby przez poduszkę kula nie przejdzie. Bandyta strzelił, kula przebiła poduszkę i głowę, przechodząc przez kość policzkową, wychodząc uchem. Napchało też pierza w ranę, ale ksiądz żył, leżał na kanapie i raz po raz wstrząsały nim drgawki. Kobiety się nim zajęły. Z czasem się uspokoił i oprzytomniał. Był to pierwszy ranny” – wspominał Dębski, który niedługo potem został poważnie ranny w nogę od wybuchu granatu. Obrońcy wytrzymali jednak wszystkie ataki i kolejne podpalenie parteru plebanii. Około północy bandyci ustawili się w kolumnę na rynku i ze śpiewem odeszli.

„Następnego dnia rodziny pomordowanych zgromadziły się, by przenieść zwłoki z rowu do wspólnej mogiły koło dzwonnicy. Odkopywane zwłoki były nagie i obrzęknięte, trudno rozpoznawalne. Henryka Kraszewskiego rozpoznała Regina Jurkowska po skarpetce. Kobieta z rozprutym brzuchem, to była Markowska, będąca w zaawansowanej ciąży”.

Włodzimierz Sławosz Dębski stracił nogę, ale walczył jeszcze w 1944 roku w 27. Wołyńskiej Dywizji AK. Napisał książkę Było sobie miasteczko. Opowieść wołyńska. Ożenił się z Anielą Sławińską, która także była wśród obrońców kościoła. Ich synem jest Krzesimir Dębski, znany kompozytor muzyki współczesnej i filmowej (m.in. do Ogniem i mieczem w reżyserii Jerzego Hoffmana). Skomponował także muzykę do dokumentalnego filmu o Kisielinie, Było sobie miasteczko, zrealizowanego przez Tadeusza Arciucha i Macieja Wojciechowskiego.

Mimo ulewnego deszczu i trzech kilometrów drogi jaka dzieliła mały przysiółek Niedźwiedzie Jamy od Kisielina, na sumę do miasteczka wybrała się Rozalia Szyszko, matka pięciorga dzieci. Te zostały w domu z ojcem Konstantym. Kiedy od strony Kisielina zaczęły dochodzić odgłosy strzelaniny, przestraszony mąż ukrył czworo najmłodszych dzieci w domu ukraińskiej rodziny Szkoropadów. Sam, zaś z sąsiadami wybrał się do Kisielina. Jego najstarsza, 11-letnia córka Alfreda w tym czasie biegała przerażona po okolicy, starając się znaleźć schronienie. „Do późnych godzin nocnych przesiedziałam ukryta w łanie pszenicy, skąd ob­serwowałam łunę pożaru nad Kisielinem i pobliską Joachimówką”.

Gdy wróciła do Szkoropadów, spało tam tylko jej rodzeństwo. W końcu przyszedł też jej ojciec przekonany, że jego 28-letnia żona Rozalia zginęła w Kisielinie. Zapewne pod wpływem szoku zabrał najstarszą córkę (zostawiając czwórkę młodszych dzieci śpiących w opuszczonym, ukraińskim domu) i z innymi Polakami poszedł kilka kilometrów do Zaturzec, a potem do Łucka, skąd wyjechał na roboty do Rzeszy. Po wojnie wrócił do Polski, by odnaleźć porzucone dzieci. Małymi Szyszkami zaopiekowali się Ukraińcy.

U Szkoropadów został najmłodszy, roczny Władzio. Trzyletnią Gienię wzięła do siebie Jewdolaja (Dunka) Sokoliuk, Henia - wdowa Maryna Hnatiuk, a sześcioletnią Julię - Wiera i Rodion Andrijczukowie z sąsiedniego Żurawca. Ich syn, 19-letni wówczas Aleksander (Szurik), należał do UPA i uczestniczył w pogromie Kisielina. Julia zapamiętała: „Co jakiś czas zaglądali do nas bandyci szukający polskiego dziecka. W takich momentach moja przybrana matka ukrywała mnie pod wysoko układanymi na łóżku poduszkami. Pewnego razu ban­derowiec wpadł do domu tak nagle, że zastał mnie w izbie… Kazał nalać so­bie wódki, wyjęty z kabury pistolet położył na stole, usiadł i przywołał mnie do siebie. Kiedy podeszłam do stołu, nalał mi kieliszek wódki i kazał wypić”. Julia wypiła i usłyszała, że może już żyć spokojnie. Zemdlała. W 1944 roku razem z Andrijczukami została zesłana na Syberię, jako rodzina banderowca. Wróciła w rodzinne strony, pracowała w kołchozie. Po polsku już mówić nie umiała. Konstanty Szyszko ostatecznie odnalazł dwoje swoich dzieci: Gienię – w 1948 roku i trzy lata później Władzia, który jednak zmarł już w 1954 roku.

Joanna Wieliczka-Szarkowa, "Wołyń we krwi 1943", Wydawnictwo AA
Zdjęcia pochodzą m.in.  ze zbioru fotografii portalu wołyńskiego IPN www.zbrodniawolynska.pl
Źródło : Fronda.pl

Przygotował - Ryszard Zaprzałka