Witryna korzysta z plików cookies,które są niezbędne do prawidłowego jej funkcjonowania .W ustawieniach przeglądarki możesz zmienić warunki ich przechowywania lub dostępu

50 lat minęło, jak jeden dzień…

Aliści obchody 50-lecia pracy twórczej nestora tarnowskich artystów malarzy – Jacka Janickiego, mistrza i niekwestionowany autorytet, rozpisane zostały na cały bieżący rok. Znaczyć go będą m.in. wystawy w Galerii „Hortar” i MBP, a zwieńczy wielki jesienny benefis w Galerii Miejskiej BWA. Otwarcie tego wyjątkowego jubileuszu miało miejsce w poniedziałek 25 kwietnia w Galerii „Piwnica pod Trójką” Muzeum Okręgowego w ramach cyklu „Tarnowscy Artyści w Galerii Muzealnej”, gromadząc prawdziwy tłum znajomych i przyjaciół powszechnie lubianego pana Jacka, byłych uczniów i obecnych twórców, co nie jest znów takie częste na wernisażach kolegów. Było oficjalnie z prezydentem R. Ciepielą na czele, od którego dostał Encyklopedię Tarnowską z notką biograficzną o sobie i rodzinnie z żoną artysty Jadwigą, której zadedykował swoją jubileuszową wystawę oraz nieco biesiadnie… . Były kwiaty, laudacje i wspomnienia. Wśród ponad 50. Prac – wiadomo jubileusz – wyróżniały się mistrzowskie grafiki, ciekawe pastele i oryginalne prace wykonane piórkiem, stanowiąc retrospektywny przegląd bogatej twórczości beneficjenta. Ale Jacek Janicki to nie tylko malarz lecz także, o czym mało kto wie, utalentowany fotografik i stały felietonista jednego z tarnowskich tygodników…

Jacek Janicki, twórca doskonale znany w mieście i ceniony za swoje artystyczno – pedagogiczne osiągnięcia. Kochany przez młodzież z tarnowskiego „plastyka”, którego absolwenci do dziś wspominają słynne plenery we dworze w Jeżowie pod jego pedagogiczną opieką i znajdujący czas na społeczną działalność m.in. w ogólnopolskim Stowarzyszeniu Pastelistów, któremu przez wiele lat vice szefował. Gwoli biograficznej ścisłości odnotujmy jeszcze, iż Jacek Janicki jest absolwentem Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych na Wydziale Grafiki, gdzie zrobił  dyplom w 1966 r.

Janicki po studiach na krakowskiej ASP wraca do rodzinnego Tarnowa gdzie podejmuje pracę pedagogiczną w Szkole podstawowej nr 15 im gen. J. Bema jako nauczyciel rysunku. Równocześnie pracuje jako Kierownik Ogniska Metodycznego wychowania plastycznego. Następnie przechodzi do pracy w Urzędzie Wojewódzkim, gdzie w Wydziale Kultury pracuje na stanowisku wizytatora szkolnictwa artystycznego. Od 1988 r. Podejmuje pracę w I Studium Nauczycielskim jako nauczyciel rysunku i malarstwa oraz metodyki plastyki. W roku 1994 przechodzi do pracy w Państwowym Liceum Sztuk Plastycznych gdzie pracuje do chwili odejścia na emeryturę jako nauczyciel rysunku i malarstwa.

Założyciel znanej grupy twórczej „13”, jest członkiem Związku Polskich Artystów Plastyków i wspomnianego już Stowarzyszenia Pastelistów Polskich. W swoim bogatym dorobku ma, mi. in. scenografię do międzynarodowego projektu teatralnego „Droga do Delf", zrealizowanego w 1991 r. Stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki z 1982 r. uczestniczył w wielu związkowych wystawach,  a także licznych plenerach. Swój dotychczasowy dorobek pokazał  na18 wystawach indywidualnych w kraju i poza granicami (łącznie to ponad 100 ekspozycji), m.in. w Austrii, Francji, Niemczech, USA, Kanadzie, Słowacji, Finlandii, na Węgrzech i w Australii oraz w prywatnych kolekcjach krajowych i zagranicznych. Za swą działalność otrzymał wiele nagród i wyróżnień, m.in. odznakę „Zasłużony Działacz Kultury”, nagrodę Prezydenta miasta Tarnowa za działalność artystyczną (2000, 2006, 2011), nagrodę „Uskrzydlony” przyznawaną przez Tarnowską Fundację Kultury (2006).

  

Dotąd Jacek Janicki – typ staropolskiego sarmaty – znany był szerzej wyłącznie jako malarz „pastelista”, ale jak się okazuje jest także utalentowanym fotografikiem, który swoją pasją zainfekował również rodzinę: syna Marka, córkę Magdalenę i żonę Jadwigę. I to z powodzeniem, o czym można się dobitnie przekonać oglądając kilka lat temu paletę fotograficznych możliwości rodziny Janickich w nowo otwartej galerii ZNP przy ulicy Piłsudskiego. Jak „zeznał” w trakcie tamtego wernisażu senior rodu, któremu towarzyszył syn Marek z żoną i 1,5 roczny wnuk Mikołaj, już jako pacholę interesował się fotografią. W rodzinnym domu miał wtedy dostęp do aparatu fotograficznego kodaka, którym dokonywał pierwszych prób fotograficznych. Swoją pasję rozwijał później w liceum plastycznym, gdzie miał zajęcia z fotografii. Fotografią interesują się także wszyscy pozostali członkowie, którzy wraz z nim pokazali swoje prace na wystawie w nauczycielskiej „Palecie”. A dominują na niej głównie  przyrodnicze pejzaże (fantastyczne zdjęcia z Islandii) Łączy je jedno - fotografując przyrodę Janiccy dostrzegają w niej to, co zwykłym śmiertelnikom zwykle umyka i utrwalają to, co w niej niepowtarzalne.

 

Zainteresowanie twórczością plastyczną oraz fotografią w naszej rodzinie – napisał w katalogu do rodzinnego portretu mistrz Janicki -  przechodzi z pokolenia w pokolenie. Antoni Kuszłejko ojciec naszej uroczej i ukochanej żony i matki Jadwigi, jako rodowity Litwin zajmuje się malarstwem uwieczniając w swych akwarelach widok Kłajpedy i Wilna. W późniejszych latach jako administrator Dworu w Jeżowie, dalej uprawia malarstwo oraz zajmuje się fotografią. Również Klemens Janicki poza pracą zawodową zajmował się malarstwem olejnym, malując urokliwe pejzaże i kopie kilku znanych artystów. Dziedzicząc po rodzicach zamiłowanie do sztuki poprzez ukończenie szkół plastycznych, od Liceum Plastycznego, Instytut Sztuki Akademii Pedagogicznej, Akademii Sztuk Pięknych oraz pięknego zawodu Introligatora, wszyscy zajmują się malarstwem tkaniną, pianiem wspomnień oraz pisaniem krótkich satyrycznych opowiastek no i oczywiście fotografią. Od kilkudziesięciu lat a można powiedzieć, prawie od trzydziestu zajmujemy się fotografią nie tylko pamiątkarsko - rodzinną. Coraz częściej, każdy mając swoje przemyślenia i spojrzenie na urok naszego otoczenia, stara się uwiecznić to co w danej chwili uważa za interesujące. Każdy z nas ma swoje pomysły na fotografię. Każdy ma swój świat do odkrycia. Jednak w naszej fotografii dominuje przyroda i zjawiska z nią związane . Zdjęcia nasze nie pretendują do miana „ arcydzieł” są związane z naszymi spostrzeżeniami i przeżyciami „ chwili”,  którą utrwalamy.

Nie tracąc rezonu we właściwy sobie sposób spuentował swoją artystyczną drogę: To nie sztuka tworzyć sztukę, ale sztuka aby z tego wyszła sztuka. A jeszcze do tego, aby wyżyć z tej sztuki,  to jest dopiero prawdziwa sztuka… Poniżej prezentujemy obszerny wywiad, jakiego „jakiś czas temu” dostojny jubilat udzielił Jolancie Dymoń z Gazety Krakowskiej.

Jest Pan artystą grafikiem, jakie inne techniki Pan lubi?

-  Poza grafiką interesuje mnie najbardziej pastela, którą interesowałem się od Akademii, od lat 60-tych. Będąc na studiach kupiłem komplet pasteli a były one tak piękne i tak drogie,  że szkoda mi było ich używać. Bałem się, ponieważ o pasteli mówiło się że malował nią Wyspiański i inni znani z Młodej Polski. Człowiek to oglądał i zastanawiał się jak się tym posługiwać. Wiadomo, że to jest kreda ale kredę człowiek znał  jako kredę do tablicy. To były czasy  kiedy na matematyce sensacją było pięć kolorów kredy do tablicy. Przez cały okres Akademii przetrzymałem, oglądałem i nie odważyłem się nawet kreski zrobić. Skończyłem studia i doprowadziłem do jednej znakomitej rzeczy z której jestem dumny – mojego ucznia ze szkoły podstawowej tak poprowadziłem że skończył liceum plastyczne ale nie miał możliwości dostania się na studia, z różnych przyczyn. Był zafascynowany pastelą. W Nowym Sączu też była grupa pastelistów, która zrobiła pierwszą wystawę pasteli i wystawa ta zrobiła furorę. Tenże mój uczeń na podstawie swoich prac został przyjęty przez komisję w Ministerstwie  Kultury do Związku Polskich Artystów Plastyków. Dlatego jestem dumny że choć jedną osobę poprowadziłem od małego jak gdyby. Nigdy nie chciałem być nauczycielem a jednak po ukończeniu studiów w ciągu trzech miesięcy zostałem właśnie nauczycielem. Ten mój uczeń namówił mnie do wysłania mojej pasteli do Sącza i tak się to zaczęło. Tam, po wystawie, narodziła się idea powołania Stowarzyszenia Pastelistów Polskich, w której między innymi ja uczestniczyłem, pod patronatem Biura Wystaw Artystycznych w Nowym Sączu i dyrektora Kulisia. Byłem w grupie założycielskiej. Z całej Polski ściągnęliśmy ludzi zajmujących się pastelą, zarejestrowaliśmy się i do dzisiaj istnieje stowarzyszenie które zaowocowało tym, że odbyło się już  10 międzynarodowych wystaw pasteli i cieszą się one olbrzymim  powodzeniem na świecie. Są stowarzyszenie podobne do naszego, między innymi  we Francji, we Włoszech i USA. Poprzez nasze działania również na Słowacji pastela ma swój renesans. Ja jestem tak zafascynowany pastelą że do dzisiaj nie mogę pojąć ( jak wielu innych rzeczy w kosmosie) że kredki są jedne – mając określoną ilość kolorów, można z nich uzyskać wspaniałą paletę barw. Jedna kredka potrafi stworzyć cuda i pięknie to widać na tych wystawach pasteli, co z tej kredki można wycisnąć.  Malarstwo olejne mnie pociąga i frapuje ale jednak do dziś jestem zafascynowany pastelą. Na grafice mieliśmy malarstwo olejne do 6 roku ale więcej zajęć mieliśmy z grafiki bo to był główny kierunek.  Idąc na studia trzeba się nauczyć studiować. Szczególnie na Akademii Sztuk Pięknych. Są różne przedmioty -  my na przykład mieliśmy perspektywę, gdzie profesor  uczył nas rysować wnętrze Collegium Maius  które rysowaliśmy przez pół roku. To musiała być taka perspektywa perfekcyjna, po pół roku zostaliśmy ocenieni czy coś potrafimy z tej perspektywy. Chciałem to przenieść na malarstwo ale na malarstwie profesor powiedział mi,  żebym perspektywę zostawił w spokoju, że w sztuce jest  perspektywa  powietrzna, malarska i inna,  a nie architektoniczna… tak,  że trzeba umieć wybrać i wypośrodkować pewne rzeczy. To tak jak na Akademii zostaje się geniuszem,  a po Akademii nagle zabraknie tego słowa poparcia  profesora czy asystenta, który czasami podpowie,  żeby coś zostawić, że to jest już dobrze. Po studiach musi człowiek decydować sam za siebie. Denerwuje mnie,  kiedy dając obraz na wystawę,  trzeba się trzymać regulaminu,  w którym jest napisane że musi być tak,  a nie inaczej. Przecież to jest mój obraz, ja się pod nim podpisuję i to czy to będzie się podobało czy nie,  to już jest kwestia odbioru przez ludzi, natomiast ograniczać można tylko pod kątem estetycznym czy etycznym, żeby to nie było wulgarne, obrażające uczucia odbiorcy. Ale sam obraz ma być taki jak ja sobie to wyobrażam, jak ja go chcę pokazać.

-  Czy istnieje takie dzieło, z którym jest Pan związany emocjonalnie bardziej niż z innymi?

-  Tak. W liceum i na Akademii nauczono mnie, że pracę,  którą zacząłem i w pewnym momencie stwierdzam ze ona jest brzydka, że nie poradzę sobie z nią, to jej nie niszczę od razu, tylko ją odkładam i po jakimś czasie, po roku, dwóch, czasami dłużej oglądam te prace które kiedyś niby odrzuciłem. Nagle w niektórych znajduję tę iskierkę dzięki której mogę ją poprowadzić dalej. Takie prace są. Między innymi jest to ‘’Dom Mikołajowski’’, który powstawał prawie 9 lat i policzyłem w nim prawie wszystkie cegły. Zrobiłem to metodą kropek, tego mojego ‘’wariactwa’’ tuszem.  Poza tym z każdą moją pracą jestem bardzo związany emocjonalnie i czasem ciężko jest mi się nią rozstać. Nie miałem możliwości pracy w warsztatowych technikach grafiki, (miedzioryt, litografia itp., te wszystkie techniki które wymagają prasy, kwasów, warsztatu). Powinienem się zająć linorytem, drzeworytem, gipsorytem , ale z kolei  we mnie tkwi leń. Drzeworyt wymaga rzetelności i sumienności, linoryt również. W pewnym okresie czasu zajmowałem się gipsorytem, miałem nawet wystawę. Zarzuciłem to na rzecz piórka, które mnie zawsze pasjonowało. Mam jeszcze piórka przedwojenne,  które zachowały się w domu dlatego że ojciec malował jako amator. Te piórka mnie intrygowały. Dochodzę do wniosku, ze piórkiem i kolorowymi tuszami można osiągnąć efekty malarskie. Na grafice nauczyli nas jednego – interpretacji koloru na kreskę lub plamę, od czerni do bieli można stworzyć piękne obrazy. Wśród społeczeństwa utarła się taka opinia że malarstwo to tylko olejne i na wieki. Natomiast te wszystkie pochodne takie jak akwarela, rysunek ołówkiem, piórkiem, no i grafiki warsztatowe, że one są mniej trwałe. To się zmienia bo zmienia się technologia. Kiedy wchodzę do sklepu dla plastyków to czuję się jak sztubak, nie wiem co do czego służy a wstyd się pytać o każdy drobiazg. Tyle jest teraz tych technicznych możliwości, że wystarczy mieć chęci  i pomysły i  ‘’samo się zrobi’.

 -  A propos wystaw – czy pamięta Pan swoją pierwszą?

-  Tak jest. Pierwsza moja studencka wystawa,  z której jestem bardzo dumny odbyła się w studenckim sanatorium w Zakopanem.  Była to duża wystawa, dużo ludzi, studentów, dobre recenzje. Po jakimś czasie przyjechałem odebrać prace i okazało się,  że wszystkie zginęły. Czyli jestem dumny. Mam nadzieję że się podobały, bo nie podejrzewam żeby je wyrzucili do śmietnika. Druga poważniejsza wystawa, odbyła się w nieistniejącym już Domu Kultury ‘’Tamel’’ na Kopernika, zaraz po studiach.

    

-  Pracuje Pan systematycznie w pracowni czy raczej ‘’zrywami’’?

-  Nie, po prostu musi mi przyjść na to ochota. Chodzę po ulicach, nie widzę czasami ludzi , oglądam architekturę i codziennie widzę w Tarnowie coś nowego.  Spaceruję i myślę o następnym obrazku jaki zrobię, jak go zakomponuję.

-  Czy w  innych aspektach życia wrażliwość artystyczna pomaga Panu czy raczej przeszkadza?

-  Jest to dosyć dziwne ale na przykład oglądając film ja się doszukuję strony artystycznej, poza fabułą filmu.  Jeśli chodzi o muzykę to dużo słucham teraz tej poważnej. Nie wiem dlaczego, może z wiekiem człowiek do niej dojrzewa. Mam ponad sto płyt jazzu. Natomiast nie lubię teraz  uczestniczyć w koncertach jazzowych. Tego rodzaju muzyki muszę słuchać sam. Z muzyką tak jest. Lubię też muzykę wspomnieniową, z lat sześćdziesiątych. Jednym palcem umiem coś tam zagrać bo nie lubię jak mi się dziesięć palców męczy.

- No właśnie, gdyby Pan nie został artystą plastykiem to jaki zawód chciałby Pan wykonywać?

-  W rodzinie byli dyrektorzy, księgowi… więc chcieli żebym poszedł do finansówki na ulicy Bema. Mieszkałem na Brodzińskiego więc miałem blisko przez Rynek. Pół roku wytrzymałem. Raz wracając ze szkoły do domu zobaczyłem w Ratuszu wystawę prac uczniów Liceum Plastycznego w Tarnowie. Wszedłem żeby zobaczyć i szybko doszedłem do wniosku że też tak potrafię malować. Wróciłem do domu i powiedziałem,  że chcę do Plastyka. To było już półrocze, więc był problem. Na 10 przedmiotów miałem 11 dwój na świadectwie, wszystko po to,  żeby przekonać rodziców,  że handlówka  to nie jest szkoła dla mnie. Wstawałem do odpowiedzi i milczałem, to był mój protest. W liceum plastycznym pani dyrektor Sanowska powiedziała że muszę zdać egzamin praktyczny. Udało się i  przyjęli mnie,  ale jako wolnego słuchacza. W technikum handlowym były inne przedmioty, nie pokrywały się, musiałem nadrobić poprzednie półrocze i zdać cały rok. Byłem najpilniejszym słuchaczem pierwszego roku, nie uciekałem, rysowałem potrójnie. Dzięki swojej wytrwałości i solidności drugą klasę zdobyłem od razu. Rodzina zrozumiała,  że jednak sam wybrałem ten zawód a już zupełnie się do tego przekonali, kiedy pod koniec drugiej klasy zacząłem zarabiać pieniądze. Profesor Grabowski i profesor Rohrenschef brali mnie do pomocy przy swoich różnego rodzaju plastycznych zleceniach  i dostawałem za to od nich pieniądze. Z rzeźbiarzem Drwalem też robiłem pewne rzeczy. Nie ma takiego innego zawodu, z którego byłbym bardziej usatysfakcjonowany niż wykonywany obecnie.

-  Kto jest dla Pana autorytetem? Niekoniecznie w świecie sztuki.

-  Rodzina – matka i ojciec przede wszystkim. Ojciec zawsze mi powtarzał,  żebym się nie bawił w politykę. Obecnie żona jest dla mnie autorytetem, najważniejszym.

Lubię książki - Wiktora Hugo, Hemingwaya, Cervantesa… Prawie całą literaturę światową mam przeczytaną.

-  Jakie są Pana upodobania w sztuce? Jakie kierunki w historii sztuki ceni Pan najbardziej?

- Secesja, impresjonizm.  Na egzaminach pytano mnie o ulubionego malarza. Wszyscy pisali o Matejce (bo Akademia imienia Matejki), niektórzy pisali o francuskich malarzach, impresjonistach. A ja wymyśliłem sobie Moneta. Nie Maneta a Moneta. Ze 150 osób została garstka 15, może 17 osób na ustne z których miało odpaść jeszcze dwie osoby. Wszyscy uczyli się historii sztuki na pamięć. Pytali czy bywam w Krakowie więc zacząłem opowiadać o muzeach, gdzie jaki obraz wisi, dokładnie w której Sali. Przerwali mi i rektor zadaje mi pytanie : czy zna pan malarstwo takiego pana jak Marczyński, takiej pani jak Cybisowa, takiego pana jak Rzepiński? Później okazało się że wymienił wszystkich,  którzy siedzieli w tej komisji egzaminacyjnej. Ani jednego obrazu tych ludzi nie pamiętałem, nie znałem . Odpowiedziałem : widocznie nie zrobili na mnie żadnego wrażenia skoro ich nie pamiętam. Komisja popatrzyła po sobie i spuściła głowy i podziękowała mi. Pojechałem do akademika spakować się i spotkałem kolegę który wytłumaczył mi że w tej komisji siedziały właśnie te osoby. Kiedy się już spakowałem i jechałem na dworzec pomyślałem jednak,  że sprawdzę czy ktoś się dostał z Tarnowa. Przyjęli mnie, byłem na liście. Zaważyło chyba to,  że na pytanie o ulubionego malarza odpowiedziałem , że w miarę poznawania historii sztuki upodobania się zmieniają. Później przez 6 lat wypominali mi tę sytuację z egzaminu, fakt że nie wiedziałem kim są.

Historię sztuki mieliśmy z Hodysem, wszyscy się go bali i uciekali do ostatnich ławek a ja siedziałem w pierwszej. Do wszystkich mówił po nazwisku tylko do mnie po imieniu. Na egzaminie zapytał mnie czy byłem w teatrze. Odpowiedziałem że nie bo się przecież uczyłem. Następnie zapytał co oglądałem w kinie więc też powiedziałem że nic,  bo się uczyłem. Gdyby on wiedział jak się uczyłem w  ‘’Jamie Michalika’’… Kazał mi przyjść za tydzień. Później wytłumaczył nam,  że artysta nie może być skupiony tylko na jednym, musi być otwarty na wszystko,  żeby mieć  o czym rozmawiać w towarzystwie. Nauczył nas szerokiego patrzenia na świat. Wykłady prowadził szybko, chaotycznie, nie nadążaliśmy notować.

-  Co Pan myśli o sztuce współczesnej i trendach które dominują obecnie? Czy popiera Pan pogląd że zmierza ona do nikąd?

-  Nie. Sztuka zmierza przed siebie, do nowego którego my jeszcze nie znamy. Często za przykład podaję Niemena na którego pół Polski pluło. Teraz to klasyka. To samo jest ze sztuką. Mogę się z nią nie zgadzać ale muszę ją przyjąć.  Nigdy nie zabrałbym się za performance ale to jest sprawa artysty że robi sztukę chwili. We wszystkim idziemy do przodu – Internet, telefony komórkowe. Sztuka wyprzedza to wszystko, nawet tajniki  kosmosu. Musimy się do tego przyzwyczaić. Jestem pełen podziwu dla sztuki ulicy. Wszystkie te szare, brudne mury Tarnowa powinny być oddane artystom. Pomijając wandalizm,  ta sztuka jest cudowna, może udało by się zgubić całą tę chińszczyznę,  która nas otacza. A jeśli wezmą się za to młodzi ludzie to będą to szanować. 

- Jakie plany na przyszłość?

- Malować dalej, bez przerwy, doskonalić się. Chciałbym mieć 100 prac grafiki piórkiem, brakuje około 30.

- I tego Panu życzę. Dziękuję za rozmowę.

Tekst i zdjęcia - Ryszard Zaprzałka